Erc Zerki-Evski – „Empaton – pierwotne wynaturzenie”

w

“Empaton – pierwotne wynaturzenie” to debiutancka powieść autora ukrywającego się pod pseudonimem Erc Zerki-Evski. Powieść została wydana przez autora własnym sumptem jako e-book. Trzeba przyznać, że Erc Zerki-Evski postarał się o to, by nie wydawać za wszelką cenę (jak czyni to wielu domorosłych pisarzy), ale przede wszystkim popracować nad własnym tekstem i zadbać o to, by wszystko miało tu ręce i nogi. Jest więc własne wydawnictwo, jest wykonana przez zewnętrzną firmę/osobę korekta i własnoręcznie wykonana okładka. Niestety, o ile dzięki korekcie (a być może umiejętnościom pisarza?) powieść czyta się bez zgrzytów, o tyle samodzielne wykonanie okładki zdecydowanie nie było najlepszym pomysłem. To jedna z tych grafik, które już na dzień dobry odrzucają i byłaby to jedna z pierwszych książek, które w księgarni ominąłbym szerokim łukiem. Niestety planowane kolejne części cyklu (w zamierzeniu autora ma to być trylogia) mają podobnie fatalne okładki.

Ale nie oceniajmy książki po okładce, liczy się to, co autor ma nam do opowiedzenia. I tu jest znacznie lepiej. Zgodnie z zasadą, opisaną przez Alfreda Hitchcocka, książka powinna zaczynać się trzęsieniem ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć. I tak się zaczyna, od solidnego „bum!”. A potem jest coraz ciekawiej.

Z jednej strony – tajemniczy manipulator ludzkich umysłów. Szuka swojego żeńskiego alter ego, godnego przeciwnika  a zarazem potencjalnej kochanki, z którą mógłby zrobić wszystko. Mimo iż na początku się myli, znajduje jednak w końcu Tseh, obdarzoną podobnym talentem jak on, choć nie zdającą sobie dotychczas z tego sprawy. Z drugiej strony – tajemnicza organizacja, na tyle silna, by zgromadzić głowy państw w jednym miejscu a jednocześnie szukająca osoby czy też osób, które wchodzą jej w drogę. Te dwa wątki splatają się, zahaczając o specjalną jednostkę, która szuka jednego wroga, by znaleźć się w centrum uwagi drugiej, znacznie silniejszej. O ile pierwszy z głównych wątków znajduje rozwiązanie, sugerujące jednak dalszy ciąg, drugi pozostaje nierozwikłany.

Niestety, brakuje mi w tej książce rytmu. Postacie i sytuacje, które na początku są pierwszoplanowe, w pewnym momencie fabularnie  giną, ustępując miejsca zupełnie innemu wątkowi, by znienacka odrodzić się w kolejnej części powieści. Brak tu zrównoważenia wątków, przeplatania ich tak, by czytelnik mógł odczuć stałość akcji. W dodatku wyjątkowo jak dla mnie irytujący jest oiB, istota, żyjąca gdzieś w kosmosie i sterująca uczuciami wybranych osób. Odnoszę wrażenie, że bez niej ta książka byłaby znacznie lepsza, zwłaszcza że w pewnym momencie autor nie za bardzo ma koncepcję, co z tym tworem zrobić i posługuje się krótkimi, nic nie wnoszącymi do akcji spostrzeżeniami. Jak już wspomniałem, planowana jest trylogia, więc być może rola oiB okaże się być znacząca dla całej historii, w pierwszej części jednak można go usunąć bez szkody dla treści.

O ile na początku książka wydaje się utrzymana w stylu Koontza (i to Koontza w całkiem dobrej formie)  później następuje zwykła sensacyjna galopada, na szczęście podana w całkiem przyjemny do czytania sposób. Spisek, który się zawiązuje jest z kolei godny Dana Browna, a rozmach, z jakim został zaplanowany budzi respekt. Jak to w trylogii bywa, pierwszy tom nie rozwiązuje wszystkich zagadek a wręcz przeciwnie – akcja dopiero się rozwija. I tu pojawia się problem – autor poświęcił na napisanie pierwszego tomu dwa lata. Pytanie brzmi  – czy jest to książka na tyle dobra, by warto czekać na kontynuację podobny okres czasu?

Myślę, że każdy odpowie na to pytanie sobie sam. Ja z ochotą przeczytałbym kontynuację, lecz obawiam się, że fakt jej wydania zginie gdzieś w odmętach innych zapowiedzi.  Ale trzymam kciuki za autora bo (poza okładką, niestety) zadbał o to by dać odbiorcy ciekawy i rzetelnie wykonany produkt, z którego może być zadowolony. Ale co najważniejsze –  czytelnicy również.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Robert J. Szmidt – „Samotność Anioła Zagłady – Adam”

a

Wydawnictwo Rebis w swojej serii „Horyzonty zdarzeń” postanowiło wydać książkę Roberta J. Szmidta „Samotność Anioła Zagłady”. Dzięki temu wznowieniu mogłem się zapoznać z tą pozycją, po raz pierwszy wchodząc w wykreowany przez Szmidta świat. I było to wejście nad wyraz satysfakcjonujące. Zaczęło się od okładki, o niebo lepszej niż poprzednie wydanie, w dodatku zawierającej w treści o cztery litery więcej. Niby nic, można powiedzieć, ale kiedy odłożyłem książkę na bok te cztery litery cholernie mnie ucieszyły. Ale o tym pod koniec, by za wcześnie nie psuć recenzji.

Zaczyna się dość sielankowo, choć służbowo. Adam Sawyer oraz Susan rozpoczynają swoją zmianę w bazie wojskowej. Nazywają siebie Aniołami Zagłady, gdyż to oni są bezpośrednio odpowiedzialni za odpalenie amerykańskich głowic jądrowych i nowocześniejszych – trineutrinowych. Dyżur przebiega jak zawsze, sytuacja na świecie jest w miarę stabilna (przynajmniej w trójkącie wielkich mocarstw), dlatego pojawienie się na ekranie setek rakiet, podążających ku Ameryce jest całkowitym zaskoczeniem. Choć Adam i Susan są do końca prawie przekonani iż to ćwiczenia, muszą jednak zareagować. A kiedy milkną kolejne radiostacje w miejscach, w których wybuchają bomby wiedzą już, iż niemożliwe stało się faktem…

Na tym nie koniec złych wieści dla Adama. Tragiczny splot okoliczności powoduje, iż przebudzony po zaledwie trzech latach od nuklearnej zagłady pozostaje jedynym żyjącym człowiekiem na Ziemi. Tak przynajmniej w pierwszej chwili sądzi. Gdzieś tam, daleko jest Arka – kompleks baz, które mogły przetrwać, wyposażone w nasiona roślin, oraz zahibernowani ludzie, którzy mogą ten świat odbudować. Niestety, jest pewien problem – Arka znajduje się na drugim końcu Ameryki.

Na początku sprawa wydaje się prosta – wsiąść do jakiegoś pojazdu i po prostu ruszyć w drogę. Jednak już od samego początku piętrzą się niespodziewane problemy. Począwszy od najprostszych – czyli zdobycie paliwa i jedzenia (po trzech latach do spożycia nadają się tylko alkohol i orzeszki) aż po inne, które zmuszają Adama do sporego wysiłku. Na szczęście są pigułki żywnościowe. Na szczęście jest pojazd, którym może się poruszać. Na szczęście jest mapnik, dzięki któremu wie, gdzie jechać. Ale na tym limit szczęścia się kończy.

Adam przekonuje się, jak wiele rzeczy, które spotykamy i znamy na co dzień, może stać się śmiertelnym wrogiem. Jak trudno jest odnaleźć się w rzeczywistości, gdy nie ma szans, by liczyć na pomocną dłoń. I jak bardzo może boleć samotność, zwłaszcza, gdy zmuszonym się jest pozostać przez pewien czas w jednym miejscu wiedząc, że kolejny dzień będzie taki sam, jak poprzedni.

Adama nie da się nie polubić. Pewnie dlatego, że choć jest Amerykaninem, jest jednak jakiś taki… swojski. Upierałbym się przy twierdzeniu, że któryś z jego przodków pochodził z kraju nad Wisłą. I nie tylko o zamiłowanie do alkoholu tu chodzi, ale też o zachowanie. Kiedy czytałem książki, pisane przez autentycznych amerykańskich komandosów, wyłaniał się pewien schemat – amerykański żołnierz nie ma myśleć, ma słuchać rozkazów. Na drugim krańcu świata jest zły, wstrętny, podły, obrzydliwy wróg, którego superheros z USA ma zniszczyć. Tymczasem Adam, zwłaszcza w końcówce, zachowuje się inaczej. Nie sądzę, by będąc Amerykaninem podjął decyzję, jaka podjął wiedząc, że po drugiej stronie planety przeżyć mogło kilku jego odpowiedników. Zabawa w Boga jest zbyt kusząca…

Książkę nie tyle przeczytałem, co pochłonąłem. Dawno żadna pozycja tak mnie nie wciągnęła. Choć przez większą część powieści mamy do czynienia tylko z jednym bohaterem (no dobra, jest Steve…) pełno w tej książce emocji i przygód. Autor nie pieści się z Adamem, rzucając mu coraz to nowe kłody pod nogi. Na szczęście Adam wychodzi z nich zwycięsko. Przynajmniej, jeśli chodzi o przeszkody fizyczne, bo kiedy nasz bohater dociera do rezydencji państwa Dewey, będzie się musiał zmierzyć z innymi problemami. A o ile zwalone drzewo na drodze można odrzucić, z demonami własnej psychiki wygrać już nie tak łatwo.

No i jedna mała uwaga – nie lubię amerykańskiej manii rozbrajania bomby przecięciem kabelka. Oczywiście czerwonego i oczywiście w ostatniej sekundzie. Sceny takie są tyleż efektowne, co bzdurne i niestety podobna sytuacja w książce jest (oczywiście nie o bombę chodzi, to nie spoiler). Uważam, że jednak była to lekka przesada, choć oczywiście całkowicie wybaczalna. Bo w sumie – dlaczego nie mogło tak być?

Wrócę jeszcze do tych czterech literek, których nie było w pierwszym wydaniu, a pojawiły się na okładce drugiej. Chodzi mi o słowo „Adam” sugerujące, że pojawić się może także tom o nazwie „Ewa”. I na końcu książki, ku swej niepohamowanej radości rzeczywiście znalazłem fragment powieści pt. „Samotność Anioła Zagłady – Ewa”, fragment króciutki, ale wybitnie zaostrzający apetyt. Miła niespodzianka dla tych, których ta książka zafascynowała tak bardzo jak mnie.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Alicja Makowska – „Aremil iluzjonistów”

a

Wbrew powszechnym opiniom  książek z gatunku fantasy na rynku nie jest aż tak wiele. A jeśli już są, często bazują na sprawdzonych i eksploatowanych bez końca rasach i potworach. Stworzenie własnego, oryginalnego świata i bohaterów jest wyjątkowo trudnym zadaniem. Takiej misji podjęła się w swej książce „Aremil iluzjonistów” Alicja Makowska.

I właśnie tym tajemniczym tytułem oraz ciekawą, przyciągającą wzrok okładką czytelnik zachęcony zostaje do lektury. I czyta się to bardzo przyjemnie, ksiażka już od początku wciąga w wykreowany przez autorkę świat, dzięki czemu wraz Yaxielem oraz Ellen przemierzymy spory kawał krainy Atermii oraz okolicznych, jak to zwykle bywa zwaśnionych królestw.

Warto wyjaśnić, czym jest ów tytułowy „Aremil”. Otóż Aremil Cov to miejscowość, w której doszło do tajemniczego zdarzenia. Luv, wieloletnia przyjaciółka Yaxiela i przyrodnia siostra Ellen, a także podobnie jak oni iluzjonistka najwyższej, pierwszej klasy udaje się z tajemniczą misją właśnie do Aremil Cov.  I tam znika bez śladu, pozostawiając za sobą zwłoki dwóch żołnierzy eskorty. Zdrada? Ucieczka? Samobójstwo? Nie wiadomo…

Rok później Yaxiel i Ellen ruszają w misję na wschodnie rubieże. Oficjalnie pomóc w zdławieniu rebelii sojusznikom, nieoficjalnie poszukując śladów swojej przyjaciółki. To, co tam znajdą, bardzo ich zaskoczy…

Jak wspomniałem, książkę czyta się dobrze i jest naprawdę wciągająca. Jednakże, jak wspomniałem we wstępie, stworzenie oryginalnego, spójnego świata jest trudne, i tu mam do autorki trochę uwag.

Dobry, samodzielny świat fantasy musi mieć swoją odrębność. Jeśli wchodzę, jako czytelnik w taki świat, chcę poczuć się jak na wycieczce gdzieś do dalekiego, egzotycznego kraju, nieskażonego ludzką cywilizacją i mającego własne zasady. Tak, jak choćby w książce data już pod pierwszym cytatem w początkowym rozdziale – „24 dzierzbca roku 404 III tysiąclecia”. O to chodzi! Podobnie jak odliczanie czasu w „biciach serca”. Ale już później pojawia się brak inwencji i co jakiś czas raczeni jesteśmy rzeczami i postaciami, które występować tu nie powinny. Pal licho konie, kaczki czy kury, niech już będą te dukaty jako waluta (choć tu akurat wyjątkowo łatwo o zmianę…), to można wybaczyć. Ale pociąg? Pistolet? Tutaj autorka chyba trochę popłynęła, naprawdę wysłanie dwójki bohaterów w misje pociągiem to lekka wpadka. Szczerze powiedziawszy lepszy już byłby zamiast pociągu teleport (bo dlaczego nie?), zamiast pistoletu – broń laserowa. Byłoby klimatyczniej i fantastyczniej. Pociąg tu po prostu nie pasuje i już! Pomijam nawet fakt, że jako elita armijna, w taka misję iluzjoniści raczej nie zostaliby puszczeni bez eskorty. Nawet do sojuszniczego kraju.

Kolejna rzecz, która mi się nie podoba, to przenoszenie przyzwyczajeń z czatu na strony książki. Chodzi mi konkretnie o drażniącą manierę pisania krzyków dużymi literami. Zdarza się to dość rzadko, ale w pewnym momencie (kłótnia Ellen z rodzicami) staje się wręcz irytujące. Podobnie jak nazwy własne – z całego wachlarza możliwych nazw kraina sojusznika nazwana została Natamiru, a  władca opozycyjnej krainy Najimaru. I niestety podczas lektury te dwie nazwy notorycznie mi się myliły.

A właśnie, krainy… jest ich w książce sporo, ale… nie ma mapy! I to kolejny zarzut, bo kiedy iluzjoniści przemierzają wschodnie rubieże aż chciałoby się zobaczyć, jak to wygląda, gdzie jest choćby Arkadia (i dlaczego taka niedostępna), jak wygląda granica zwaśnionych krain… Niestety, mapy nie ma co jest tym bardziej zaskakujące, że na końcu książki jest dodatek, zawierający m.in. historię oraz wyjaśnienie kilku spraw związanych z iluzją.

Każdy ma swój Aremil, jakieś niedokończone sprawy, które ciągną się za nim przez całe życie” – to zdanie najlepiej podsumowuje książkę. Nie ma tu postaci czarno-białych, wyidealizowanych. Każdy ma coś, co go gryzie, nawet mistrz i przywódca iluzjonistów. Przez całą podróż bohaterowie odkrywać to będą w sobie, ale czy dostaną ostateczne odpowiedzi na swoje pytania?

Książkę oceniam jako bardzo udaną, te wątpliwości, o których pisałem wyżej to tak naprawdę raptem kilka stron. Cała reszta przyciąga i z przyjemnością przez kilka kolejnych dni podróżowałem wraz z para bohaterów po wschodnich rubieżach. Warto było.

Wydawnictwo: Novae Res

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a