Zbigniew Kazimierz Siatkowski – „Korporacja 13”

a

„Korporacja 13” to literacki debiut Zbigniewa Kazimierza Siatkowskiego. Debiut, trzeba to od razu podkreślić, wyjątkowo udany. Akcja rozgrywa się jakiś czas po wielkiej wojnie, w zamkniętym wieżowcu, zamieszkiwanym przez nieznaną na początku liczbę osób. Już od pierwszych zdań przytłacza czytelnika ciężka, klaustrofobiczna wręcz atmosfera opuszczonego częściowo biurowca. Początkowo, oprócz postapokaliptycznych wstawek, o miejscu akcji i głównych bohaterach niewiele wiadomo. Mieszkańcy – pracownicy tajemniczej korporacji – pracują i mieszkają w swych biurach w rytmie doby, regulowanej nie poprzez wschód i zachód Słońca (które, jak wierzą, jest dla nich śmiertelnie niebezpieczne) ale poprzez „zaświecenia światła”. Jedyną ich zabawą są zawody sportowe, urządzane na schodach między piętrami. Okna budynku są zasłonięte, a spora część pomieszczeń jest niezamieszkana. Dla mieszkańców jedyne „zewnątrz” jakie istnieje, to przejście podziemne do pobliskiego marketu, który, choć oczywiście opustoszały, jest nadzieją pracowników „Korporacji 13” na to, iż kiedyś nadejdą lepsze chwile a pytania, które ich nurtują, znajdą wyjaśnienie.

Nad wszystkim kontrolę sprawuje dwuosobowy Zarząd, który pamięta jeszcze czasy przedwojenne. Mają znacznie większą wiedzę na temat historii i zasad działania korporacji, jednak i oni są sterowani przez tajemniczą Radę, co więcej, podejrzewają, że coś się ostatnio zmieniło, nie mają jednak pojęcia, co. W dodatku wkrótce okazuje się, iż nie tylko oni są w społeczeństwie korporacyjnym postaciami „z innej bajki”.

Cała akcję oglądamy z perspektywy różnych bohaterów, bez obiektywnej narracji. Dlatego od początku wiadomo tylko to, co wiedzą o sobie i miejscu swojego pobytu pracownicy „Korporacji 13”. Wraz z pojawieniem się kolejnych postaci sytuacja wyjaśnia się nieco, ale również i komplikuje. Odpowiedzi, które znajdujemy, implikują kolejne pytania, których mieszkańcy nie potrafią do końca wyjaśnić. A ci, którzy częściowo rozwiązanie pewnych niejasności znają, niekoniecznie chcą się dzielić wiedzą z innymi (jak również z czytelnikami).

Ciekawe wykreowanie społeczności i miejsca akcji przez autora (choćby wspomniane „zaświecenia” czy „okresy rozliczeniowe” zamiast lat, albo wizyty na osiemnastym piętrze) powoduje na początku pewną dezorientację, jednakże powoli kolejne fragmenty układanki zaczynają stanowić całość. I oczywiście zaskakiwać, bo w tej powieści nic nie jest takie, jak się wydaje na początku. Pozbawione płci mikrospołeczeństwo, początkowo zbiurokratyzowane i wyrabiające swoje normy, nie może wszak zostać pozbawione całkowicie uczuć. Doskonałym przykładem jest choćby postać kierownika Sławomira Masa, człowieka, który został przeszkolony tak, by dopasować się do losowego CV znalezionego gdzieś w zakątkach budynku. Mimo treningu (jakże przypominającego klasyczne pranie mózgu) nie jest w stanie do końca wypełniać swych obowiązków ukazując, iż nawet szkolonej od dzieciństwa jednostki nie można tak do końca odczłowieczyć. Zresztą na monolicie tego niewielkiego społeczeństwa ujawnia się coraz więcej rys – pojawiają się grupy opozycyjne: zarówno religijna, jak i przypominająca komunistycznych rebeliantów partyzantka. Nawiasem mówiąc ta druga grupa stanowi wątek komiczny w powieści i szkoda, że pojawiają się dość rzadko.

„Korporacja 13” to ukazanie w mikroskopijnej skali państwa totalitarnego, w którym wszyscy są teoretycznie równi. Jednak totalitarnej równości nie da się narzucić ani siłą, ani szkoleniem/praniem mózgu od najmłodszych lat. Odbija się w tej książce echo słynnego powiedzenia rzymianina Juwenalisa, iż naród chce tylko chleba i igrzysk. Mieszkańcy korporacji nie muszą martwić się o jedzenie, a igrzyska też mają jak na zawołanie. Tymczasem oni, podobnie jak każde stłamszone, sprowadzone do roli bezmózgich robotników społeczeństwo, pragną czegoś więcej.

Prawdy.