Paweł Majka – „Pokój światów”

a

„Pokój światów” Pawła Majki to z pewnością jedna z najoryginalniejszych książek, jaka wpadła mi w tym roku w ręce. Choć notka na okładce prezentuje ją jako powieść fantastyczno-przygodową, tak naprawdę zawiera w sobie dużo, dużo więcej. Zresztą wystarczy uświadomić sobie fakt, iż w tekście spotkamy zarówno Marsjan jak i Smoka Wawelskiego. I nie są to wtrącenia na siłę, ale świetnie wkomponowane w fabułę postacie.

Zaczyna się, jak to mistrz Hitchcock radził, od trzęsienia ziemi. A konkretnie od egzekucji przez powieszenie głównego bohatera. A później następuje taki wysyp postaci i informacji, że aż chce się krzyknąć: „Hola! Hola! Autorze, nie tak szybko, bo pomysłów zabraknie!” Na szczęście autor również zdaje sobie z tego sprawę, gdyż później wodotryski inwencji twórczej dozowane są nieco oszczędniej. A tych (pomysłów) Majce zdecydowanie nie brakuje.

Co warto podkreślić, to niesamowity, baśniowy wręcz klimat powieści. Historia alternatywna, w której po pierwszej wojnie światowej następuje inwazja Marsjan (a jak się później okaże, tak nie do końca Marsjan), którzy wykorzystują mitbomby, czyli taką broń, która ożywia postacie istniejące w umysłach ludzkich. Te jednak, zamiast pomóc obcym, zwracają się przeciwko nim, zmuszając gości z kosmosu do zawarcia przymierza z istotami, które chcieli podbić.

Głównym bohaterem powieści jest Mirosław Kutrzeba. Mieszkająca w jego wnętrzu Zmora pomaga mu w osiągnięciu celu, jakim jest zemsta na sześciu osobach, które – odprawiając mistyczny rytuał – powodują katastrofę kolejową, składając w ofierze pasażerów pociągu. Wśród tych, którzy zginęli, były żona i córka Kutrzeby. Zabójcy, dzięki złożeniu krwawej ofiary, osiągnęli wysoki status majątkowy i społeczny. jakby tego było mało przestały istnieć klasyczne państwa, a świat podzielił się na rejony zarządzane przez spółki handlowe czy lokalnych watażków. To wszystko utrudnia Kutrzebie dokonanie zemsty. Utrudnia – ale nie uniemożliwia. Oprócz barwnej grupki osób, które mu towarzyszą, znajduje nieoczekiwanego sprzymierzeńca w osobie Marsjanina Nowakowskiego. Wiedzeni każdy swoim celem, wspólnie ruszają na wyprawę na olbrzymim sterowcu.

Akcja powieści prowadzona jest symultanicznie w czasie podróży oraz w przeszłości, dzięki czemu poznajemy historię Kutrzeby a także obserwujemy, jak wraz z towarzyszącym mu Szulerem Losu rozprawia się w wyszukany sposób z kolejnymi zabójcami jego bliskich. Poznajemy też bliżej kolejne dziwne postacie oraz rejony, które czasami wyglądają dość znajomo. Autor co i rusz próbuje zaskoczyć czytelnika czymś zupełnie nowym, a jednocześnie doskonale wplatającym się w fabułę książki. Dzięki temu rejon, który zwiedzamy zarówno z pokładu sterowca, jak i podczas pieszej podróży jest wyjątkowo spójny a równocześnie bardzo plastycznie opisany. Nie brakuje oczywiście nawiązań do znanych dzieł literackich oraz pisarzy (zapewne, czytelniku, zwrócisz uwagę na nazwisko inżyniera kolejowego) a także historycznych zdarzeń, szczególnie w krainie Wiecznej Rewolucji. Zresztą takim nawiązaniem jest już sam tytuł.

Majka stworzył fascynujący, oryginalny świat, w którym szybko można się zadurzyć. Bogactwo i różnorodność postaci, na którą z racji wykorzystania mitbomb mógł sobie pozwolić, na szczęście nie zamieniła książki w festiwal różnorakich stworów, choć początek powieści zdawał się to sugerować. Każda z postaci jest tu przemyślana i ma swoją rolę, którą odgrywa w tej układance. Dzięki temu cel, który zamierza osiągnąć Kutrzeba i towarzysze, staje się coraz bliższy. A zakończenie książki zapewne ucieszy każdego, któremu „Pokój światów” się spodobał. Czyli, sądząc po nominacji dla powieści do Nagrody Zajdla 2014, sporej liczbie czytelników.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Aneta Rzepka – „Kieszenie przeszłości”

s

Dwie przyjaciółki, które różni prawie wszystko, ale łączy przeszłość. Obie pochodzą z rozbitych rodzin, obu dzieciństwo kojarzy się bardziej z cierpieniem niż miłością. I taka sytuacja trwa do teraz, a ich przyjaźń jest dla dziewczyn odskocznią od problemów codzienności.

Ola, w dzień prezes szanowanej firmy, po pracy szukająca wrażeń w ramionach anonimowych mężczyzn. I Kornelia, uzdolniona plastycznie uczennica liceum, bardzo zakompleksiona i tkwiąca w toksycznym związku. Dzień, w którym je poznajemy, jest dla nich wyjątkowo pechowy. Ola próbuje „dla sportu” poderwać starszego mężczyznę w sklepie odzieżowym, ten jednak nie tylko nie daje się zbałamucić, ale wszczyna awanturę. Podczas ucieczki Kornelia gubi torebkę, na domiar złego już wkrótce okazuje się, iż ów starszy jegomość jest ważnym klientem biznesowym firmy, w której Ola jest prezesem. Ale, jak się wkrótce okaże, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zdarzenia tego dnia rozpoczęły historię, która jest kanwą tej powieści.

Bohaterki, dobrane na zasadzie kontrastu (energiczna, żywiołowa Ola i zahukana Kornelia) niestety nie pozwoliły mi się polubić. Ola – z wiadomych powodów, nocnych zainteresowań i ciągotek do używek. Kornelia z kolei jest, jeśli to możliwe, jeszcze nudniejsza niż filmowa Krzysia Drohojowska. Melancholijna, zagubiona, miotająca się w życiu. Trochę lepiej wypadają postacie męskie, choć Błażej wali iście królewskie fochy. Marcin jest konkretniejszą, rzetelnie wykreowaną postacią. Najciekawszą fabularnie postacią mógłby być Oskar, ale autorka trochę za bardzo pominęła jego postać, wypychając go gdzieś na drugi plan. A niepotrzebnie, bo w pewnym momencie to on zaskoczył mnie najbardziej.

Niestety, to było jedyne zaskoczenie w tej książce. Tu wszystko toczy się jak po sznureczku, aż do przewidywalnego zakończenia. Próżno szukać jakichś niespodziewanych zwrotów akcji, nawet zachowanie byłego chłopaka Kornelii pod koniec powieści jest jakieś takie średnio emocjonalne, napisane podobnym tempem, co reszta tekstu. Biorąc pod uwagę fakt, iż autorka styl pisania ma całkiem niezły, jest to w pewnym sensie zaletą – akcja nie plącze się fabularnie, ale z drugiej strony nie zmusza odbiorcy do jakichś poszukiwań drugiego dna czy zastanawiania się, co autor ma na myśli. Wszystkie pytania, które powstają w czasie lektury znajdują odpowiedź, i to zazwyczaj dość szybko. No, może poza tajemniczymi listami, wplecionymi w akcję powieści, których sekret wyjaśnia się dopiero pod koniec powieści (choć generalnie można się domyślić, o co w nich chodzi).

Bardzo nie podobała mi się „polsatyzacja” powieści. Narracja toczy się w trzeciej osobie i nagle „łup”: zmiana na osobę pierwszą i Kornelia, Ola albo Marcin tłumaczą, co chcieli osiągnąć zachowując się tak czy inaczej. Od razu przychodzi na myśl skojarzenie z głupiutkimi, paradokumentalnymi serialikami typu „Ukryta prawda” czy podobnymi. Jestem w stanie zrozumieć to w popołudniowej telewizji (bo zawsze mogę zmienić kanał, to raz, a dzisiejsze społeczeństwo potrzebuje coraz uboższych i banalniejszych programów, to dwa) ale nie cierpię tego w literaturze, która z założenia powinna być ambitniejsza. No i nie mam zielonego pojęcia, dlaczego „zaszczytu” wystąpienia w formie pierwszoosobowej dostąpiła tylko trójka z czworga głównych bohaterów, myślę, że Błażej też powinien dostać szanse wyrażenia się i wytłumaczenia swojej wybuchowej natury.

„Kieszenie przeszłości” to jedna z tych książek, która można przeczytać i szybko zapomnieć. To idealna lektura do podróży, czy na czas dłuższego oczekiwania, nie drażni topornością, bo warsztat autorka ma zupełnie przyzwoity, a jednocześnie nie każe zagłębiać się w zawiłościach fabularnych. Na pewno, dzięki jej lekkości, czas minie szybciej, a być może wielu czytelników odnajdzie w niej coś, co pozwoli zatrzymać się przy lekturze na dłużej. Ja akurat tego nie znalazłem ale wiem, że takie osoby się znajdą.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Piotr Patykiewicz – „Dopóki nie zgasną gwiazdy”

a

Mróz. Wszechogarniający mróz. Zapomnijmy o tęczy, zapomnijmy o kolorach – tylko biel i szarość dookoła. Po Upadku planeta, zwana niegdyś Błękitną, pokryła się lodem. Dzisiejsi myśliwi nie polują już na zające i jelenie, ich łupem padają białe niedźwiedzie i foki. W dodatku  tam, w niegdyś zielonych dolinach, czyhają na nich Świetliki, słudzy Lucyfera. A może jakieś nieznane siły, przybyłe z obcej planety? Jedynie w górach można znaleźć przed nimi schronienie, ale one, ośmielone ludzką bezradnością, podchodzą coraz wyżej. W osadach, zbudowanych na szczytach gór, w mrozie i izolacji od innych grup pozostałych przy życiu ludzi, trwa walka z przeznaczeniem. Tylko jaki jest cel?

Piotr Patykiewicz w swej książce „Dopóki nie zgasną gwiazdy” przedstawia postapokaliptyczną przyszłość ludzkości. Skupia akcję swej powieści na kilku pozostałych po katastrofie, którą był wspominany przez mieszkańców Upadek, osadach. Choć położenie ich nie jest jednoznacznie określone, można przypuszczać, iż Kacper, Stach i reszta osadników ukryła się przed zagrożeniem gdzieś w polskich górach. Odizolowane od siebie mieściny komunikują się między sobą przy pomocy sygnalistów – jednym z nich jest właśnie brat głównego bohatera.

Trzysta lat po Upadku i nadejściu mrozu poznajemy ludzi, którzy muszą radzić sobie w zaistniałej sytuacji, bez broni palnej, bez prądu, sztucznego światła i innych dobrze znanych nam wynalazków. W pogardzie są książki, które dla mieszkańców rodzinnej osady Kacpra są bezwartościowe (choć nie dla wszystkich). Świetnie przedstawiony został przekrój ówczesnego społeczeństwa, podział na grupy wykonujące poszczególne zawody, które powinny współpracować, by wspólnie przeżyć. A mimo to i tak pojawiają się niesnaski i podziały na niższe i wyższe warstwy społeczne. Nie zabrakło również religii chrześcijańskiej i jej kapłanów.

Choć akcja toczy się wokół młodego Kacpra, jest on tak naprawdę pretekstem do ukazania małego wycinka umierającego świata. Umierającego, gdyż od początku możemy domyślać się, że to nie może skończyć się happy endem. Cywilizacyjna stagnacja, w połączeniu z tajemniczymi świetlikami, które można spotkać na coraz wyższych wysokościach powoduje, że nie ma skutecznego sposobu obrony przed zagrożeniem. A może to nie zagrożenie? Podczas wyprawy w doliny Kacper ze zdumieniem odkrywa, iż żyją tam ludzie, dla których to zjawisko (a może żywa istota?) nie jest zagrożeniem, a wręcz przeciwnie. Jednak szybko okazuje się, iż cena, jaką muszą zapłacić mieszkańcy dolin, jest wysoka. Którą drogą podążyć?

Zimna jest ta książka. Zimna i apatyczna. Każdy ruch, podjęty przez nielicznych, którzy przetrwali przedłuża ich egzystencję raptem o parę dni czy tygodni. Nieustannie towarzyszy czytelnikowi śnieg, lód, zimny wiatr. I głód. To bardziej trwanie niż rozwój, ciągła ucieczka przed zagrożeniem ze strony przyrody i ze strony Świetlików. Tylko, kiedy dotrze się już do szczytów gór, dokąd dalej uciec?

Powoli gasną płomienie w innych osadach. Jeszcze broni się [główna osada], jeszcze można uciec do tajemniczych Ruin… Ale to tylko półśrodki. Aby przetrwać, potrzeba czegoś więcej. I jest taki sposób. Nieprzypadkowo jedna z pierwszych scen w książce to wyprawa młodego Kacpra po pożywienie, ale przede wszystkim po to, by udowodnić sobie, rodzinie, dziewczynie, która mu sprzyja i kolegom, że stał się właśnie prawdziwym mężczyzną. I – niczym klamra spinająca tę opowieść – musi udowodnić, że tym mężczyzną się stał. Musi podjąć decyzję, która zaważy na jego dalszych losach. Decyzję trudną, ale niezbędną. Stawka jest wysoka…

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a