Magdalena Owczarek – „Po moim trupie”

 s 

 [Uwaga – potencjalne spoilery!]

Po raz kolejny na ulicach pojawiły się zombie. Po raz kolejny zaatakowana ludzkość musi bronić się przed inwazją żywych umarlaków i wykorzystywać wszystkie sposoby, by przeżyć czasy apokalipsy. Tym razem stwory zaatakowały we Wrocławiu, a wszystko to jest osią powieści Magdaleny Owczarek – „Po moim trupie”.

Niestety, książka nie wnosi zupełnie nic do tematyki zombie. To zwykła, naiwna opowiastka dla nastolatków, pełna absurdów, których kwintesencją jest końcówka. Już sama bohaterka, Karolina Świetlicka wykazuje cechy typowej blondynki z dowcipów. Zaraz na początku powieści słyszy w telewizyjnych wiadomościach o rozprzestrzenianiu się zarażeń i zwiększającej się liczbie zombie. Cóż robi nasze dziewczę – biegnie do sklepu i robi zapasy? O nie! Przecież ona robi zakupy raz na pięć dni, nie będzie ruszać tyłka z powodu jakiejś tam ogólnoświatowej epidemii. Jej zaskoczenie, że lodówka prawie pusta a na ulicy pełno umarlaków rozśmieszyło mnie do łez. A kiedy już nasza blondi dociera do sklepu, stwierdza że ludzie to durnie, bo zostawili świeże mięso i warzywa w sklepie. Cóż, świeże mięso po kilku dniach leżenia w cieple (prądu wszak nie ma) chyba nie jest najsmaczniejszym produktem. Nic dziwnego, że ci „durnie” pobrali w pierwszej kolejności choćby konserwy, zostawiając np. jajka mniej inteligentnym klientom.

Nasza bohaterka, po brawurowej ucieczce ze sklepu i dostaniu się najpierw na posterunek, a następnie do akademika UW „Kredki” otrzymuje pseudonim „Księżniczka”. I biorąc pod uwagę, jakiego iście królewskiego focha strzeliła w stronę kolegi za to, iż wybrał jedyne sensowne rozwiązanie w kryzysowej sytuacji, jest to ksywa całkiem uzasadniona (choć Karolina nie zdaje sobie z tego sprawy, no ale, jak wiadomo, inteligencją to ona nie grzeszy).

Co do fabuły – jakoś się toczy, aż do momentu spotkania pewnej Lilki. Do tego czasu wszystko jest jasne – zgromadzeni w „Kredce” studenci stworzyli twierdzę i próbują robić raz za czas wypad na miasto. Niestety, z reguły kończący się tragicznie. Nie ma prądu, woda jest, gaz chyba też – można żyć, zwłaszcza, że są generatory. I choć, pomijając nieudacznictwo Księżniczki i bzdurne decyzje, jakie podejmuje, książka jest dość przyzwoita, to końcówka burzy wszystko. To chyba jedno z najgłupszych, najbardziej infantylnych zakończeń, jakie czytałem.

Kiedy pojawia się Lilka, fabuła traci całkowicie sens. Jej spostrzeżenia mają się nijak do całej poprzedniej części, w dodatku są bezsensowne. Nie chcąc zdradzać za wiele przypomnę tylko znane łacińskie przysłowie, którego rudowłosa amazonka (i chyba autorka też) nie znała – „Nec  Hercules contra plures”. I dlatego ta postać jest dla mnie nierealna i sztuczna. W dodatku rozpoczynająca katastrofę, jaką jest zakończenie tej książki.

Bo końcówka wręcz poraża głupotą. Już pomijam radość z uruchomienia nadajnika radiowego i możliwości nadawania, bo pewnie ludzie odbiorą. W mieście ogarniętym inwazją umarlaków i pozbawionym prądu radia raczej słuchać się nie da, chyba że ktoś zamiast w żywność zaopatrzył się w odbiornik na baterie i lubi sobie posłuchać ciszy w eterze. Ale sam pomysł na jaki wpada nasza Księżniczka, doskonale oddaje poziom jej inteligencji. Nic to, że w każdej chwili może zabraknąć gazu, wody, że żywność kiedyś się skończy. Co kogo obchodzi, że generatory nie działają na powietrze, a samochody nie jeżdżą na solonej wodzie? Grunt to się dobrze bawić!

Niestety, książka mnie rozczarowała. Pomijam już drobiazgi, jak nieuzasadniony nadmiar przekleństw czy dość niefortunne osadzenie akcji we Wrocławiu. Ale dziwi mnie różnica w postrzeganiu zombie na początku i na końcu książki czy irracjonalne zachowania bohaterów. Rozumiem, że w założeniu miała to być lekka książka z odrobiną czarnego humoru, ale nie zwalnia to autorki od zachowania pewnego realizmu zachowań ludzkich w sytuacji zagrożenia. Była już saga o wampirach dla niezbyt wymagających (delikatnie mówiąc) czytelników, teraz mamy podobną książkę o zombie. Przykro mi, do mnie to nie trafia.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

„Jedenaście pytań do…” – wywiad z Victorią Gische

Victoria Gische to pseudonim literacki pochodzącej z Siemianowic Śląskich pisarki, która ma na koncie już trzy powieści: „Lucyfer. Moja historia”, „Kochanka królewskiego rzeźbiarza” oraz ostatnia – „Tajemnice królów”. Autorka obecnie mieszka i pracuje w małej miejscowości Voerde w Niemczech, a czytelnikom oraz uczestnikom akcji „Polacy nie gęsi i swoich autorów mają” zgodziła się odpowiedzieć na kilka pytań.

Akcja książki „Tajemnice królów” oraz luźno z nią powiązanej „Kochanka królewskiego rzeźbiarza” dzieje się w starożytnym Egipcie. Od kiedy interesujesz się starożytnością? Czy Twoim konikiem jest tylko starożytny Egipt czy starożytność jako całokształt?

Starożytny Egipt fascynuje mnie od dawna. Można powiedzieć, że pierwsze zainteresowanie pojawiło się już w szkole podstawowej. Później pogłębiło się na tyle, że chciałam nawet zdawać na archeologię na Uniwersytet Jagielloński, ale niestety człowiek myśli, Pan Bóg kreśli – jak mówi przysłowie – i nic z marzeń nie wyszło. Ostatecznie, prawie jedenaście lat po maturze, zaczęłam studia na Uniwersytecie Śląskim, na Wydziale Nauk Społecznych, na historii.

Co do drugiej części pytania… Zdecydowanie Starożytny Egipt przoduje, chociaż nie wzbraniam się od  innych historii starożytnych. Gdybym miała wskazać, która zaraz po Egipcie jest mi bliska, to byłby to najpewniej Starożytny Rzym, który szczególnie ukochał sobie mój Tata. Mogę śmiało powiedzieć, że jest ekspertem.

Czy zamiast książki fabularyzowanej zdecydowałabyś się napisać historyczną książkę biograficzną?

 Oczywiście, z największą przyjemnością. Lubię czytać biografie. Te – nazwijmy je – typowe oraz zbeletryzowane. Skoro już o nich mowa, to bardzo często wracam do „Udręki i ekstazy” I. Stone’a.To jedna z moich ulubionych książek.

 W „Tajemnicach królów” znalazłem krótki fragment, dotyczący laleczki i przekłuwających ją igieł. Dotychczas byłem przekonany, iż jest to „wynalazek” religii voodoo. Czy rzeczywiście również Egipcjanie stosowali tego typu metody?

 „Egipcjanie znali też napoje miłosne, a za pomocą figurek z wbijanymi szpilkami rzucali groźne uroki (…)”. Ten cytat pochodzi z książki G. Racheta „Słownik cywilizacji egipskiej”, z której często korzystam. Nie jest to zresztą jedyna pozycja książkowa, która pomaga mi, kiedy zasiadam do pisania. Staram się trzymać faktów i pragnę wierzyć, że autorzy książek, z których korzystam też to robili. Jakby na to nie patrzeć są to pozycje naukowe i popularnonaukowe.

Jakie są Twoje zainteresowania poza historią?

Lubię zwiedzać. Najchętniej małe, przepełnione atmosferą dawnych wieków miasteczka, dlatego tak uwielbiam Italię. Tam każda przysłowiowa dziura ma wiele do zaoferowania, ale i w Polsce nie brak pięknych miejsc wartych zobaczenia. Teraz zaś, z uwagi na fakt, że mieszkam w Niemczech, staram się odkrywać piękno miejsc, które leżą na wyciągnięcie ręki. Czasami szukamy daleko, a to co lubimy jest tak blisko, jak na przykład Xanten, do którego lubię wracać niemal tak bardzo jak do Krakowa. Oba miejsca mają w sobie coś magicznego. Serdecznie polecam to miasteczko każdemu, kto znajdzie się w okolicach Duisburga.

Poza tym w zimowe wieczory oprócz tego, że lubię zaszyć się w cichym miejscu z książką i ciepłą herbatą, oddaję się także tak niemodnemu dziś haftowaniu. Mam kilka wyhaftowanych własnoręcznie obrusów, poszewek na poduszki i małych serwetek. Od czasu do czasu też szydełkuję.

Czy w swojej twórczości zamierzasz spróbować innego gatunku literackiego, czy raczej skupiać się dalej na starożytności?

 Tak, nie chciałabym dać się zaszufladkować i jestem na dobrej drodze, aby tak się nie stało, ale ponieważ wszystko jest w fazie „dogrywania” nie będę zagłębiać się w szczegóły.

 Jak wiadomo, w Polsce tylko z pisania żyją nieliczni. Aktualnie mieszkasz w Niemczech. Czy myślałaś o podbiciu tamtejszego rynku wydawniczego?

 I znowu odpowiem twierdząco. Jakiś czas temu napisałam powieść obyczajową z elementami historii, która nie została wydana w Polsce. Ponieważ kilka osób, które miało okazję ją przeczytać, wydały więcej niż przychylną, pozytywną opinię, postanowiłam zaryzykować – a co tam, raz kozie śmierć – i zainwestowałam w tłumaczenie na język niemiecki. Przetłumaczony tekst wysłałam na razie do dwóch wydawnictw w Niemczech i czekam na odpowiedź.

Ponoć przed inwazją ebooków i wyparciem tradycyjnej książki nie da się już uciec. Co wolisz, ebook czy książkę drukowaną i dlaczego?

Zdecydowanie książkę drukowaną. Nic nie zastąpi wersji papierowej. Uwielbiam buszować wśród księgarskich półek. A kiedy już jestem w domu z nowymi nabytkami dokładnie je przeglądam. Czytam okładki, obwoluty. Wącham, bo uwielbiam zapach nowych książek i – to jeden z moich grzeszków – czytam zakończenie.

Niedawno media obiegła tzw. „Afera Twardocha” – czołowy polski pisarz został ambasadorem Mercedesa i otrzymał nowiutki model do swojej dyspozycji, co wywołało lawinę zawiści wśród czołowych polskich pisarzy. Czy według Ciebie pisarz ma być ubogi i tworzyć dla idei, czy przeciwnie – nie ma nic dziwnego w tej sytuacji i jest ona jedynie efektem czystej zazdrości kolegów i koleżanek „po piórze”?

Trzeba nazwać taką sytuację po imieniu, czyli – przepraszam za wyrażenie – złość dupę ściska. Brawo dla Pana Twardocha. To w końcu efekt tego, że jest uznanym przez Czytelników pisarzem. Udało mu się. Widać pisze zgodnie z upodobaniami odbiorców. Lubią go, kupują jego książki, a to się przekłada na popularność i zyski. Autorzy, którzy mówią, że nie piszą dla pieniędzy, moim zdaniem mijają się z prawdą. Jeżeli poświęca się temu wiele godzin pracy, bo to praca jak każda inna, to człowiek pragnie zostać za nią wynagrodzony. Czy Ci, których oburza taka sytuacja, pracowaliby za darmo? Pewnie nie. Oczywiście, że pracując w biurze trudno spodziewać się, że jakaś marka poprosi, abyśmy byli jej ambasadorami, ale każda praca ma swoją specyfikę. Dlaczego ludzi nie oburza, że sportowcy są ambasadorami marek wszelakich? Że pojawiają się w reklamach i „trzepią” za to grube pieniądze? Zazdroszczę Panu Twardochowi, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ja nie mam problemu z tym, aby przyznać się do tego, że chciałabym aby moje powieści sprawiły, że jakaś marka samochodowa lub inna zapukała do moich drzwi i poprosiła, żebym została jej ambasadorem. Życzę każdemu takiego sukcesu.

Literatura jaką tworzysz jest dość niszowa, ze względu na tematykę. Jaki masz kontakt z czytelnikami? Jak oceniają Twoją twórczość?

 W większości pojawiają się dobre i bardzo dobre recenzje. Oczywiście, nie mogę liczyć na to, że moje powieści spodobają się każdemu. Sama jestem Czytelnikiem i niekiedy łapię się na tym, że książka, która ma bardzo dobre opinie, do mnie w ogóle nie przemawia. Po prostu nie jest w moim guście. Staram się dobrze przygotowywać, kiedy siadam do pisania, dlatego robię szeroko zakrojone badania. Posiadam sporą biblioteczkę, więc na razie udaje mi się na niej opierać, ale korzystałam także z pomocy profesjonalisty – egiptologa, Pana Piotra Kołodziejczyka. Bardzo jestem mu wdzięczna, że mimo napiętego harmonogramu, znalazł czas, aby sprawdzić dla mnie to i owo. Mam więc nadzieję, że moje starania przełożą się na zaufanie u Czytelników i będą chętnie sięgać po moje powieści.

 Jaka jest Victoria Gische w wolnym czasie gdy nie pisze i nie grzebie w przeszłości?

Pierwsze co przyszło mi na myśl, kiedy zamierzałam odpowiedzieć na to pytanie, to niecenzuralne słowo, ale ponieważ mogą to czytać dzieci, powiem – zakręcona. Jakiś czas temu skończyłam 40 lat, a czasami zachowuję się jak dziecko.  Mam zwariowane pomysły, trochę ze mnie lekkoduch. Żyję jakby jutra miało nie być, czym doprowadzam moich bliskich do białej gorączki.

Jak Twoi bliscy zapatrują się na Twoje pisanie? Pomagają Ci czy raczej trzymają nieco z boku, czekając na efekt końcowy?

Moja rodzina, tak z mojej strony, jak i ze strony męża cieszy się tym, że robię to co lubię. Wspierają mnie, dodają otuchy. Chwalą kiedy trzeba i ganią też, kiedy trzeba. To oni przeważnie jako pierwsi oceniają moje powieści. Najbardziej krytyczny jest mój Tata, ale to z racji tego, że on tak jak ja jest nie tylko zapalonym Czytelnikiem, ale także miłośnikiem historii. Niemniej jednak, kiedy proces twórczy trwa, kiedy się przygotowuję, robię badania, zapiski, rozpisuję powieść na rozdziały, tworzę zarys postaci, a w końcu zasiadam do pisania, bliscy mi nie przeszkadzają. Czekają na efekt końcowy.

Dziękuję za rozmowę

Victoria Gische – „Tajemnice królów”

a

Starożytny Egipt do dziś zachwyca wielu z nas. Potężna jak na owe czasy cywilizacja stworzyła monumentalne piramidy, zagadkowego sfinksa, pismo hieroglificzne czy prężną kastę kapłanów, którzy wciąż zaskakują swoją olbrzymia, jak na owe czasy wiedzą. Starożytny Egipt to również kraina pełna sekretów – któż nie słyszał choćby o klątwie Tutenchamona?

I właśnie Tutenchamon (choć w bardzo niewielkim, ale istotnym stopniu) jest jedną z postaci występujących w powieści Victorii Gische „Tajemnice królów”. Spotkamy tam również przepiękną Nefretete czy potężnego władcę Echnatona. Wszystkie te postacie są jednak tylko tłem dla właściwej historii.

Już od początku dajemy się wciągnąć w staroegipskie klimaty. Akcja dzieje się w okresie Nowego Państwa, podczas rządów władców XVIII dynastii. Kraj pogrążony jest w chaosie, a do głosu dochodzą zwolennicy boga Amona. Następca Tutenchamona, Aj, umiera, wraz z nim odchodzi w niebyt kult Atona, do czego zresztą tenże władca się przyczynił. Ponieważ Aj, jako kolejny faraon nie pozostawił po sobie dziedzica tronu, jego następcą zostaje generał Horenheb.

Z drugiej strony poznajemy Shardana, byłego żołnierza, oraz jego siostrę Kyrene. O ile mężczyzna jest pierwszoplanową postacią, kobieta występuje w powieści znacznie rzadziej, choć jej rola jest dość kluczowa. Shardan, który dostaje się, dzięki uratowaniu przyszłej żony faraona podczas burzy piaskowej na służbę Horenheba otrzymuje zadanie – wyjaśnić zagadkę śmierci Tutenchamona oraz odnaleźć zaginioną w tajemniczych okolicznościach jego żonę, młodziutką Anchesenamon. I właśnie próby rozwiązania tej zagadki są osią fabuły powieści Victorii Gische.

Na plus tej książki zaliczyć należy niesamowitaą dbałość o szczegóły historyczne, świadczące o wybitnej znajomości staroegipskich realiów przez autorkę. Dzięki temu już od pierwszych stron zanurzamy się w klimatach starożytności, jednocześnie przekonując się, że zdrada, fałsz czy dworskie intrygi towarzyszą ludzkości od samego początku. Na szczęście nie ma tu miejsca na faszerowanie czytelnika suchymi faktami historycznymi, a wszystkie opisy zgrabnie wplecione są w akcję, dzięki czemu poruszamy się po Egipcie jak po dobrze znanym terytorium, które jednak wciąż ma w sobie coś do odkrycia.

Minusy – to przede wszystkim stagnacja. Pierwsze kilka rozdziałów ślimaczy się, a bohaterowie pojawiają się tylko po to, by coś sobie wspomnieć, coś przemyśleć. Akcja prawie stoi w miejscu, bo kiedy ruszy do przodu, pojawia się kolejna postać, która znowu musi jakiś temat przemyśleć, powspominać… Dopiero od rozdziału czwartego coś zaczyna się w końcu dziać, ale wspomniane powyżej przypadłości towarzyszą bohaterom już do końca, na szczęście w znacznie mniejszej ilości.

No i kolejny minus, to korekta. Rozumiem, że literówek nie da się uniknąć, ale jeśli na dwóch sąsiednich stronach pojawiają się takie perełki, jak „moższesz”, „miłościowie”, „siebe” to oznacza, że korektorka miała dość słaby dzień. I niestety nie jest to jedyne miejsce, w którym takie babole można wychwycić. Do redakcji książki też można mieć kilka dość sporych zastrzeżeń.

Ja jednak jestem skłonny wiele wybaczyć autorowi, który potrafi zabrać mnie w podróż w opisany przez siebie świat. Victoria Gische zafundowała mi wycieczkę po egzotycznym, pustynnym kraju, dzięki czemu spędziłem kilka ładnych godzin odkrywając mroczne tajemnice starożytnego Egiptu. I właśnie takie książki, dzięki którym mogę spędzić czas wędrując po miejscach, które dla większości są niedostępne, spotykając osoby, które dla innych są już tylko prochem, uwielbiam. I za to autorce dziękuję.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Jacek Wróbel – „Cuda i dziwy mistrza Haxerlina”

a

Z nazwiskiem autora oraz z bohaterem recenzowanej książki nie miałem dotychczas okazji się spotkać, mimo, iż zagościli obaj (Jacek Wróbel jako autor i sam mistrz Haxerlin jako główna postać opowiadania) na łamach choćby „Fantastyki”  Kiedy jednak przeczytałem fragment jednego z tekstów pisarza, zamieszczonych w Internecie, już wiedziałem, że tę, właśnie tę książkę chcę przeczytać. A kiedy wpadła w moje szpony, już nie wypuściłem, aż do samego końca.

A warto przeczytać, oj, warto. Zwłaszcza, jeżeli jest się fanem fantastyki pisanej z dużym (ale naprawdę dużym) poczuciem humoru. I jeżeli uwielbia się książki w stylu mistrza Pratchetta. Nawet główna postać w tekście Jacka Wróbla, czyli mag, a raczej podający się za maga mistrz Haxerlin, jakoś tak od początku kojarzył mi się z jednym z bohaterów Świata Dysku, niejakim Rincewindem.

 „Cuda i dziwy mistrza Haxerlina” to zbiór opowiadań, które łączy motyw tegoż właśnie maga-niemaga. Haxerlin jest przedsiębiorcą, posiadającym własny obwoźny biznes – sprzedaje magiczne artefakty i eliksiry. No, powiedzmy, że magiczne. A w zasadzie tak nie do końca magiczne, ale za to o szumnie brzmiących nazwach. Dlatego też nasz sprzedawca stara się omijać z daleka miejscowości, w których można spotkać prawdziwych magów i bynajmniej nie chodzi tutaj o konflikt interesów. Omija również Haxerlin miejsca, w których można spotkać byłych klientów. To jednak jest już znacznie trudniejsze i nie zawsze się udaje, o czym przekonujemy się dość szybko.

 Już pierwsze opowiadanie czytałem z szerokim bananem na ustach, a pewien fragment (którego nie przytoczę, ale chyba z łatwością zrozumiecie, o który mi chodzi – takie jedno pytanie pseudoKordaka) przeczytany rano spowodował, że przez cały boży dzionek śmiałem się sam do siebie. Niestety, drugie opowiadanie pozostawiło lekki niedosyt i pomyślałem, iż autor „wystrzelał” się z pomysłów na początku, a teraz będzie już tylko odwalał pańszczyznę. Na szczęście pomyliłem się straszliwie – w kolejnym opowiadaniu znowu poziom zarówno tekstu, jak i humoru wzrasta i znowu jest świetnie. Gwoli wyjaśnienia – drugie opowiadanie też nie jest złe czy choćby przeciętne. Na tle całej reszty prezentuje się po prostu nieco słabiej (moim subiektywnym zdaniem).

O ile pierwsze trzy opowiadania były zbiorem luźnych, nie powiązanych ze sobą tekstów, dalsza część książki, czyli jakieś dwie trzecie całości stanowi fabularną całość. A ogniwem spajającym poszczególne teksty jest Thuz – absolutnie najlepsza postać w „Cudach i dziwach..”. Straszny demon, Krwiopij, którego pokręcony los wplątał w nieprawdopodobną sytuację i związał z mistrzem Haxerlinem. Thuza polubią z pewnością wszyscy czytelnicy, bo jest to iście wybuchowe połączenie… No, żeby nie robić spoilerów napiszę – po prostu połączenie X-a z Y-grekiem i Z-etem. Zaskakujące połączenie i bardzo dobrze wykorzystane przez autora.

Co do postaci – tak barwnego i charakterystycznego zestawu dawno w żadnej książce nie widziałem. Praktycznie każda z drugoplanowych postaci na długo pozostaje w pamięci po przeczytaniu kolejnego opowiadania. Już w pierwszym opowiadaniu śmieszy do łez Jona Piętka, równie barwny jest choćby Foxi, Moshito czy kolega Haxerlina ze studiów, Evanejko. Rzuca się niestety w oczy brak postaci kobiecych – jedna Rozgwiazdka to zdecydowanie za mało. Bardzo dużą frajdę sprawiało mi również odnajdywanie mnóstwa (naprawdę mnóstwa) odnośników i aluzji, które autor sprytnie porozmieszczał w całym tekście. Od tych najprostszych, jak choćby „Narconomicon” autorstwa Hatecrafta, aż po te, których odnalezienie sprawi satysfakcję prawdziwym fanom fantastyki (i nie tylko).

Nie zawiodłem się na tej książce. Powiem więcej – ja już niecierpliwie czekam na kontynuację (a Wydawnictwo Genius Creations właśnie ją zapowiedziało). To jedna z najlepszych pozycji, jaka wpadła mi w ręce w tym roku. Bo przecież rozbawić czytelnika i sprawić, by nie mógł oderwać się od lektury to trudna sztuka. A Jackowi Wróblowi wyszło to we wspaniały sposób.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a