Elżbieta Stasik – „Śmiertelny atom”

atom

Energetyka jądrowa uznawana jest za jedną z najbardziej ekologicznych i sprzyjających środowisku sposobów pozyskania energii. Wśród jej zalet wymienia się miedzy innymi brak emisji szkodliwych gazów (na przykład dwutlenek węgla) oraz wysoka wydajność. Nic dziwnego, że już kilkanaście procent ogólnoświatowej energii wytwarzają reaktory jądrowe, w samej Francji stanowi ona około siedemdziesiąt pięć procent wytwarzanej energii. Do grona państw, dysponujących własnymi elektrowniami jądrowymi aspiruje coraz więcej kandydatów, w tym i Polska. Media oraz biznesmeni i politycy co i rusz bombardują nas zaletami takich rozwiązań. Problem w tym, że zapominają o wadach.

Elżbieta Stasik w swej książce pokazuje nam ciemną stronę energetyki jądrowej. Tę, o której media milczą a zwolennicy elektrowni jądrowych skrzętnie pomijają. Autorka nie teoretyzuje – podpiera się konkretnymi przykładami, jak choćby nieczynna kopalnia uranu w Kowarach. Z lektury poznamy pasjonującą, choć niestety smutną historię eksploatacji rudy uranu w tym rejonie.

Muszę przyznać, że książka napisana jest na tyle sugestywnie, iż „księżycowy”, poeksploatacyjny krajobraz regionu wręcz staje przed oczami. I jest to niestety przygnębiający widok. Warto pamiętać, iż wydobycie rudy uranowej w tym rejonie trwało podczas drugiej wojny światowej (Niemcy) oraz krótko po niej. Maksimum produkcji (wydobycie i przerób) przypada na lata sześćdziesiąte, a beneficjentem dóbr jest oczywiście Związek Radziecki. Do wydobycia uranu wykorzystywano polskich robotników, okupanci ze Wschodu spijali jedynie uranową śmietankę. Niewykluczone, iż to uran z polskich kopalni stanowił ładunek pierwszej sowieckiej bomby jądrowej. Okupione to zostało śmiercią mnóstwa pracowników, nieświadomych zagrożeń płynących z pracy w kopalni rudy radioaktywnej. I choć wmawiano im, że szkodliwość jest znikoma, oni wiedzieli swoje. Autorka cytuje tu wstrząsające rozmowy starych robotników z młodymi, gdy ci pierwsi radzą im, by jak najszybciej płodzili dzieci, bo po paru latach może być różnie.

Kontrast miedzy władzą i korporacjami a robotnikami, a później mieszkańcami stanowi istotną część tej książki. Z jednej strony mamy międzynarodowe instytucje i firmy, zapewniające o nieodzownym atomowym postępie, z drugiej ludzi, którzy widzą zmasakrowany krajobraz po wydobyciu i żadnych szans na rekultywację. Obietnice obietnicami, a za oknem nadal straszą hałdy, miejscowości się wyludniają a żadne działania nie są podejmowane. Koncerny zapewniają o świetlanej przyszłości miejscowości, w których planują wydobycie ale uciekają od odpowiedzi, dlaczego mimo dość bogatych złóż w Europie działa tylko jedna kopalnia uranu. Mówią o olbrzymiej produkcji energii zapominając, że znaczna jej część przeznaczona jest na wydobycie uranowej rudy i jej obróbce w celu uzyskania yellowcakes – kawałków wzbogaconego uranu. A warto wspomnieć, iż do uzyskania jednego kilograma uranu trzeba wydobyć tonę skały! Co i rusz pojawiają się kolejne podejrzane zagrywki ze strony uranowego lobby. Autorka bezlitośnie je punktuje, przedstawiając racjonalne kontrargumenty i własne spostrzeżenia. By uniknąć podejrzenia o stronniczość do sporej części cytatów podane są linki źródłowe, dzięki czemu czytelnik sam może zajrzeć na daną stronę i skonfrontować zdanie autorki z zdaniem zwolenników energii jądrowej, samemu wyrabiając sobie zdanie na ten temat.

Autorka wskazuje jeszcze jeden, niezwykle istotny powód przeciwko elektrowniom jądrowym. Na przykładzie choćby pożaru statku „Atlantic Cartier” w Hamburgu ukazuje obłudę władz. Dopiero po kilku dniach po jego ugaszeniu ujawniono, iż na pokładzie jednostki znajdował się sześciofluorek uranu, substancja, która w zetknięciu z wodą tworzy silnie toksyczny gaz. Społeczeństwo dowiedziało się o tym przez przypadek. A ile jeszcze takich zabójczych niespodzianek krąży wokół nas? Nie wiadomo.

Ale pożar statku w Hamburgu to drobiazg przy tym, co może się wydarzyć. Kiedy pisze tę recenzję, właśnie trwa ogólnoeuropejska dyskusja o pilocie, który w samobójczym locie zabił 150 osób. Co gorsze, stało się to możliwe tylko dzięki zabezpieczeniom, jakie wprowadzono po pamiętnym jedenastym września. Można więc rzec, że zbyt radykalne zabezpieczenia były przyczyną tragedii. Po katastrofach w Czarnobylu oraz niedawnej Fukushimie też wprowadzono zabezpieczenia. Tylko… Czy aby na pewno przewidziano wszystko? Ktoś kiedyś rzekł, iż system zabezpieczeń jest tak dobry, jak dobra jest najsłabsza jego część. Katastrofa samolotu Germanwings po raz kolejny pokazała, iż najsłabszym ogniwem jest zdesperowany człowiek. A przecież należy pamiętać, iż w pewnym momencie przypuszczano, że samolot prowadzony przez samobójcę skieruje się w stronę pobliskiej elektrowni jądrowej. A wówczas rozmiar tej tragedii mógłby być znacznie większy.

Czy warto sięgnąć po tę pozycję? Zdecydowanie tak! Na pewno pobudzi do myślenia i spowoduje, że czytelnik zainteresowany tematem sięgnie nie tylko do źródeł podanych w książce, ale też na własna rękę poszuka informacji o poruszanych przez autorkę tematach. Na podstawie doświadczeń sąsiadów z Czech, Niemiec oraz Polaków z regionu Kowar inaczej spojrzymy też na atomową euforię. Ta mroczna strona energetyki jądrowej, zalegająca na niszczących środowisko hałdach w zachodnich Sudetach i odbijającą się zdrowotną czkawką wśród mieszkańców tych regionów na pewno zmieni nasze spojrzenie.

Wydawnictwo: Novae Res

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Gabriel Grula – „Szmaciane lalki”

grula

Opowiadania z pogranicza realizmu magicznego, thrillera, horroru i grozy. Do tego okładka, która strasznie mnie urzekła (brawo dla grafika!), bo to jedna z tych, po które sięgam odruchowo – niby łagodna, ale już po chwili rzucają się w oczy niepokojące akcenty. Świetna, po prostu świetna. Choć pojawia się lekki zgrzyt, gdyż – mimo iż jest to zbiór opowiadań, brak w książce spisu treści. Nie jest to oczywiście wada, tym niemniej ja akurat uważam, iż w tego typu publikacjach jest to element wybitnie pomocny. Niestety, nazwisko autora nic mi nie mówi, ale przecież przeczytać zawsze warto zwłaszcza, jak zapowiada się całkiem smakowity koktajl.

Zaczynamy bardzo fajnym klimatem. Ot, takie ”Silent Hill”, ładnie wprowadza w nastrój i zabiera czytelnika w podróż w bardzo niepokojące miejsce. Niestety, pomysłu starczyło tylko na jakieś dwie trzecie opowiadania. W pewnym momencie zaskoczony i rozczarowany czytelnik odnosi wrażenie, iż autorowi pisanie tego opowiadania najnormalniej w świecie się znudziło i nie wiedząc, jak z tego wybrnąć po prostu je zakończył.

Po przeczytaniu całej książki stwierdzam, iż tej fantastyki, grozy i thrillera jest w tym zbiorze opowiadań jak na lekarstwo. I wbrew pozorom nie jest to wada, bo teksty fantastyczne są zdecydowanie najgorszymi w tej antologii. Ot, choćby drugi w kolejności „Przypadek śmierci”. Wręcz modelowe i warte pokazywania wszystkim początkującym pisarzom jako przykład, jak wiele błędów można popełnić w jednym tekście. Zaczyna się od bombardowania zaimkami, a później pełna kolekcja – zmiana czasu z przeszłego na teraźniejszy, powtórzenia i tak dalej. Niestety w tym przypadku pani redaktor mocno zaspała.

Później coraz częściej pojawiają się teksty bazujące na sytuacjach realistycznych i wychodzi to książce zdecydowanie na dobre. Choć niestety nadal daje zauważyć się brak pomysłów. „Świetlik” i „Kuracja” są całkiem niezłe, tyle że wręcz identyczne fabularnie, zmienia się tylko miejsce pobytu narratora. „Epizod partyjny” z kolei jest przewidywalny, ale to chyba najlepszy tekst w tej antologii. Ale już następny pokazuje dobitnie brak kontroli autora nad tekstem. Widać wyraźnie, że w opowiadaniu do połowy autor miał zupełnie inną koncepcję tekstu, niż w dalszej części i wyszedł tekst niespójny, w dodatku z nudnym zakończeniem. Kolejne dwa utwory wręcz rażą wtórnością i podobieństwem do siebie, no i oczywiście poziom pozostawia wiele do życzenia. Tradycyjnej wisienki na torcie, czyli jakiegoś tekstu zwieńczającego antologię również nie uświadczymy, ostatnie opowiadanie jest miałkie, nijakie i dopełnia uczucia niedosytu, jakie czytelnik ma po lekturze całej antologii.

 Widać, że autor potrafi pisać, skąd więc tak zróżnicowany poziom w tej antologii? Przypuszczam, iż wrzucone do niej zostały wszystkie teksty Gruli, zarówno te z początków twórczości, jak i późniejsze, dojrzalsze. Choć Internet na jego temat raczej milczy co może świadczyć o tym, iż autor postanowił od razu skoczyć na głęboką wodę. Nie jest to niestety najlepsza ścieżka rozwoju, ale też w czasach coraz popularniejszego self-publishingu czy vanity publishing czasem warto zaryzykować. Podstawowym warunkiem jest jednak – mieć w ręce jakieś argumenty. Autor, póki co ich nie ma, co nie znaczy, iż nie wyciągnie wniosków i solidnie przyłoży się do kolejnej książki. A wówczas jest szansa na całkiem przyjemne zaskoczenie.

Wydawnictwo: Novae Res

Dariusz Hryciuk – „Ostatni papież”

ostatni papież

<Uwaga! Spoilery!>

Dan Brown swoim „Kodem Leonarda” zapoczątkował boom na powieści spod znaku sensacji, religii i tajemnicy. Oczywiście „Kod Leonarda” nie był pierwszy (tenże autor popełnił wcześniej choćby „Anioły i demony”) ale chyba najbardziej spopularyzował tego typu literaturę. Nic dziwnego, że podobnym tropem ruszyło wielu pisarzy, z miernym, przeważnie skutkiem. Tą drogą podążył również Dariusz Hryciuk w swojej powieści „Ostatni papież”

Już podtytuł książki – „Tajemnica przepowiedni Malachiasza” sugeruje, że będzie to kolejna kalka Browna. Nawiasem mówiąc, słowo „tajemnica” na okładce powinna chyba być z dużej litery, ale to drobny szczegół. Okładka – przyciąga wzrok: dobrze dobrane kolory, fajny pomysł, duży plus. A skoro wiadomo, iż będzie to kalka Browna, wiadomo również, na co mniej więcej się przygotować.

Pierwsze cztery rozdziały są zachęcające. Poznajemy głównego bohatera, światowej sławy dziennikarza Davida Stone’a i jego dziewczynę. Autor w interesujący sposób wprowadza w klimat powieści, wplatając w treść książki (akcja dzieje się w niedalekiej przyszłości) ciekawe wynalazki. Taka na przykład lodówka z pierwszego rozdziału bardzo mi się spodobała (choć zapewne podobne już funkcjonują albo funkcjonować będą w niedalekiej przyszłości). Dowiadujemy się, iż cała ludzkość została zaczipowana, a przepływ danych z czipów kontroluje pięć kontynentalnych superkomputerów (zgrzyt – czemu nie ma afrykańskiego?). Wątpliwości budzi trochę miejsce wszczepienia czipów – wnętrze dłoni to akurat najmniej chyba dogodne miejsce na tego typu zabawki, wszak służy ono między innymi do chwytania, więc jakiekolwiek ciało obce w tym miejscu powodować będzie dyskomfort. Cała – poza stopą – powierzchnia ciała jest znacznie lepszym miejscem.

Wracając do treści – akcja rozwija się nieźle, są zwroty akcji, w kolejnych rozdziałach poznajemy kolejne postacie pierwszoplanowe, przewija się również motyw przepowiedni Malachiasza – jest OK. I wtedy nadchodzi rozdział piąty. Dowiadujemy się w nim, iż tajemniczy, wspomniany wcześniej Patrick Bohr ma w planach zaczipować całą Europę…

 STOP! WRÓĆ!

Aż zajrzałem na początek książki, żeby sprawdzić, czy ktokolwiek tę książkę redagował. Niestety, ponoć tak. Jakim cudem zatem panie redaktorki przegapiły takiego babola? Toż już od lat kilku cały świat jest zaczipowany, a teraz nagle ktoś chce czipować Europę? Czyżby pan Patrick nie wiedział, że europejski komputer obsługujący zaczipowaną Europę znajduje się w Brukseli, czy panie redaktorki miały słabszy dzień? Niestety, po dalszej lekturze okazuje się, iż ta druga opcja jest znacznie bardziej prawdopodobna.

Autor zdecydowanie za dużo naoglądał się amerykańskich filmów, gdzie aby rozbroić bombę wystarczy przeciąć jeden z dwóch kabelków. Oczywiście najlepiej w ostatniej sekundzie. I czerwony. W scenie, gdy Samuel próbuje włamać się na komputery bankowe, autor wyraźnie się pogubił. Najpierw kompletnie nie rozumie, jak działają keyloggery, a potem z cała powagą opisuje, jak na monitorze włamywacza pojawia się napis „jesteś namierzany”. No ludzie! Czy rzeczywiście FBI łaskawie raczy informować potencjalnych włamywaczy, że właśnie ich namierzają? Drogie panie redaktorki – naprawdę nie widziałyście tego babola?

Kiedy Hryciuk prowadzi wątek Davida, Bernarda i Esther, wygląda to jeszcze jako tako. Ale wątki sensacyjne to już całkowita masakra. Weźmy na przykład zmuszenie papieża do abdykacji. Powodem, dla którego chrześcijański papież miałby złożyć swój urząd, jest groźba eskalacji konfliktu na linii Indie-Chiny. Zaiste, po takiej propozycji papież na pewno ze względu na piastowany urząd zachowałby kamienną twarz, ale w samotności swej sypialni nie zasnąłby długo, płacząc ze śmiechu.

Podobnych scen jest niestety więcej, dwa ostatnie rozdziały to już galopada absurdu. Ale tak naprawdę jest jedna rzecz, która ostatecznie dyskwalifikuje tę książkę.

Z jakichś powodów autor wprowadza fikcyjne postacie zamiast realnych, na przykład zamiast Jana Pawła II mamy Mikołaja II, który dopasowuje się do przepowiedni Malachasza. Cóż, autor ma prawo wprowadzać osoby nie istniejące w rzeczywistości, jednakże wręcz narzuca się tu pomysł, by również rzekomą przepowiednię udoskonalić. Tymczasem ksiądz Bernard poszukuje przez lata zakończenia przepowiedni, którą może bez problemów znaleźć… choćby w Internecie! Przepowiednia Malachiasza jest ogólnie znana już od kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset lat i cała akcja z brawurowym włamaniem do archiwum Watykanu jest po prostu bez sensu! Niestety, rezultat końcowy jest żałosny i kładzie cały pomysł na łopatki.

Szkoda tej książki, bo gdyby panie redaktorki podeszły do swoich obowiązków poważnie, można by z tego było, we współpracy z autorem coś zrobić. A tak dostajemy produkt, który na początku wydaje się apetyczny, by z każdym kolejnym rozdziałem rozczarowywać coraz bardziej. A jest to materiał na naprawdę fajną powieść.

Wydawnictwo: Varsovia

Książka przeczytana w ramach akcji:

a