Zainwestuj w M-Pak

Zarabianie w Internecie to wbrew pozorom ciężki kawałek chleba. Są jednak takie miejsca, w których można zainwestować niewielką kwotę, w zamian za co po jakimś (z reguły krótkim) czasie otrzymuje się zwrot zainwestowanej kwoty wraz z niewielkim procentem. Niewielkim, ale w skali rocznej na pewno znacznie korzystniejszym niż standardowe oprocentowanie bankowe. W dodatku, angażując się w umowę z solidnym partnerem, można być pewnym, iż nie zostanie się oszukanym. Co więc zrobić, aby zarobić?

To proste – zainwestuj w M-Pak!

M-Pak gwarantuje zwrot 10% inwestycji w ciągu 55 dni. Brzmi ciekawie? Przedstawię zatem krok po kroku, jak zarobić na tym instrumencie.

Pierwszą rzeczą, którą należy zrobić, to zarejestrowanie się na stronie darmowe prezenty.pl. A zapewniam, że warto, nie tylko ze względu na wspomniany M_PAK, ale również na wiele opcji do dodatkowego zarobku. Strona płaci np. za wystawianie opinii, pisanie tekstów, recenzje, ankiety a nawet oglądanie filmów na YouTube (co zrozumiałe, to ostatnie jest dość słabo punktowane, ale grosik do grosika…). Na stronie tej znajdziemy również odnośnik do interesującego nas M-Paka.

A zatem jesteśmy zarejestrowani i co dalej?

Inwestując 200 zł dzierżawisz stronę www na okres 55 dni. Darmoweprezenty.pl kupują od ciebie powierzchnię reklamową na ten okres czasu, a ty otrzymujesz za to wynagrodzenie. Łącznie po 55 dniach na Twoim koncie znajdzie się 210 zł, czyli pięć procent więcej od zainwestowanej kwoty. Niewiele? Banki w naszym kraju oferują mniejsze oprocentowanie w skali rocznej!

Najlepsze jest to, że nie trzeba robić absolutnie nic. Wystarczy posiadać własną stronę www i oddać w użytkowanie jej część. Całą resztę zrobi za Was kontrahent.

Oczywiście można nie robić nic, ale znacznie lepszą alternatywą jest robić COŚ. Przecież skoro jest się zarejestrowanym na stronie, szkoda nie skorzystać z dodatkowej opcji zarabiania, multiplikując swój zysk. Wystarczy uzyskać 500 punktów dziennie, by cieszyć się nie z 5%, ale 10% w ciągu niespełna dwóch miesięcy. Ile to jest 500 punktów? Za wypełnienie krótkiej ankiety, składającej się z kilku pytań otrzymałem 1000 punktów, za kilka polubień na FB i Google+ – podobną liczbę. Wystarczy dosłownie kilka minut dziennie by znacząco zwiększyć swój zysk.

Dzierżawca powierzchni reklamowej na Twojej stronie zadba również o promocję. W jej skład wchodzą inwestycje w reklamy Google Adwords, które przyczynia się do zwiększenia popularności strony. Najfajniejszą opcją jest to, iż można zakupić nieograniczoną liczbę M-Paków, czyli zainwestować naprawdę sporą kwotę z gwarancją zwrotu przynajmniej 5%.  Dzięki temu nie trzeba bawić się w monotonne dziubanie procentów, ale osiągnąć naprawdę realny zysk.

Liczba zamówionych M-Paków oraz szacunkowy czas potrzebny na realizację zamówienia znajduje się w głównym panelu, dostępnym zaraz po zalogowaniu. Tam również znajduje się informacja, jaką kwotę już zarobiliście. Myślę, że warto zainteresować się tą opcją i wykorzystać ją, choćby nawet inwestując drobną kwotę „na próbę”, a później ciesząc się zyskiem niewspółmiernie wysokim w stosunku do bankowych lokat.

Thomas Arnold – „Tetragon”

a

Tajne spiski, ukryte organizacje, zagadkowe loże… Chyba każdy z czytelników otarł się przynajmniej raz o jakąś książkę, w której poruszana była ta tematyka. Ale w zdecydowanej większości z nich tajemnicze organizacje są potężne, dążą do przejęcia władzy nad światem lub przeciwnie – do jego zagłady. Są jednak także inne…

„Tetragon”, książka autorstwa Thomasa Arnolda, jest rasowym thrillerem kryminalnym. Na uwagę zasługuje już okładka, która idealnie komponuje się z treścią. Nawet jej kolor jest nieprzypadkowy, co zresztą okaże się pod koniec. Zaczyna się mocno i tajemniczo, samo zawiązanie akcji jest intrygujące, potem jednak fabuła nieco się stabilizuje, by pod koniec znowu wrócić w iście Koontzowskim klimacie i poprowadzić do zaskakującego zakończenia.

Bohaterami tej powieści są policjanci z wydziału zabójstw w Cleveland. Dwójka detektywów, dobranych, jak to zwykle bywa, na zasadzie kontrastu (choć pochwalić należy autora, że w tym przypadku nie poszedł na łatwiznę i zbudował  całkiem niezłe postacie) – David Ross oraz James Adams, szef wydziału zabójstw Arthur Goldwyn oraz wiceszef lokalnej policji – Bernard McAleer.  I to właśnie oni, a właściwie ich problemy rodzinne (Goldwyna i McAleera) początkują łańcuch zdarzeń, którego końca chyba nikt się nie spodziewał.

Pozornie niepowiązane ze sobą sprawy, w których śledztwa prowadzą Ross i Adams, w dość dziwny sposób zaczynają się splatać. Kłopoty córki Goldwyna (który właśnie się rozwodzi) oraz dziwne zaginięcie syna McAleera, wydają się nie mieć związku z dwoma innymi zabójstwami, jednakże już wkrótce jeden z dwójki detektywów wpada na ślad. Ślad, jaki pozostawia zabójca, z początku niepozorny, jednakże po dokładniejszym zbadaniu zastanawiający…

Podoba mi się sposób, w jaki bawi się fabułą autor. Większość treści stanowi śledztwo kryminalne, pełne zresztą zaskakujących zwrotów akcji. Ale tu i ówdzie wtrąca Arnold takie drobne, intrygujące nutki, które wprowadzają nastrój niepewności i tajemnicy, a jednocześnie wskazują czytelnikowi, iż coś tu jest nie tak. Bardzo nie tak. Co?  A to już dowiecie się na końcu. Końcu, który poza tym, iż jest bardzo klimatyczny, niewątpliwie Was mocno zdziwi.

Autor starał się pisać w sposób trochę „amerykański” (w końcu tam dzieje się akcja) i wyszło mu to zupełnie zgrabnie. Czyta się książkę bez bólu, większych potknięć językowych czy literówek nie widać – redaktor przyłożył się do roboty. Bardzo fajna pozycja dla tych, którzy lubią poczuć dreszczyk emocji, dreszczyk tajemnicy i nie skupiać się na jakichś psychologicznych zawiłościach. Czysta akcja, sporo niespodziewanych zwrotów  fabularnych, fajna intryga no i przede wszystkim pomysł – w zalewie podobnych książek wydaje się, że wszystko już było, a tu proszę, da się zaskoczyć czytelnika!

Mówi się, że na rynku czytelniczym panuje kryzys, że Polacy nie czytają. Ale patrząc z drugiej strony można też odnieść wrażenie, że wydawcy idą na ilość, nie na jakość. Słaba promocja (lub jej brak) powoduje, iż tacy pisarze jak Thomas Arnold są mało znani lub wręcz nierozpoznawalni. A to błąd, gdyż w autorze tkwi spory potencjał, a ja ze wstydem przyznaję, iż słyszę o nim po raz pierwszy.

Ale, tak z innego punktu widzenia – mam nadzieję, że nie po raz ostatni,

Małgorzata Przybyłowska – „Banalne historie kilku rodzin”

a

„Banalne historie kilku rodzin”, autorstwa Małgorzaty Przybyłowskiej, w założeniu miały być rekonstrukcją losów członków jej rodziny. Inicjatywa chwalebna, wszak o historii zawsze powinniśmy pamiętać, zwłaszcza tej opowiedzianej ustami babci czy dziadka. W powstanie takiej książki trzeba włożyć wiele trudu, bo to przecież nie tylko to, co zasłyszane, ale również (a nawet przede wszystkim) grzebanie w książkach czy archiwach. I choć dziś ten czas w znaczący sposób skrócił Internet, to jednak praca, poświęcona na wykonanie takiego dzieła, wymaga szacunku. Niestety, do kompletu potrzebna jest jeszcze jedna umiejętność. Trzeba umieć pisać…

Niestety… No właśnie niestety, bo książka to jedna wielka literacka katastrofa. Nie wiem, ile autorka ma lat, sądząc po sposobie pisania zapewne wczesne gimnazjum, ale faktem jest, iż nie należy brać się za pisanie do czasu opanowania elementarnych podstaw sztuki składania literek. Książka ta to modelowy egzemplarz, który powinno się pokazywać wszystkim adeptom literackim i na jej podstawie udowadniać, jak nie należy pisać.

Zacznijmy najpierw od treści. Jak wspomniałem, to historia rodziny autorki, począwszy od seniora rodu, Bernarda, którego poznajemy w roku 1918. I już na początku autorka tak sprytnie zaplątała swoją opowieść, że przez kilkanaście stron próbowałem doliczyć się, ile właściwie on ma dzieci? Jakby nie liczyć, co rusz wychodziło mi inaczej, dopiero autorka zlitowała się i naprowadziła mnie na właściwy trop. Ale już za chwilę poczułem się jak ten niemiecki oficer, przesłuchujący Franka Dolasa.

Pamiętacie tę słynną scenę, kiedy w filmie „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” Franek Dolas przedstawia się jako Grzegorz Brzęczyszczykiewicz? Esesman, nie potrafiąc tego wymówić, zleca to swojemu podkomendnemu, a kiedy ten w końcu to napisze, pyta o miejsce pochodzenia, słysząc: „Chrząszczyrzewoszyce, powiat Łękołody”. Pamiętacie przerażoną minę tego oficera?

Miałem taką samą. Kiedy w końcu policzyłem dzieci Bernarda, autorka dowaliła kolejną zagadkę z dziećmi. Ale, żeby nie było, że się czepiam, przedstawiam fragment książki. Dosłowny, bez wycinania. I proszę Cię, drogi czytelniku tego bloga, o odpowiedź na pytanie: Ilu synów miał Wilhelm? Skupcie się, będzie ciężko!!

„Wilhelm wyznaczył na swojego następcę w Gwiździnach najmłodszego i jedynego syna (starszy, Eberhard przebywał w Niemczech). Oprócz Heinricha miał trzy starsze córki (w tym jedną z poprzedniego małżeństwa) i dwóch synów: Eberharda i Heinricha.”

No? I? Jak tam? Jedynego syna? Dwóch? Trzech?

Niestety, to nie jedyny „wypadek”. A właściwie „katastrofa”. Lekko licząc: interpunkcja w dialogach momentami leży i kwiczy, czas teraźniejszy i czas przeszły używane są zamiennie w tym samym akapicie, sporadycznie ginie podmiot, dzięki czemu zdania nabierają karykaturalnego brzmienia, autorka co i rusz wtrąca swoje filozoficzne przemyślenia, które nijak się mają do fabuły i aktualnych zdarzeń, o literówkach, powtórzeniach („– Masz rację – Jan przyznał żonie rację”) i pomylonych odnośnikach z litości już tylko wspomnę.

O bardzo młodym wieku autorki świadczy również fakt, iż używa słów, których znaczenia najwyraźniej nie rozumie. Zespół stresu pourazowego to dla niej „modna obecnie jednostka chorobowa”, ludzie są „mało plastyczni”, a co to jest „spostrzegawcze psychologicznie dziecko” już nawet nie starałem się wnikać, podobnie jak „lekooporność antybiotyków”. Niektóre frazy wyglądają jak dyskusja naburmuszonych uczennic podstawówki, takie psiapsiółkowate ploteczki. Gdzie temu do literatury? Jak ktoś mógł to wydać?

Jest nawet fajny element satyryczny, bo okazało się, iż ta książka ponoć miała redakcję. Tak, na serio, jest nawet pani redaktor wymieniona z imienia i nazwiska! Naprawdę, jest tyle fajnych zawodów – hodowca dżdżownic kalifornijskich, tester karmy dla zwierząt, poszukiwacz piłek golfowych… Może tam ta, pożal się Boże, pani redaktor spełni się lepiej, bo na redakcji nie zna się w ogóle i takim autorom, jak Małgorzata Przybyłowska wyrządza ona swoim nieudacznictwem po prostu krzywdę!

Niestety, pozycja ta zajęła czołowe miejsce, a kto wie, czy nawet nie pierwsze na liście moich prywatnych gniotów literackich.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

„Bardzo rzadkie nieporozumienie oraz inne kompozycje poezją i prozą konstruowane” – Mmarek Biegalski

a

„Bardzo rzadkie nieporozumienie…” to poetycko-prozaiczny miszmasz, którego autorem jest Marek Biegalski. Drewniane, klimatyczne okno zdobiące okładkę zachęca czytelnika do otwarcia go i wkroczenia w świat przemyśleń, wspomnień i fantasmagorii pisarza. I choć okładka jest zachęcająca, to jednak wnętrze niestety nie prezentuje się najlepiej.

Zaczyna się jednak całkiem przyzwoicie. Tekst „Bardzo rzadkie nieporozumienie”, zdecydowanie najdłuższy w całym zbiorze, to wspomnienia autora z wycieczki poprzez Rumunię do Bułgarii.  Widać tu spory potencjał literacki, Biegalski w ciekawy sposób uderza w sentymentalną nutę, wszak w tamtych latach był to wymarzony cel podróży mieszkańców naszego kraju. I lubię taki styl, skupiający się nie tylko na tym, co się wydarzyło, ale także na opisaniu otaczającej rzeczywistości w sposób niezwykle plastyczny, wręcz przypominający jakiś może i kiczowaty, ale przecież piękny landszafcik.

Tekstów prozaicznych jest tu jeszcze klika, są one jednak znacznie krótsze. Niestety, nie rozumiem, dlaczego autor nie skorzystał z tak ulubionej przeze mnie formy drabble. Przecież wszystkie króciaki, zarówno ten bez nazwy, jak i „Jedno pytanie z konkluzją” oraz „Tuziemcy” aż proszą się o zastosowanie tej klasycznej formy. Nie jest to oczywiście grzech, wszak to wizja i tekst autora, tym niemniej uważam drabble za małą perełkę literacką i szkoda, że Biegalski nie oparł na niej tych kilku krótkich tekstów.

I jeszcze a propos tego „bez nazwy”. Nie wiem dlaczego, ale zdecydowana większość tekstów w tym zbiorze nie ma tytułów. Gwiazdki zamiast tytułów to kolejny pomysł, który mi się nie podoba, sprawia wrażenie, jakby autorowi zabrakło koncepcji na nazwanie jakoś swojego utworu. A przecież tytuł to także nośnik informacji, swoista przyprawa, która umiejętnie zastosowana może wzbogacić smak językowej uczty. Nadmiar gwiazdek w tytułach niestety razi dość mocno, zwłaszcza w połączeniu z kolejną wadą.

Wiersze, które prezentuje autor, są po prostu nijakie. Rzadko zdarza się coś, co przyciąga uwagę (i tu muszę pochwalić „Takie lata” – chyba jedyny wiersz, który naprawdę mi się spodobał). W dodatku dość często jeden króciutki, kilkuwersowy wierszyk znajduje się na jednej stronie, w połączeniu z drugą, podobną dając wrażenie marnotrawstwa przestrzeni. Ja rozumiem, że to jest poezja i obowiązują tutaj inne reguły. Ale cały ten tomik, liczący dziewięćdziesiąt stron, spokojnie mógłby być odchudzony o jakieś trzydzieści procent.

Zaczęło się dobrze, ale dalej było już miałko. No może jeszcze króciak „Mozaika”, o którym nie wspomniałem wcześniej, prezentuje zupełnie przyzwoity poziom. Reszta jednak jest po prostu słaba.  Ktoś kiedyś mądrze powiedział, iż „Sztuka kończy się w miejscu, w którym można powiesić obraz do góry nogami i nikt tego nie zauważy” i patrząc na sporą część  malarskich „arcydzieł”, a w zasadzie bohomazów trudno się z tym nie zgodzić. Ale dotyczy to nie tylko malarstwa – również poezja, choć poeta dysponuje literackim arsenałem nieporównywanie większym, niż prozaik, też powinien wiedzieć, że nie wszystko wierszem, co na wiersz wygląda. Dzieło powinno kierować jakieś emocje do odbiorcy, a tutaj tego zabrakło.

Niestety, to po prostu słaba książka.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Tomasz Lipko – „Notebook”

aa

Powieść Tomasza Lipko „Notebook” jest reklamowana na okładce jako thriller 2.0. I nie bez przyczyny – w fabułę wpleciono nie tylko linki do stron czy filmów związanych z fabułą, ale także zdjęcia, które, dzięki specjalnej aplikacji na smartfony, zamieniają się w filmy, wzbogacając w ten sposób fabułę. Jak sprawdził się ten dość ciekawy pomysł? O tym później.

Prokurator Radosław Bolesta wezwany jest do śmiertelnego wypadku drogowego. Ofiarą jest młoda kobieta oraz jej kierowca. Standardowa z pozoru sprawa zaczyna się wikłać, gdy prokurator zaczyna poszukiwanie rodziny i znajomych denatki. Okazuje się, iż nie jest to takie proste, w dodatku tajemnicza nieznajoma wydaje się być całkowicie anonimowa, choć współpracuje z wieloma agencjami medialnymi. Jedynym śladem jest jej notebook, z którego prokurator Bolesta kopiuje wszystkie dane. Wkrótce okazuje się, że danych tych poszukuje również ABW, a główny bohater wpada w sam środek gigantycznej afery.

Informatyka pełni w tym thrillerze pierwszoplanową rolę. Dane, jakie zdążył przejrzeć Bolesta, przyprawiają o ból głowy. Nielegalny handel narządami ludzkimi, przemoc w domu dziecka, mniejsze i większe tajemnice, skrywane przez czołowych polityków… A to wszystko to tylko wierzchołek góry lodowej. Dane zawarte na notebooku (a później na dysku) mogłyby wstrząsnąć całą polską (i nie tylko) sceną polityczną.

W rozwiązaniu zagadki pomagają prokuratorowi dwaj przyjaciele – policjant Igor oraz ksiądz Bartek. I donoszę wrażenie, że tak naprawdę to oni stanowią o jakości tej książki. To już nie nastoletni idealiści, z których jeden wierzy w niezawisłość sądów, drugi chce być idealnym, praworządnym policjantem a trzeci idzie drogą wiary. Teraz to panowie w średnim wieku, którzy wiedzą, że idealizm nie istnieje, tak jak nie istnieje tylko biel i czerń. Każdy z nich przechodzi pewien kryzys, związany z tym, iż ich ścieżki życiowe przebiegały niezupełnie zgodnie z oczekiwaniami. I jak dla mnie to właśnie to zderzenie rzeczywistości czterdziestolatków z młodzieńczymi marzeniami stanowi najciekawszy wątek fabularny w tej książce.

Powieść skrzy się wręcz od nowinek technicznych, w których gubi się nawet nasz główny bohater. Mamy tu i okulary z kamerą, i wirtualną walutę, i mnóstwo innych rzeczy, dzięki którym „Notebook” pretenduje do miana technothrillera. Ale, jak wspomniałem na wstępie, ciekawym pomysłem było wzbogacenie książki o efekty multimedialne. Tyle, że tu pojawiają się problemy.

W przypadku książki drukowanej obejrzenie filmików za pomocą smartfona nie sprawia trudności, jednakże nie wierzę, że komuś chciałoby się przeklikiwać mozolnie link do filmu w Youtube. Czytając z kolei e-bookową wersję na czytniku, również nie będziemy mogli obejrzeć rzeczonego filmiku, natomiast czytając na smartfonie (jak ja to uczyniłem) linki co prawda przeniosą nas w podlinkowane miejsca, jednak obejrzenie filmów w aplikacji wymagać będzie drugiego smartfona. Być może korzystniej by to wypadło, gdyby autor zdecydował się tylko na jedną z form prezentacji. Samo rozwiązanie jest ciekawe, mi podobał się zwłaszcza ostatni filmik, który świetnie podkreślił całą książkę i jej zakończenie.

Książkę oceniam bardzo pozytywnie, choć jej przesłanie jest nieco przerażające. Jednakże warto pamiętać, iż Tomasz Lipko bazował swoją powieść na już istniejących wynalazkach i niewątpliwie nie przesadził, choć co niektórzy z tym się nie zgodzą. Totalna inwigilacja obywateli jest niestety już faktem, a nowe oprogramowanie (jak choćby najnowsze okienka) czy nowe urządzenia mają coraz więcej funkcji, śledzących obywateli. Takich, które znamy i takich, których istnienia tylko się domyślamy.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Remigiusz Mróz – „Parabellum. Głębia osobliwości”

a

Jeśli, podobnie jak ja, z zapartym tchem śledziliście przygody braci Zaniewskich, Marii a także Christiana Leitnera oraz sadystycznego Blankenburga, zapewne ucieszyliście się z ukazania się trzeciej i niestety ostatniej części cyklu „Parabellum” – tym razem z podtytułem „Głębia osobliwości”. Choć książka wydana została przez inne wydawnictwo niż swa poprzednie tomy, zachowano podobny układ graficzny okładki, dzięki czemu na półce wszystkie części prezentują się równie efektownie. No ale przecież nie okładka jest tu najważniejsza, ale treść. Jak zatem wypada tom ostatni na tle poprzedniczek?

Kto zna twórczość Remigiusza Mroza wie, że może spodziewać się szybkiej akcji, ciekawej fabuły i mocnego zakończenia. I właśnie to dostaje, w dodatku śmiało można powiedzieć, iż jest to najlepsza część cyklu. Dzięki zastosowaniu znanego z poprzednich części podziału akcji na trzy równolegle toczące się przygody głównych bohaterów, powieść czyta się wyjątkowo szybko, pragnąc dowiedzieć się, co będzie dalej. A dzieje się w tej książce wyjątkowo dużo.

Ponownie zwiedzimy z braćmi Zaniewskimi kawał Europy, a nawet i Azji. Ponownie dojdzie też do niespodziewanych spotkań, mocnych scen (wszak toczy się wojna) i trafi się nawet mała zagadka detektywistyczna, co w całej trylogii stanowi swoiste novum. Akurat ten motyw mi osobiście bardzo się spodobał, zwłaszcza iż rozwiązanie zagadki tajemniczych morderstw jest zaskakujące (co zważywszy na fakt, kto jest autorem książki, jakoś mnie nie dziwi).

Tym razem los znacznie gorzej potraktuje Staszka Zaniewskiego, który trafi do jednego z najgorszych obozów pracy. Drugi z braci wyruszy do Rumunii w poszukiwaniu formującego się polskiego wojska, jednakże nie do końca wszystko potoczy się tak, jakby chciał. Z drugiej strony spokojny, wyrachowany dotychczas Leitner tym razem pokaże swe nieco inne oblicze, realizując pewien plan. Wpływ na jego zachowanie ma niewątpliwie zaginięcie żony i dziecka, ale czy tylko? Jeśli chodzi o Leitnera, niczego nie można być pewnym…

I teraz chciałbym jeszcze napisać coś o braciach Blankenburg, ale… Holzera w tej książce nie ma! I to mnie mocno zaskoczyło, gdyż dość ważna przecież dla fabuły postać rozpłynęła się w powietrzu. Podobnie zresztą jak jeszcze kilka innych, które miały spory potencjał by w powieści namieszać, a tymczasem również zniknęły. I to chyba jedyna wada tej znakomitej książki – kilka wątków nie zostało należycie zakończonych. Na przykład Adam Kiendry, który aż prosi się o pojawienie się w dalszej części, zwłaszcza iż możliwość taka jest. Oczywiście to autor pisze książkę i realizuje swe pomysły, mi jednak tej postaci nieco zabrakło. Odniosłem wrażenie, iż Mróz skupił się za bardzo na poprowadzeniu wątków głównych, zapominając o dokończeniu lub wyjaśnieniu kilku pobocznych.

Jeśli jeszcze miałbym się do czegoś doczepić, to jest to „nieśmiertelność” bohaterów. Rozumiem, że wojna, że ciężko, ale niektórzy są zdecydowanie za bardzo odporni na śmierć i zadziwiająco szybko się regenerują jak na warunki, w których przychodzi im żyć. Nie twierdzę, że to niemożliwe, jednakże trochę tutaj autor chyba przesadził nawet biorąc pod uwagę fakt, iż jest to tylko fikcja literacka.

Chcę jednak podkreślić, że te niedogodności to tylko malutkie minusiki. Książka wciąga i naprawdę łatwo ją pochłonąć w kilka dni mimo iż jest najdłuższa z całej trylogii. Mnóstwo akcji, mnóstwo zaskakujących rozwiązań fabularnych sprawiających, iż niemal automatycznie przerzuca się kartki by dowiedzieć się, co dalej, nietuzinkowi bohaterowie drugo- i trzecioplanowi, czasem przerażający, czasem tajemniczy, czasem, jak choćby Farouk, wzbudzający od razu sympatię. Zdecydowanie jedna z najlepszych książek, które czytałem w ciągu ostatnich miesięcy.

No i – znając tendencję Remigiusza Mroza do zaskoczeń czytelnika – może doczekamy się tomu czwartego, a te małe minusiki okażą się celową zagrywką autora? Byłaby to fantastyczna wiadomość!

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Planeta Zapomnianych Książek – czytaj i zdobywaj nagrody!

j

Tajemniczy kataklizm doprowadził do zniknięcia wszystkich książek z powierzchni Planety Zapomnianych Książek. Wraz z nimi mieszkańcy zostali pozbawieni źródła wiedzy, a ich cywilizacja cofnęła się o kilkaset lat. Los planety nie jest jednak przesądzony. Możemy im pomóc czytając, wypożyczając, a od teraz również oceniając książki.

Planeta Zapomnianych Książek, to gra internetowa umożliwiająca zdobywanie nagród za podejmowanie działań związanych z czytelnictwem. Jeżeli korzystasz z bibliotek lub księgarni, to jesteś na dobrej drodze do wygrania książek, czytników e-booków, tabletów i wielu innych cennych nagród.

Każdy z graczy może wykonywać misje, zdobywać punkty i kolejne poziomy oraz poznawać historię świata gry. Planeta Zapomnianych Książek to obecnie 3 poziomy graczy, ponad 50 różnych misji i ponad 30 odznak, które można otrzymać za ich wykonywanie, a ich liczba ciągle rośnie.

Dzięki akcji Polacy nie gęsi i swoich autorów mają, można pomóc Planecie Zapomnianych Książek poznając książki polskich autorów. W poszczególnych lokalizacjach planety (np. na forum miejskim) ukryto 10 książek objętych patronatem medialnym akcji Polacy nie gęsi i swoich autorów mają. Za znalezienie każdej z nich gracz otrzyma 4 BookCoiny oraz specjalną odznakę. Dodatkowo osoba, która pierwsza odnajdzie wszystkie książki i prześle ich tytuły organizatorom gry otrzyma nagrodę książkową.

Planetę Zapomnianych Książek można znaleźć pod adresem PLANETA-ZK.PL.

Gra powstała dzięki inicjatywie Elżbiety Maruszczak i Marka Maruszczaka, członków Fundacji To My. Do tej pory wygrała konkurs e-wolontariat, a uzyskane środki przeznaczono na nagrody dla graczy. Planetę Zapomnianych Książek wspiera również ogólnopolska sieć tanich księgarni Tak Czytam oraz portale BiblioNETka i Polacy nie gęsi i swoich autorów mają.

 Fabuła misji:

 Odnajdź zagubione książki

Przejście ze skwaru pustynnego miasta do chłodnego mroku biblioteki przyprawia Cię o dreszcze. Po chwili, kiedy twój wzrok przyzwyczaja się do panujących w budynku warunków, dostrzegasz biurko, za którym siedzi bibliotekarz.

Kiedy podchodzisz bliżej mężczyzna zaczyna mówić tak, jakby kontynuował przerwaną przed chwilą rozmowę. Być może pomylił Cię z kimś innym, ale nie zaszkodzi wysłuchać tego co ma do powiedzenia.

Nie wszystkie książki docierają do biblioteki. Tragarze muszą gubić część z nich po drodze do budynku. Jestem na to za stary. Ledwo widzę książki, które mam na biurku. Nie odnajdę tomów, które do tej pory muszą być na wpół zakopane w pustynnym piasku. Może mógłbyś mi pomóc?

Rozejrzyj się po Umastis i poszukaj jednej z dziesięciu zaginionych książek. Za odnalezienie każdej z nich Pierwszy Bibliotekarz Umastis zapłaci Ci 2 BookCoiny.

Catherine Gueguen – „Wychowanie szczęśliwego dziecka w świetle rewolucyjnych odkryć naukowych”

q

Przemoc w wychowaniu dziecka to bardzo trudny temat. Co gorsza, problem ten dotyczy znacznie większej liczby rodziców, niż można by przypuszczać. I teraz zapewne wiele z osób westchnie i pomyśli sobie – jak to dobrze, że ja prawidłowo wychowuję swoje dziecko. Bez przemocy, bez znęcania się. Ale… Czy na pewno?

To między innymi do Was, kochani rodzice (ale także babcie, dziadkowie, wujkowie i ciocie) napisała autorka tę książkę. Do Was, którzy sądzicie, iż nie stosujecie przemocy wobec dziecka i uważacie, iż wychowujecie je prawidłowo. Być może tak jest, nie neguję tego, ale przeczytajcie tę książkę i odpowiedzcie sobie po lekturze na pytanie – czy Wasze zdanie jest takie samo, jak przed lekturą? Gwarantuję, iż spora, naprawdę spora grupa osób dojdzie do zaskakujących wniosków.

Olbrzymią zaletą tej pozycji są przykłady. I to nie te, wymyślone na potrzeby książki – o nie, zaręczam, iż każdy z tych przykładów jest wzięty z życia i jako osoby odpowiedzialne mniej lub bardziej za dziecko spotkaliście się z podobnymi sytuacjami niejednokrotnie. Bardzo często miałem wrażenie, iż autorka w przykładzie opisuje mnie, moją szwagierkę, moją siostrę oraz innych rodziców. Bo sytuacje te są doskonale znane, pytanie brzmi – czy odpowiednio potrafiliśmy zareagować?

Przewaga rodziców nad dzieckiem jest oczywista, niestety bardzo łatwo popaść w zależność więzień-strażnik (w tym przypadku rodzic-dziecko) z słynnego eksperymentu  więziennego Zimbardo. Jakże łatwo nam, starszym, zniewolić małą, bezbronną istotę, która wszak płacze, krzyczy, łobuzuje gdy my chcemy odpocząć po ciężkim dniu pracy? Jak łatwo użyć przemocy – nie, nie tej fizycznej, ale zwykłej, psychicznej, gdy maluch ryczy w sklepie a my nie kupujemy mu tego, czego chce, i to nie ze względu na braki finansowe ale dla zwykłej, przewrotnej złośliwości? Bo przecież to my, rodzice jesteśmy górą!

Autorka dogłębnie przeanalizowała problem i podała go czytelnikowi w wyjątkowo przejrzystej formie, dzięki czemu zdecydowana większość rozdziałów jest zrozumiała dla każdego. Niektóre z podrozdziałów, dotyczące budowy mózgu dziecka, można ominąć, jednak zdecydowanie tego nie polecam. Naprawdę warto „wgryźć” się w te tematy, dzięki czemu wiele rzeczy stanie się łatwiejszych do zrozumienia. Na przykład dowiemy się, iż ze względu na nierównomierny rozwój poszczególnych części mózgu pewne informacje (np. zdarzenia traumatyczne) mogą zostać przez organ ten zachowane i będą wpływać na zachowanie dziecka w przyszłości, choć tenże młody człowiek nie będzie ich pamiętał.

Już pierwszy rozdział, poświęcony relacjom dziecko-rodzic wiele wyjaśnia. Zaraz na początku pojawia się słowo-klucz, czyli empatia. Empatia, czyli (upraszczając) próba zrozumienia dziecka, a nie gniew, odsunięcie czy oskarżenie. W końcu komu może zaufać dziecko, jak nie rodzicowi? Dziecko pragnie być zrozumiane i szanowane, jednocześnie nie jest w stanie wystarczająco jasno przekazać swoich uczuć rodzicom. To na opiekunach opiera się ciężar znalezienia wspólnego języka z dzieckiem. Wspólnego, a nie relacji strażnik-więzień. Dlatego warto przeanalizować, co dzieje się w relacjach dziecko-rodzic zarówno z punktu widzenia dziecka, jak i rodzica.

Spora część książki poświęcona jest enzymom i hormonom, które warunkują pracę naszego mózgu i organizmu. Ułatwia to zdecydowanie zrozumienie sposobu, w jaki działa organizm dziecka i pozwala na dostosowanie swojego zachowania do potrzeb rozwijającego się mózgu. Sposób w jaki serotonina czy endorfiny wpływają zarówno na rodziców, jak i dziecko może rzutować na jego (dziecka) późniejszy rozwój. Znów wracamy tu do empatii – rodzic empatyczny łatwiej poddaje się działaniom hormonów szczęścia, jednocześnie wywołując analogiczne ich wydzielanie u dziecka.

Najnowsze odkrycia naukowe pozwalają zrozumieć wiele z czynników, które wpływają na rozwój dziecka, a z których istnienia nie zdawaliśmy obie zapewne sprawy. Ta książka porusza temat wychowania dziecka z wszelkich możliwych stron, zarówno biorąc pod uwagę hormony, wychowanie dziecka, problem przemocy (nie tylko fizycznej) jaki nawet tak zaawansowaną dziedzinę nauki, jak epigenetyka. Choć kluczową tezę tej książki można streścić w kilku słowach: „empatia, nie agresja”, to jednak biorąc pod uwagę podane przykłady zasadę tę stosuje znacznie mniej rodziców i opiekunów, niż można przypuszczać. W dodatku wielu z rodziców potrafi nieświadomie krzywdzić dziecko, zakładając iż skoro nie daje się klapsów, to nie ma przemocy. Zanim jednak postawi się tezę – „Jestem dobrym rodzicem/opiekunem” – naprawdę warto zapoznać się z książką profesor Gueguen.

Jeśli po jej lekturze nadal będziecie w stanie stwierdzić – jestem dobrym rodzicem – to gratuluję. Ale sądzę, że po zamknięciu ostatniej strony książki wypowiedzieć szczerze te trzy słowa będzie mogło naprawdę niewielu z Was.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Amber

Maurycy Nowakowski – „Plagiat”

a

Plagiat…

Wydawać by się mogło, iż książka o takim tytule nie będzie niosła ze sobą wielu emocji, zwłaszcza po przeczytaniu wstępu. Ot, ktoś komuś ukradł pomysł, ktoś się o to upomniał. A jednak akcją, jaka dzieje się w tej książce, można by obdzielić kilka innych pozycji na raz. I śmierć w powieści pojawia się bardzo szybko…

Marcin Faron, pismak lokalnej wrocławskiej gazety kulturalnej „Korespondent Wrocławski”, a jednocześnie osoba z ogromnymi ambicjami i zapędami na dziennikarza śledczego wpada na trop kilku afer. Z jednej strony zastanawia go dziwna śmierć dwójki studentów, z których jeden przewidział atak neonazistów na pokojowy marsz, z drugie – równie dziwny zgon Anity Komar, spowodowany wybuchem bomby. Co ciekawe, student, który został zasztyletowany i szefowa firmy, robiącej czarny PR okazują się być ze sobą powiązani.

Równocześnie trwa kampania wyborcza mająca na celu wyłonić kandydata na rektora uczelni, na której studiowali tragicznie zmarli studenci. Jedną z kandydatek jest żona niedawno zmarłego rektora, drugą – profesorka z tej uczelni, Ewa Kruk. Pikanterii dodaje fakt, iż Julia Dorobek, wdowa po rektorze była niegdyś oskarżona o plagiat. A materiały na nią zbierała specjalistka od czarnego PR, Anita Komar…

Faron, zbierając materiały na temat dziwnego zabójstwa studentów, nieoczekiwanie wpada na jeszcze jeden trop. Okazuje się, iż byli oni autorami dość niezwykłej książki na temat legend rocka. Na tyle niezwykłej, iż…

I koniec – spoilerów nie będzie.

Wydaje mi się, iż autor w swej książce wrzucił za dużo grzybów w barszcz. Parę wątków jest dopisanych nieco na siłę i kompletnie nic z nich, w kontekście całości książki, nie wynika. Ot, choćby prywatny detektyw Bogdan Kwiatkowski, który w zasadzie kompletnie nic do fabuły nie wnosi. Owszem, jest fajną postacią, ale nic ponad to. Również sam motyw Piotra Konopki w szerszej perspektywie jest mocno niedopracowany. Brakuje tu jakiejś fabularnej klamry, spinającej główne wątki w jedną, zaskakującą na końcu, całość.

No właśnie, zakończenie… Mnie osobiście mocno rozczarowało. Takie wzięte z niczego i kompletnie psujące zamysł książki. O ile cała powieść, mimo fabularnych niedoróbek, wciąga i pozwala polubić bohaterów (no, niektórych, oczywiście) to sama końcówka to lekkie pójście na łatwiznę. Tak jak wspomniałem wcześniej – spodziewałem się jakiegoś zaskakującego spięcia dwóch głównych wątków, tymczasem autor poszedł po najmniejszej linii oporu. Niestety, końcówka nie pasuje do całości, a szkoda…

Szkoda, bo jest to naprawdę dobra książka, mimo kilku potknięć, o których pisałem. Główne wątki toczą się z jednej strony niezależnie od siebie, z drugiej przeplatają się świetnie w fabule i aż prosi się o jakieś ich połączenie i intrygujące zakończenie. Oczywiście pomysł autora na wyjaśnienie zagadki tajemniczych zabójstw zapewne wielu z czytelników się spodoba, mi jednak nie przypadł do gustu.

I choć postacie, jakie występują w tej książce, są soczyste i z łatwością można je sobie wyobrazić (a sądzę, iż zwłaszcza studenci w paniach Dorobek i Kruk odnajdą alter ego swoich profesorek), choć autor odwalił kawał znakomitej roboty, to jednak czegoś w tej książce zabrakło. Nie jest to zła pozycja, tylko koncepcja autora poszła zupełnie nie w tę stronę, w którą spodziewałem się, że pójdzie. A trochę szkoda, bo dostałem znakomity obiad z odrobinkę zepsutym deserem.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Andrzej Wardziak – „Siódma dusza”

a

Duży, stary dom na peryferiach, grupa młodzieży, która urządza sobie w nim imprezę, duchy i tajemniczy pokój a także wkraczające do akcji nieznane, lecz potężne siły. Brzmi znajomo? Myślę, że tak, szczególnie dla fanów kręconych na jedno kopyto amerykańskich horrorów klasy B typu „Krzyk” czy „Koszmar minionego lata”. Dlatego jeśli po książce „Siódma dusza” spodziewacie się czegoś więcej, jakichś wodotrysków intelektualnych czy treści do przemyślenia, to Was rozczaruję, tego tu nie znajdziecie. Ale jeśli macie ochotę na niezobowiązującą rozrywkę, książkę, którą można przeczytać np. w pociągu czy w poczekalni, książkę łatwą w odbiorze, choć do bólu schematyczną czyli ot, taki zapychacz czasu – to już jest  pozycja godna rozważenia.

Jak już wspomniałem – miejscem akcji jest dom na lekkim zadupiu, odziedziczony przez rodzinę Lipińskich po zagadkowym utonięciu Antoniego Mostowskiego – wuja Marcina. Marcina, który pół roku po otwarciu testamentu, korzystając z okazji, jaką jest wyjazd rodziców, organizuje u siebie imprezę. Pojawiają się na niej cztery osoby, będące parami: Adam z Majką oraz Tymek z Nadią. I to właśnie ta druga para jest najbardziej wyrazista z całej powieści. On, lekkoduch, zmieniający dziewczyny jak rękawiczki i  ona – pół Polka, pół Ukrainka, z jednej strony śliczna i od razu wpadająca Marcinowi w oko, z drugiej – zakolczykowana i ubierająca się w stylu zdecydowanie buntowniczym. W dodatku, jak się później okazuje, obdarowana dość niespodziewanymi umiejętnościami.

Jeśli chodzi o schematyzm tejże książki to muszę dodać iż wiadomo z góry, co dziać się będzie dalej. Młodzież znajdzie tajemniczy pokój, w domu zaczną się dziać dziwne rzeczy, tajemnicza mgła (no bo jak, musi być mgła!) uniemożliwi ucieczkę. Wielbiciele gatunku podczas lektury tej książki poczują się jak w (nomen omen) domu. Mamy tu wszystkie elementy tworzące klimat, książka ocieka krwią i tajemniczością, jest mrok, są trupy, jest czad!

Tak jak napisałem, można do „Siódmej duszy” podejść w na dwa sposoby. Gdyby oceniać ją jako książkę, którą niespodziewanie dostajemy i zanurzamy się w lekturę, jej wtórność zapewne by czytelnika rozczarowała.  Jeśli jednak tenże czytelnik wie, czego się spodziewać i mimo to (a właściwie: właśnie dlatego!) tę powieść dostaje, to rozpatrując ją we właściwych kategoriach otrzymujemy produkt dobry, a rzekłbym nawet – bardzo dobry. Bez jakiejś zbędnej pseudofilozofii, bez skomplikowanych postaci, bez drugiego dna – po prostu czysty, klasyczny horror.

Jedyne, do czego mógłbym się leciutko przyczepić, to taka niepewność, jakby literacka trema autora na początku tekstu. Tak jakby nie do końca wiedział, jak swoją powieść zacząć. Nie jest to zjawisko mi obce, bo sam, pisząc jakieś opowiadanie, mam właśnie z tym problem – gdzieś w głowie jest pomysł na dalszą treść, ale początek, zawiązanie akcji jest najgorszy. I taka literacką sztywność można w „Siódmej duszy” zauważyć. Na szczęście im dalej, tym lepiej.

A skoro było lekkie czepialstwo, to będzie i lekkie połechtanie autora. Napisałem, iż książka jest do bólu schematyczna, ale jeden pomysł, jeden zabieg literacki, który zastosował Andrzej Wardziak, wart jest docenienia. I naprawdę mi się spodobał.  Żeby nie spoilerować napiszę, że chodzi o rozdział czwarty (i kilka późniejszych…). Po przeczytaniu całej „Siódmej duszy” myślę, że docenicie autora i spojrzycie na niego łaskawym okiem za próbę wyciśnięcia jakiegoś potencjału z klasycznego schematu.

Reasumując – jeśli od książki oczekujecie tylko czystej rozrywki i lubicie horrory, no i jeśli przymkniecie nieco oko na schematyzm, to dostaniecie całkiem fajny zabijacz czasu. W dodatku całkiem nieźle napisany, dzięki czemu bardziej straszyć będzie zawartość książki, niż literackie babole. Gdyby jeszcze końcówka była bardziej… hmm… mrożąca krew w żyłach, byłoby idealnie. Ale to już niech każdy sam oceni.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a