Paweł Majka – „Niebiańskie pastwiska”

a

Kolejna książka autorstwa Pawła Majki znalazła się moich rękach. „Pokój światów’ , który niedawno miałem przyjemność recenzować, sprawił na mnie jak najlepsze wrażenie. Odpowiedź na to, czy „Niebiańskie pastwiska” potwierdzą opinie o szczególnym talencie autora padła już po kilkunastu stronach, które błyskawicznie pochłonąłem. A po przeczytaniu całości mogę powiedzieć: „O tak, to była fantastyczna przygoda!”

A całość prezentuje się iście imponująco – 730 stron czystej fantastyki. Tak, słownie siedemset trzydzieści! Ale przyczyna, dla której czytałem tę książkę nieco dłużej, niż zwykle była inna. Kiedy spotykam się z realistycznie powiązanym światem, intrygującymi bohaterami i piekielnie, choć w tym przypadku powinienem napisać bosko skomplikowaną i intrygującą fabułą, to ja mam zawsze opory przed szybkim skończeniem takiego dzieła. Bo chce jak najdłużej w tym świecie przebywać, odwlekać wyjście z niego jak tylko mogę, ponieważ choć wiem, że musi się skończyć , to jednak powrót do rzeczywistości wcale mnie nie cieszy.

Ale zacznijmy od początku. Rebelia we Wspólnych Przestrzeniach wygasa. Pozostał jeszcze ostatni punkt oporu, jednakże jego szanse na przetrwanie są nikłe. Wydawać by się mogło, iż wszystko dąży do końca, jakim jest opanowanie rebelii, ale… I tu zaczyna się cała intryga. Bo nagle okazuje się, iż wojska koalicji są wysoce skonfliktowane, a poszczególne obozy koalicyjne wysoce skłócone. I ktoś tę niechęć podsyca, bo bez trudu daje się zauważyć działania konspiracyjne. W pozornie zjednoczonych armiach narasta konflikt, a w dodatku okazuje się, iż nikt nie ma pełnej wiedzy nad tym, co tak naprawdę się dzieje.

Ludzkość poddana jest bogom, wierząc, iż to oni właśnie zapewnią im godne życie pozagrobowe. Ale kim są bogowie? Nie brak tych, którzy uważają, iż bogowie to pasożyty, co gorsza uważają, iż potrafią to udowodnić. Kim są kapłani i magowie? Obdarzonymi ponadnormalnymi zdolnościami ludźmi czy po prostu inżynierami, którzy odnaleźli naukę tam, gdzie inni szukali wiary?

Akcja toczy się na wielu płaszczyznach, ogniskując się jednak na jednej postaci. Pozornie nieistotnej, jednym z trybików tej rządzącej światem maszyny, a jednak nosicielem największej tajemnicy. Jak klasyczna space opera, powieść tryska wręcz gejzerami pomysłów, które nie pozwalają się nudzić czytelnikowi. Barwne postacie, połączenie techniki i inżynierii z bogami i rytuałami oraz idealne wręcz połaczenie religii z techniką, a także wspaniała, monumentalna bitwa w przestrzeni kosmicznej oraz dość hipnotyczne przeżycia księcia Oruzon w zaświatach czynią tę powieść naprawdę wyjątkową.

Kto tak naprawdę rozdaje karty w tej rozgrywce? Zdrada czai się na każdym kroku a to, co wydaje się oczywiste już kilka stron dalej okazuje się wyglądać nieco inaczej. I w zasadzie jednego, czego mi zabrakło, to klasycznego kopnięcia w tyłek pod koniec lektury.

Powiedzieć o prologu, że był wciągający, to powiedzieć mało. Ale też czytelnik oczekuje pod koniec powieści odpowiedzi na pytania, dlaczego wszystko potoczyło się, jak potoczyło i dlaczego podjęto wówczas takie, a nie inne decyzje. I niestety, całkowitej odpowiedzi się nie doczekałem, choć klamra spinająca początek i koniec była naprawdę wysokich lotów.

Cóż napisać więcej? Majka przyzwyczaił czytelnika do wysokiej formy swoich tekstów, a tutaj wzniósł się momentami na wyżyny swoich umiejętności. Piekielnie (bosko?) rozbudowaną intrygę, zawiłą fabułę i zagadki, które każdy czytający zadaje sobie już od pierwszych stron. No i niebanalne podejście do religii i rozwoju cywilizacji. Czy tak będzie wyglądał świat za klika tysięcy lat? Niewykluczone, choć część fabuły wydaje się być inspirowana pewnym literackim klasykiem. Tym niemniej jest książka, którą z czystym sumieniem można polecić każdemu fanowi s-f  i w ogóle dobrej fantastyki.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Przemysław Piotrowski – „Kod Himmlera”

a

Rzeczywistość czasami w dziwny sposób splata się z fikcją literacką. Autor powieści „Kod Himmlera” chyba nie spodziewał się iż w momencie, gdy publikowana jest jego książka, kompleks „Riese”, czyli „Olbrzym”, w którym rozpoczyna się akcja jego powieści, znajdzie się na ustach wszystkich Polaków. Oczywiście za sprawą tzw. „Złotego pociągu”, o którym od kilku tygodni grzmi ogólnopolska (i światowa również) prasa oraz media.  Powieść Przemysława Piotrowskiego pokazuje nam jednak, że to, co można znaleźć w niezbadanych czeluściach pronazistowskich szybów, czy to na Dolnym Śląsku, czy to na Antarktydzie, niekoniecznie musi być czymś, co przyniesie jakąkolwiek korzyść znalazcom. A wręcz może odwrócić się przeciwko nim.

Głównymi bohaterami powieści są Polacy – Tomasz Turczyński, niedoszły wybitny sportowiec, a  aktualnie dziennikarz redakcji sportowej w lokalnej gazecie oraz bibliotekarka Kasia. Tomasz, dzięki dokumentom, przekazanym mu przez babcię wpada na trop tajemnicy, jaką ukrywają wzgórza Dolnego Śląska. Niestety, dokumenty są nie do końca zrozumiałe, pomocna okazuje się być jednak jego nowa sympatia. Dzięki pomocy niemieckiego profesora sprawa toczy się naprzód, jednak całość komplikują tajemnicze morderstwa osób, z którymi badacze się spotykają.

W międzyczasie na antarktycznej bazie dochodzi do zagadkowego odkrycia. Naukowcy znajdują przypadkiem zamarznięte zwłoki sprzed kilkudziesięciu lat, okaleczone w niewytłumaczalny sposób. Gruntowne badanie okolicy przy pomocy georadarów przynosi jeszcze dziwniejsze rezultaty. Do akcji wkraczają służby specjalne, niekoniecznie zaprzyjaźnionych państw. Obydwie sprawy – tajemnica kompleksu Riese oraz dziwne tunele pod lodami Antarktydy okazują się być głównymi odnogami tej samej sprawy…

Brzmi ciekawie? Tak, bo sam pomysł zacny. Z wykonaniem jednak gorzej. Zacznijmy od głównych bohaterów.

Tomek – superman, przystojniak co to i w kosza, i w piłkę i w ogóle tańczy, śpiewa, recytuje i nic, co ma spódniczkę przed nim nie ucieknie. Samiec alfa, nawet wśród innych sobie podobnych. Kasia – bibliotekarka z ubercycem i w seksi okularkach. Ogólnie seksbomba, w której główna postać tej książki po prostu musi się zakochać. No i profesor, typowy naukowiec szablonowy aż do bólu, plus Iwan, czyli czarny charakter – i myślę, że was nie zaskoczę: typowy aż do bólu.  Ogólnie postacie są jak wycięte z szablonów powieści sensacyjnych – nudne, przewidywalne, i uwaga! Typowe aż do bólu. Wszystkie.

Akcja… No cóż, zaletą thrillerów tego typu jest gnanie akcji do przodu i zaskakiwanie czytelnika raz za razem. Tutaj niestety na jakiekolwiek zaskoczenie nie można liczyć. Akcja jest straszliwie przewidywalna, wszystko toczy się jak po sznureczku od punktu A do punktu B. Nie ma miejsca na niespodziewane zwroty akcji. Zresztą, skoro autor zdradza (pośrednio, ale jednak) zakończenie jeszcze przed początkiem pierwszego rozdziału to już wiadomo czego można się spodziewać.

Błędy. No są. Są, i to wyraźne. Zaczynając od tych drobnych (Polska wygrywa na początku z Brazylią, by już po paru stronach okazało się, iż jednak wygrała z Niemcami), poprzez te irytujące („stróżka”, „stróżka”, „stróżka”! Autorze, stróżka to żona stróża, a krwi to może być strużka!), aż po dość dziwne (tytuł powinien brzmieć „Kod Mengele”, gdyż Himmlera w powieści wyjątkowo mało, a rozwiązanie dają pamiętniki tegoż pierwszego) i wręcz śmieszne (nasz Tomek, superbohater i pogromca dziewic kryguje się jak panienka, podrywając bibliotekarkę – głupiutka ta scena). Dialogi są momentami irytujące, a już maniera zwracania się do głównej pary bohaterów per „dzieci” przez profesora sprawia wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z powieścią młodzieżową, a nie z soczystym thrillerem.

„Kod Himmlera” to powieść dla czytelnika nie wymagającego zbyt wiele – ot, żeby coś się działo i nie trzeba było myśleć. Od mistrzów czy choćby wyróżniających się autorów tego gatunku dzieli autora przepaść, ale też nie można nazwać tej książki złą. Czyta się bez zgrzytu, akcja toczy się w miarę szybko i dynamicznie, dążąc do wyjaśnienia tajemnicy z przeszłości. Jak na debiut to całkiem niezła pozycja, otwierająca przed czytelnikiem tajemnice kompleksu Riese i bazy 211.

 Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Marta Galewska-Kustra – „Z muchą na luzie ćwiczymy buzie, czyli zabawy logopedyczne dla dzieci”

a

O muszce Fefe dowiedziałem się przypadkiem. Syn, lat dziewięć, który zazwyczaj latał z łapką na muchy i oczyszczał mieszkanie, tym razem kategorycznie odmówił współpracy. Co więcej, zabronił mi działania w zastępstwie krzycząc, iż nie mogę zabić natrętnego bzykacza, gdyż to może być Fefe! A na pytanie, kto to jest Fefe spojrzał na mnie ze zdumieniem i powiedział dobitnie: „No jak to, tata, no przecież…”

No przecież. No tak, dostaliśmy do recenzji książkę „Z muchą na luzie ćwiczymy buzie”, której autorką jest Marta Galewska-Kustra. Ale tata nie miał okazji się z nią zapoznać, gdyż zaraz po otrzymaniu przesyłki zrobił to syn. I już sama ta reakcja, samo ocalenie dzielnej Fefe, która bzyczała wraz z siostrami, braćmi i kuzynami, ośmielona odroczeniem wyroku świadczy o tym, iż książka wyjątkowo młodemu recenzentowi przypadła do gustu. A tak! Recenzentowi, gdyż syn mój podjął się obowiązku zrecenzowania tejże pozycji.

Ale zanim poznacie zdanie młodszego, wypowie się ten starszy.

Od razu rzuca się w oczy nietypowy format, książka jest bowiem kwadratowa. I – po przeczytaniu – stwierdzam, że jest to plus. Duży plus. Pasuje zarówno do układu tekstu, jak i do koncepcji książki. Twarda oprawa to gwarancja dużej trwałości, a można spodziewać się, iż rodzice będą chcieli wykorzystywać ją dość często. Okładka przyciąga wzrok, bardzo fajna grafika autorstwa Joanny Kłos zwraca uwagę, a wystarczy przejrzeć kilka następnych stron by zauważyć, że świetnie wpisuje się w koncepcję książki. Nie ma tu miejsca na przerost grafiki nad treścią, przeciwnie, obrazki są gdzieś w tle, ale cały czas przyciągają uwagę i wywołują uśmiech na twarzy dzieci (do których ta książka tak naprawdę jest skierowana).

Koncepcja jest prosta – jeśli otworzymy książkę na dowolnej stronie, po lewej mamy opisane przygody muszki Fefe, po prawej – ćwiczenie do aktualnej sytuacji. W białym dymku – porada dla rodziców, jak pomóc dziecku w danym ćwiczeniu, w czarnym dymku zadanie do wykonania dla  młodego czytelnika. Zasada ta sprawdza się w stu procentach. Jest to jednak książka przeznaczona dla czytelników młodszych, niż mój dziewięciolatek, gdyż tego typu ćwiczenia powinny być rozpoczęte znacznie wcześniej. Podobne ćwiczenia syn mój przechodził kilka lat temu, warto jednak zauważyć, iż część z nich, zawarta w tej książce, jest na tyle ogólna (i co najważniejsze wspomagająca) iż warto je wypróbować w każdym wieku, nawet tych dziewięciu lat. Niestety, wady wymowy łatwo nabyć, a znacznie trudniej skorygować.

Podsumowując – pozycja zdecydowanie warta polecenia wszystkim rodzicom, nawet tym, którym wydaje się, iż ich dzieci problemów z wymową nie mają. Zwłaszcza iż z doświadczenia wiem, że często to dopiero obiektywne spojrzenie osoby z zewnątrz stymuluje rodziców do wizyty w poradni logopedycznej (i nie tylko). Sposób wykonania, świetne obrazki, atrakcyjna dla dziecka treść no i spore wyzwanie dla rodzica, by ćwiczyć wraz z dzieckiem (co akurat jest dzięki tej książce proste) i nie latać z łapką na muchy po całym domu za Fefe (co już jest trudniejsze) to zachęta do skorzystania z tej pozycji. Naprawdę polecam.

I na koniec – rodzic rodzicem, ale warto poznać zdanie głównego odbiorcy tej książki, czyli dziecka. Dlatego poprosiłem o recenzję mojego syna. A oto ona – nie zmieniłem w niej nawet literki.

„Bardzo mi się podobały przygody muszki Fefe, a szczególnie kiedy jeździła na nerwusie i udawała dżokeja. Ćwiczenia bardzo super, a nie mówiąc jak się przy nich bawiłem. Ilość tekstu jest dobrze dopasowana, tak samo  dobra jest wielość czcionki. Rysunki  też są fajne. Ale muszę powiedzieć muszka Fefe była troszkę wredna ponieważ gdy chcieli wiedzieć czy muszka Fefe zmyślała czy nie zmyśla to udawała że śpi. To było trochę nie fair. Tak mi się podobała ta książka że przed pisaniem tego rysowałem  muszkę Fefe.  Nawet mi się udała.”

a

 Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Jacek Ślusarczyk – „Zebra w barze czyli Polak potrafi”

A

Już sama okładka książki, którą przyszło mi recenzować, sugeruje miejsce akcji. Charakterystyczna czcionka, szklaneczka whisky z amerykańską flagą czy sprytne wykorzystanie nazwiska autora nie pozostawiają wątpliwości, iż akcja toczyć się będzie w USA. Dlatego pewnym zaskoczeniem może być fakt, iż pierwsze stronice powieści przenoszą nas do Polski, a konkretnie PRL-u. Ale spokojnie, to tylko wstęp do całości. Ale jaki wstęp, kochani, jaki!

Młodsze pokolenie nie pamięta, iż w czasach PRL-u zamiast popularnych dowcipów o blondynkach krążyły identyczne, tyle że o milicjantach. Już w pierwszych rozdziałach autor celnie puentuje ówczesny aparat represyjno-milicyjny. I choć wielu z Was uzna zapewne te scenki (również te w areszcie) za naciągane ja jestem pewien, że zdarzyły się naprawdę. Ot, taka była wówczas mentalność.

Pierwsze rozdziały to krótkie wyjaśnienie, dlaczego autor (bo domniemywam, iż Filozof to alter ego autora) zdecydował się na wyjazd do USA. I tam właśnie toczy się akcja prawie całej powieści. A jej kanwą są przygody trójki osób, które podczas tej podróży się poznali. Pozwólcie, iż przedstawię bohaterów.

Filozof – jak wspomniałem, postać wzorowana na autorze książki. Od początku budzi sympatię (jak zresztą wszyscy). Zostawia w kraju schorowanego ojca i wyrusza w podróż za lepszym życiem, gdyż PRL go męczy.

Doktor – tragiczna postać w książce. Jako jedyny pozostawia rodzinę w kraju. Rodzinę? Żona wdaje się w przygodny romans, lecz dzieci wciąż za nim tęsknią. A on sam zastanawia się, kto tak naprawdę doprowadził do kryzysu w małżeństwie. Świetnie zbudowana postać, wielokrotnie, podczas czytania, zatrzymywałem się właśnie podczas pojawienia się tej osoby. Klasyczny przykład na to, jak chory system potrafi zniszczyć nawet najlepszy związek.

Mamuśka – zakochałem się w tej postaci. O ile Doktor był postacią tragiczną, Mamuśka dodaje tej powieści humoru i pikanterii. Postać absolutnie genialna – obdarzony nadludzką siłą i odpornością (a, dodam, że Mamuśka wbrew pozorom to facet), nieco ciężko kapujący ale za to niemal wszechstronnie uzdolniony, jeśli chodzi o gotowanie czy roboty techniczne. I dość prosto rozumujący, za to przesympatyczny.

No i dodam tu postać nawet nie drugo-, nie trzecio- ale czwartoplanową: góral Józek, który pojawia się raptem w dwóch, trzech scenach, ale swoimi reakcjami rozłożył mnie na łopatki. Zwłaszcza w pewnym kinie.

Nasi bohaterowie udają się do Ameryki za lepszym życiem. Na początku odbywają praktykę u pewnego gospodarza o polskim rodowodzie, jednak po kilku miesiącach, gdy powinni wrócić do kraju, w Polsce wybucha stan wojenny. Co robić?

Okazuje się, że Ameryka jest krajem zupełnie innym, niż zapyziała, szara Polska. Szczególnie widać to w scenie, gdy trójka przyjaciół kupuje dom. Ot, tak, od niechcenia. Bo ich stać (po trzech miesiącach pracy!) i bo po prostu można wejść i kupić dom, w przeciwieństwie do systemu, który łaskawie dawał im możliwość  zakupu po kilku-, kilkunastu latach.

Ameryka to kraj możliwości. Kto chce pracować, pracuje i zarabia. Nie ma tu kombinacji, multikulturalny kraj do każdego wyciąga pomocną dłoń. I nikt na nikogo krzywo nie patrzy, że jest inny. Nasza trójka odkrywa, jak diametralnie różne jest to społeczeństwo od zastraszonego, PRL-owskiego tworu. Ich przygody przez całą lekturę wywołują uśmiech na twarzy czytelnika. Autor barwnie i z humorem opisuje kolejne przygody, wzloty i upadki bohaterów, podczas czytania naprawdę szczerze im kibicowałem. Zwłaszcza, kiedy po początkowym zachłyśnięciu się Ameryką odkrywają oni, iż kraj ten tylko pozornie jest takim rajem, posiada również jednak swoje mroczne strony.

Lecz w tej książce jest drugie dno. Śmiech śmiechem, ale przez cały czas towarzyszy lekturze uczucie nostalgii. Szczególnie widoczne jest to u Doktora, który cały czas zastanawia się, co zrobił źle, że musiał znaleźć się aż tutaj. Ale i inni tęsknią: Filozof za swym ojcem, który pozostał chory i samotny w kraju, Mamuśka za rodziną… Przerażająco smutna jest pierwsza Wigilia, jaką spędzają na obczyźnie. Choć przyprawiona lekkim humorem, scena ta jest bardzo nostalgiczna. Nostalgia ta przeplata się z akcentami humorystycznymi i choć jest jej pozornie mało, to ona właśnie rzutuje na całokształt.

Autor we wstępie pisze, iż jest to książka o mężczyznach i dla mężczyzn, ale myślę, iż każdy przeczyta ją z radością. Nie ma co spodziewać się filozoficznych rozważań, akcja jest „męska” i treściwa, lekka w odbiorze a jednocześnie zmuszająca do refleksji. Dodatkowego smaczku dodają listy od kolegów do naszej trójki – krótkie, lesz świetne połączenie tęsknoty i radości.

Przeczytałem naprawdę dobrą książkę. Uśmiałem się, zamyśliłem parę razy, kilkukrotnie pokiwałem z niedowierzaniem głową. Niezależnie od tego, jaką literaturę lubicie, jakie poglądy macie znajdziecie tu coś dla siebie. Trójka zaradnych Polaków w Ameryce pokazała, że wystarczy chcieć, by coś osiągnąć. Czasy się zmieniły i myślę, iż teraz, już tu, w naszym kraju jest wiele osób, które mogłyby zdziałać wiele, tylko im się po prostu nie chce. I może „Zebra w barze…” udowodni im, iż Polak potrafi.

Naprawdę.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Antologia – „Lustra zbrodni”

a

Nadeszły takie czasy, że publikować może praktycznie każdy. Czy to jako self, czy to (o zgrozo) w jakimś pseudowydawnictwie, które „publikuje” bardzo chętnie wszystko, za pieniądze autora. Kto ma ochotę i szczere chęci, może zostać pisarzem lub też „pisażem”, a tych drugich, niestety, wyroiło się zdecydowanie za dużo. W końcu, skoro ciocia, brat czy koledzy z klasy powiedzieli, że taki „pisaż” ma talent, to znaczy, że go ma, czyż nie?

Wpadła mi w ręce antologia, nazwana „Lustra zbrodni”. Pięciu autorów zjednoczyło swe siły, by opublikować, przy pomocy portalu wydaje.pl zbiór swych opowiadań. Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu patronaty nad tym literackim wynaturzeniem objęły dość uznane na rynku grozy firmy – „Kostnica”, „Horror Masakra”, „Histeria” czy „Okiem na horror”. Zaskakujące, gdyż…

Cała ta pożal się Boże antologia ma – uwaga – 46 stron.  Tak, słownie: czterdzieści sześć. Mało? Moi drodzy, sama prezentacja autorów ma dwukrotnie większą objętość niż rozpoczynające to „dzieło” opowiadanie. Typowy przerost literackiego ego nad treścią. A sam czysty tekst to jakieś 70% całości. Prawie jedną trzecią dziełka, mającego 46 stron stanowi okładka, notka o autorach i reklama. Normalnie witki opadają…

Już okładka dokładnie pokazuje, jaki poziom ma antologia. Czyli po prostu koszmar. Przypuszczam, że któryś z wydawców ma dziecko, które w pierwszej czy drugiej klasie podstawówki ma zajęcia z informatyki i Painta. W każdym bądź razie tegoż poziomu autor okładki, kimkolwiek jest, nie przeskoczył. A jeśli autor/ka okładki ma więcej niż dwanaście lat, to wstyd wielki.  Już sama oprawa graficzna powinna mnie odrzucić, ale skoro ma być recenzja…

Po raz kolejny powtarzam, że już pierwsze zdanie w kiepskim tekście dużo mówi o całości. Także i w tym przypadku to się sprawdza – tekst Sandry Osińskiej jest fatalny, nieporadny i w ogóle bez sensu. Ot, coś się dzieje, dziecko się boi, sytuacja się wyjaśnia i… I nagle autorka sobie przypomina: „O shit, miały być lustra!” no i kreuje z dupy całkowicie wzięte zakończenie. Kalectwo językowe autorki tegoż tekstu wręcz razi, więc w tym przypadku jego długość (a raczej krótkość) jest zaletą.

Kolejny tekst, autorstwa Flory Woźnicy, zaczyna się nawet ciekawie. Jak to mówił Hitchcock, trzeba zacząć od trzęsienia ziemi , a potem napięcie powinno rosnąć. I autorka tak zaczyna, tylko że napięcie, zamiast rosnąć, zaczyna spadać, aż w końcu prawie usypia czytelnika. Nic się nie dzieje, ojciec sobie wspomina… Cóż, po bardzo dobrym początku miałem nadzieję, że pierwsze opowiadanie było tylko wpadką, ale dalszy ciąg tekstu wyprowadził mnie z błędu.

„Zwierciadło obłędu” nawet dało się przeczytać, choć autor nie ustrzegł się paru wpadek. Tradycyjnie już zakończenie jest koszmarkiem, widać, że twórca chce ale za cholerę nie potrafi. No ale niech będzie – numer dwa w tej antologii, jeśli chodzi o poziom, choć słabe niemiłosiernie. Koncepcja była, ale się (w lustrze) rozmyła.

Opowiadanie Macieja Szymczaka rozbawiło mnie niemiłosiernie. Już na początku dzwoni domofon, po czym mieszkaniec domu, Bartek, zamiast nacisnąć guzik otwierający drzwi otwiera je i – hokus pokus – wizytatorka jest już za nimi. Niekonsekwencja wyjaśnia się chwilę później, a zdezorientowanemu czytelnikowi pozostaje tylko zastanowić się: po jakiego kartofla w domu jednorodzinnym montować domofon? Normalni ludzie mają dzwonek, hipsterzy kołatkę, ale domofon? Dalej jest jeszcze lepiej, bo staruszka, która go odwiedziła, nosi krzyżyk na szyi. Po czym okazuje się, iż jest ona… Świadkiem Jehowy. No żesz urwał nać, drogi autorze! Świadkowie Jehowy nie uznają krzyża, gdyż według nich Jezus zawisł na palu! Nie wiem, jakie naszyjniki w związku z tym noszą, ale nie jest to na pewno krzyż! No i – wracając do tekstu – jeśli ktoś zastanawia się, czy i w tym przypadku zakończenie jest sp… artaczone to uprzejmie informuję: tak, jest!

No i czas na ostatnie opowiadanie. I tu muszę autora pochwalić. Stworzył tekst najlepszy, wybijający się niczym Mercedes na peerelowskim parkingu pełnym Maluchów, Trabantów i Wartburgów. Wybitne to opowiadanie nie jest, ale przeczytałem je z przyjemnością. Kawał solidnej literatury, znalazł się w tym koszmarku z jakichś niewyjaśnionych przyczyn. Zgrabne, spójne i (w końcu!) jakiś klimat się pojawił.

Drodzy twórcy podobnych antologii! Ja rozumiem, że każdy może wydać. Naprawdę. Ale przyjmijcie taką rozsądną zasadę, że jeśli chcecie opublikować coś, czy to własną książkę, czy zbiór opowiadań, czy antologię – trzymajcie się zasady, że publikacja powinna mieć przynajmniej 7-8 arkuszy literackich (nie szukajcie, napiszę: arkusz literacki = 40 000 znaków ze spacjami), jakąś okładkę zrobioną przynajmniej przez gimnazjalistę no i przede wszystkim – poziom. Ja wiem, drodzy autorzy, że każdy może w dzisiejszych czasach wydać.

Ale naprawdę nie każdy powinien.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Alice Hill – „Skazani”

a

Kiedy ujrzałem książkę, którą przyniósł listonosz, zamarłem – ależ cegła! Po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów zamarłem ponownie – nie dość, że zapowiadał się kolejny klon „Zmierzchu” (choć z demonami zamiast wampirów) to jeszcze pseudoreligijne baśnie ewidentnie mi nie podeszły. Pomyślałem, że nie dam rady tego przeczytać. Ale – z recenzenckiego obowiązku – postanowiłem dotrzeć do końca tej powieści. I z ulgą muszę przyznać, że nie żałuję.

Główną bohaterką powieści jest Thilli Carroll. Poznajemy ją podczas zajęć w szkole katolickiej, gdzie, ze względu na swoją zbuntowaną  osobowość oraz styl ubierania się ewidentnie nie pasuje. Po kłótni z jedną z koleżanek zostaje usunięta ze szkoły, ale nie to jest najgorsze. Choć przez cały dzień ma przeczucia, iż stanie się coś wyjątkowego nie spodziewa się, że będzie to śmierć matki. Listy od niej, które wpadają w ręce Thilli, znacznie gmatwają pozornie jasny obraz sytuacji. Bo jak można zareagować gdy człowiek się dowiaduje, iż jego rodzicielka podpisała pakt z demonem?

Pojawia się w życiu Thilli nowa szkoła, nowi przyjaciele, nowe znajomości, ale także lekarze. I choć nasza bohaterka nie jest do końca przekonana o tym, iż jej matka podpisała jakiś pakt, wkrótce dziwne zdarzenia w jej życiu powodują, że zaczyna się coraz głębiej nad tym zastanawiać.

Trudno mi oceniać tę książkę, dlatego myślę, iż najkorzystniej będzie przedstawić jej plusy i minusy. Zacznijmy zatem od tych pozytywnych cech.

Jedną z nich jest to, iż udało mi się ją przeczytać do końca. To absolutnie nie moje klimaty, natomiast fani i fanki wspomnianego wcześniej „Zmierzchu” pewnie będą zachwyceni. A mimo to autorka zbudowała tak fajny nastrój, iż da się to przeczytać bez bólu i po zakończeniu lektury powiedzieć sobie – tak, to była fajna książka.

Kolejna to cichy bohater tejże powieści, najfajniejsza jak dla mnie postać z całej książki – czyli tata Thilli. Choć jest postacią drugoplanową, to chyba najbarwniejsza i najzabawniejsza osoba w „Skazanych”. Perypetie, jakie musi przechodzić z dorastającąa córką po śmierci żony (i matki Thilli), typowa dla niektórych wdowców nieporadność, widoczna choćby w doborze samochodów, kompletny brak zrozumienia córki – to tylko niektóre z jego cech. Kibicowałem mu mocno, podśmiechując się pod nosem. Zdecydowanie duży plus tej książki.

Dobrym pomysłem jest też zastosowanie narracji wieloosobowej. Narratorem jest każda z postaci, które poznamy w tej książce, nawet ta trzecioosobowa. Dzięki temu poznajemy przebieg niektórych zdarzeń z kilku punktów widzenia, a rzeczy pozornie oczywiste  widziane z innej strony nabierają nowych cech i niejednokrotnie zaskakują czytelnika.

A teraz czas na minusy, choć chciałbym od razu napisać, że nie są one aż tak duże, jakby to wyglądało po tym, co przeczytacie poniżej.

Minus pierwszy – umiejscowienie akcji gdzieś w Ameryce. Nie! W jednej z pierwszych scen Thilli ma scysję ze szkolną gwiazdą futbolu. Mało kto w Polsce nadal wie, iż po pierwsze – futboliści maja olbrzymi szacunek w tamtejszych szkołach (bo to potężne chłopy, choć często nie idzie to w parze z inteligencją)  a po drugie, ichniejszy futbol to połączenie piłki ręcznej z zapasami, z naszą popularną „kopaną” nie mający nic wspólnego.

No i imiona. Ja rozumiem, że wszystkie męskie imiona zaczynają się na A, bo tak wynika z fabuły. Ale już nazwanie dwóch (z trzech) głównych bohaterów Adan i Alan to jednak lekka przesada. Bywało, że ci panowie mi się po prostu mylili.

No i najważniejszy zarzut – zbyt małe wymieszanie wątku fantastycznego z obyczajowym. Za mało tej fantastyki, za dużo szkolnych miłostek. W dodatku strasznie schematycznych – dwóch różnych przystojniaków, trzeci cichy facet stojący z boku, ale zakochany w głównej bohaterce no i ona sama, nie wiedząca, kogo wybrać. Straszna sztampa!

Jak już wspomniałem, to książka, którą da się przeczytać. Niestety, ze względu na tematykę na drugi tom raczej czekał nie będę, po prostu nie moje klimaty. Ale wiem, że jest spore grono czytelników i czytelniczek, którym ta pozycja z pewnością przypadnie do gustu. Bo jest po prostu całkiem niezła. Poza tym warto też wspomnieć o kilku dodatkach, które uprzyjemniły lekturę.

Niecodziennym pomysłem jest zamieszczenie listy piosenek, które towarzyszyły autorce podczas pisania. Dzięki temu poznałem parę fajnych kawałków. Również ilustracje świetnie dopełniają tekst, duże brawa dla osoby, która ozdobiła swoimi rysunkami tę książkę. No i – do recenzji dostałem egzemplarz z autografem autorki. Niby nic, ale fajny, rzadko spotykany gest.

Staram się raczej nie oceniać książek punktowo, ale sądzę, że powieść ta zasłużyła na solidne 7/10, co jak na czytelnika, który za tym gatunkiem fantastyki niezbyt przepada jest wysoką oceną. Myślę, że Ci, którzy podobne klimaty lubią, ocenią tę powieść znacznie wyżej.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a