Marta Galewska-Kustra – „Zeszytowy trening mowy, czyli ćwiczenia logopedyczne dla dzieci”

q

Kolejna pozycja autorstwa Marty Galewskiej-Kustry trafiła w me ręce. Podobnie jak poprzednia książka, również ta jest przeznaczona dla rodziców, którzy chcą w zaciszu domowym popracować z dziećmi nad prawidłową wymową trudniejszych głosek. I podobnie jak poprzednia książka, również ta jest bardzo ciekawą i wartościową pozycją.

Tym razem osobą, która przeprowadzi nas przez wszystkie ćwiczenia, jest trener Leszek. Nie będzie on jednak narzucał swych przygód, jak niedawno czyniła to muszka Fefe, ale będzie jedynie nadzorował prawidłowość wykonywania poszczególnych ćwiczeń. Jego cenne wskazówki pozwolą rodzicom na wspólną pracę z dzieckiem oraz wstępne zorientowanie się, czy ich pociechy potrafią radzić sobie z co trudniejszymi zgłoskami. Oczywiście zestaw ćwiczeń, jaki dostajemy do dyspozycji nie zastąpi wizyty u logopedy, dzięki niemu jednak można zorientować się, czy taka wizyta jest konieczna.

Ponownie do czynienia mamy z ilustracjami Joanny Kłos, i znów warto zauważyć, iż jest to wyjątkowo trafiona decyzja. Myślę, iż grafiki z jednej strony poruszą pewną sentymentalną nutkę w rodzicach, z drugiej wzbudzą zainteresowanie dzieci. Mają swój klimat i zdecydowanie są olbrzymią zaletą tej książki.

„Zeszytowy trening mowy” przeznaczony jest dla cztero- i pięciolatków, co nie znaczy jednak, iż rodzice dzieci z pobliskich grup wiekowych nie znajdą w niej niczego ciekawego. Wręcz przeciwnie – myślę, iż ćwiczenia te powinny pomóc zarówno rodzicom, jak i dzieciom ze znacznie szerszego przekroju wiekowego.  Zwłaszcza, iż są bardzo zróżnicowane i nastawione nie tylko na badanie poprawności wymowy poszczególnych głosek, ale również na dobrą, wspólną zabawę rodzinną.

Ćwiczenia w książce są pozbawione schematyzmu i nastawione bardziej na samodzielne myślenie i dążenie do rozwiązywania problemów przez dziecko. Nie chodzi tu jedynie o mechaniczne odtwarzanie poszczególnych czynności, ale głównie o wzbudzenie w dziecku zdolności do samodzielnego dążenia do znalezienia właściwego rozwiązania zadania. Oczywiście poprzez zabawę młody czytelnik uczy się prawidłowego   wymawiania poszczególnych głosek, którym poświęcony jest dany rozdział.

Znajdziemy tu zatem i grę planszową, w którą rodzic może zagrać z dzieckiem, i wspólne wycinanki, dzięki którym można uzupełnić właściwe obrazki, jest także miejsce na wspólne rysowanie i odgadywanie zagadek. I niestety tu muszę wskazać mały minusik tejże książki – są nim wspomniane wycinanki. Mimo wszystko uważam, iż znacznie lepiej sprawdziłyby się tutaj naklejki. Wycinanie to jednak niszczenie książki, poza tym cztero- czy pięcioletnie dziecko nie do końca radzi sobie precyzyjnie z nożyczkami i wymagało będzie pomocy rodzica. Trochę szkoda, że nie pomyślano tu o naklejkach, zwłaszcza, iż chodzi raptem o trzy strony.

Za to na sam koniec ćwiczeń na naszych milusińskich czeka nie lada niespodzianka – po dokonaniu podsumowania dziecko otrzymuje dyplom, na którym gratuluje mu rzetelnie wykonanych ćwiczeń sam trener Leszek! I myślę, że zarówno rodzic, jak i (zwłaszcza) dziecko z dumą będą mogli powiesić sobie ów dyplom na ścianie na pamiątkę wyjątkowo owocnych ćwiczeń.

„Zeszytowy trening mowy” to świetna propozycja dla wszystkich rodziców, dzięki której można zorientować się, czy nasi milusińscy nie mają problemów z prawidłową wymową poszczególnych głosek. Oczywiście nic nie zastąpi wizyty u specjalisty, jednakże dzięki właśnie takim pozycjom będziemy mogli sami zauważyć jakieś niepokojące objawy. Książki takie jak te pozwalają z jednej strony na obserwację dziecka i sposób wymowy, z drugiej natomiast na spędzenie wspólnego czasu z dzieckiem na rozwiązywaniu zadań i zagadek. Zdecydowanie to jedna z pozycji, którą warto się zainteresować.

PS. – Dla tych, którzy czytali „Z muchą na luzie…” dobra informacja – Fefe też tu jest!

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Marcin Jamiołkowski – „Okup krwi”

a

Ile może zająć podróż z Podkowy Leśnej do Warszawy? Biorąc pod uwagę fakt, iż jest to jakieś trzydzieści kilometrów, zapewne niedługo. Ale co, jeśli posłaniec nie jest zmotoryzowany i nie posiada telefonu komórkowego, przesyłka, którą ma dostarczyć jest nieco dziwna a w dodatku okazuje się, iż ktoś usilnie próbuje mu w dotarciu na miejsce przeszkodzić? A poza tym w grę wchodzi jeszcze… magia?

„Okup krwi” Marcina Jamiołkowskiego opowiada właśnie tę historię. Choć Herberta, który jest tym posłańcem, poznajemy w jego małym zakładzie krawieckim. Pewnego dnia odwiedza go dziwny klient który przedstawia się jako Gerhard Schrödinger i żąda, by dostarczył on tajemniczą przesyłkę do Warszawy, dokładnie podczas pełni księżyca. Nagrodą za wykonanie zadania ma być odzyskanie przez Herberta swej dziewczyny, Melanii, której odcięte ucho krawiec otrzymuje również od dziwnego klienta, dla uwiarygodnienia jego słów. Ale jest ono zabezpieczone magicznie – istnieje szansa, że po wykonaniu zadania przez krawca jego sympatia odzyska swój dawny wygląd.

Dość szybko dowiadujemy się, iż Herbert jest tak naprawdę magiem. I magia ta wypełnia całą książkę. Nie ma co jednak spodziewać się długich bród, spiczastych kapeluszy, tajemniczych ksiąg i efektownych fireballi. W tej książce – i to jest jej duży plus – magia nie jest efektowna, ale efektywna. No, pomijając jeden czar, ale o tym później. Herbert, wychowywany przez ojca (również maga) nauczył się, jak wykorzystywać magię dla celów praktycznych. Wykorzystuje do swych czarów pospolite przedmioty, które łatwo znaleźć w otoczeniu – papieros, parkometr czy popielniczka. Pozwala mu to wydostać się z tarapatów, a to, że będzie miał problemy, staje się dla niego oczywiste już po dojściu na peron i podczas oczekiwania na pociąg do Warszawy.

W swej podróży do celu Herbert spotyka nieoczekiwanych sojuszników – Wygę, czyli młodzieńca, który uciekł z domu, oraz detektywa Annę, którą ratuje z opresji dzięki nieoczekiwanemu uaktywnieniu się supersilnego czaru znanego jako Szał Krwi. I tu kolejny plus dla autora – czar ten jest niezwykle efektowny i wygląda szczególnie efektownie na tle pozostałych zaklęć. Razem z Wygą i Anną usiłują dotrzeć do celu, jednak na przeszkodzie stoi tajemnicze Bractwo Miast oraz dość specyficzni czciciele Jego Wysokości Bazyliszka Warszawskiego. Biorąc pod uwagę niewielki dystans, jaki ma do pokonania Herbert, oraz dość długi, wydawać by się mogło, czas na wykonanie zadania ilość przygód i kłopotów, w jaki pakuje się nasz główny bohater, jest iście zatrważająca.

I tu przechodzimy od plusów do minusów. No, powiedzmy minusików, a właściwie minusika. Bo właśnie ten czas wydaje się tu być rozciągnięty niczym z gumy, co nawet biorąc pod uwagę fakt, iż Herbert potrafi wykorzystać magię zawartą w starych biletach kolejowych do wydłużenia czasu o parę godzin, wygląda trochę nierealistycznie.

Nie zabrakło w tej powieści humoru, kilkukrotnie nieźle się podczas lektury uśmiałem, i choć niektóre dowcipy były dość leciwe, to jednak fajnie wkomponowane w treść. Trochę rozczarowało mnie natomiast zakończenie, choć głównie dlatego, iż nie spodziewałem się, że jest to pierwszy tom większej całości. No i tak naprawdę nie poznałem osoby, którą poznać się w końcówce spodziewałem. Nie zmienia to jednak faktu, iż jest to całkiem przyzwoita powieść z gatunku urban fantasy i domieszką nieco mroczniejszych klimatów. Jeśli do tego dodać minimalistyczną co prawda, ale zaskakująco dobrą okładkę i ciekawych bohaterów, jak również ich oryginalnych przeciwników otrzymujemy całkiem niezłą powieść. Pozostaje zatem czekać na kontynuację i mieć nadzieję, że nie tylko utrzyma poziom części pierwszej, ale także rozwikła parę fabularnych supłów.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Joanna Jax – „Długa droga do domu”

s

„Nazywam się Antonina Tańska i mam 11 lat…”

Bywa czasem tak, że dotychczasowe, spokojne życie nagle zamienia się w dramat. Tego doświadczyła Joanna, która po rozwodzie kupuje zaniedbany dom w Teresinie, by w spokoju pozbierać się do kupy i próbować na nowo ułożyć sobie życie po rozwodzie. I choć zdaje sobie sprawę, że doprowadzenie budynku do przyzwoitego stanu oznacza poświęcenie kliku lat i wymaga sporo pracy, decyduje się na zakup. Już wkrótce okazuje się, iż to, co miało być ucieczką Joanny przed światem, jest wstępem do ciekawej przygody.

W szufladzie Joanna znajduje pamiętniki. Ich treść stanowi większość książki, a są to wspomnienia małej Tosi, dawnej mieszkanki tego domu, nazwanego na cześć jej matki Teresinem. Teresa Tańska była uznana sopranistką, z kolei jej mąż malarzem amatorem, marzącym o wielkiej sławie. W roku 1938-ym Hubert, ojciec Tosi decyduje o wyjeździe całej rodziny do Ameryki. Ta bezprecedensowa decyzja będzie miała olbrzymi wpływ na losy całej rodziny.

Tosię poznajemy, gdy ma jedenaście lat. Zacytowane na wstępie słowa to pierwsze zdanie pamiętnika. Pamiętnika, dzięki któremu będziemy obserwować losy młodej, rzuconej na obcą ziemię dziewczynki, a potem dojrzałej kobiety. I choć początkowo będą to tylko refleksje młodziutkiej panienki, już wkrótce Tosia pokaże pazurki.

Warto tu podkreślić jedną z wielu zalet tej książki. Autorka doskonale buduje klimat każdej epoki, w której toczy się akcja. A Tosia znajdzie się i w przedwojennej Ameryce, i na ogarniętej rewolucją Kubie i Boliwii, i w ranionej lewackimi bojówkami oraz zamachami Europie lat siedemdziesiątych. Każdy z tych okresów jest przedstawiony przez autorkę wyjątkowo realistycznie, od historycznych uwarunkowań, poprzez zachowania mieszkańców, aż po naturalne i charakterystyczne dla danej epoki dialogi. Dzięki temu przez cały czas można poczuć klimat tamtejszych miejsc i czasów.

Tosia… Niestety okazuje się być egoistką, która dla własnego szczęścia poświęca nie tylko szczęście swojej siostry, ale również staje się tą drobinką, która przeciąga strunę, doprowadzając do rozpadu rodziny. Nawet, kiedy ginie jej brat, kiedy siostra zmaga się ze swą psychiką, zaślepiona miłością do Emmanuela nie zważa na ostrzeżenia swej przyjaciółki i wplątuje się w toksyczny związek.

Nasza bohaterka przez cały czas podejmuje błędne decyzje. Zraniona przez męża rzuca się w ramiona przystojnego Kubańczyka, a kiedy znikają Emmanuel i ukochany synek, dołącza do rewolucyjnych bandytów, po powrocie do Europy również stając po stronie zbrodniarzy. Wszystko to po to, by odnaleźć syna.

A mimo to mi, jako czytelnikowi, podoba się jej postawa. Walka o to, by znów móc spotkać swe dziecko, desperacja, do jakiej tylko matka jest zdolna, adrenalina, która napędza ją i pozwala przeżyć w okolicznościach, które załamałyby niejedną osobę.

Akcja biegnie szybko, lata, na łamach powieści, śmigają aż miło, przenosząc Tosię z jednego miejsca w drugie. Aż dziw, jak wiele ta kobieta musiała wycierpieć…

Choć w założeniu jest to powieść obyczajowa, Joanna Jax zmiksowała tu wiele gatunków, i to zmiksowała w sposób perfekcyjny. Z jednej strony saga rodzinna, z drugiej bogactwo historyczne, do tego trochę thrillera, dramatu i powieści szpiegowskiej. A wszystko to podlane świetnym warsztatem literackim autorki, dzięki czemu tę książkę śmiało można nazwać pochłaniaczem czasu. Splecione losy Joanny, która znalazła pamiętniki, oraz bohaterki tychże doprowadzają do zaskakującego finału i sprawiają, że po zamknięciu ostatniej strony można poczuć ten dreszczyk, który towarzyszy przeczytaniu naprawdę dobrej książki.

Jest to jedna z tych powieści, której przeczytanie usatysfakcjonuje chyba każdego, niezależnie od tego, jaki jest jego ulubiony gatunek literacki.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Grażyna Bąkiewicz – „Mieszko, ty wikingu!”

s

Czy Mieszko I, książę i władca Polan, mógł być wikingiem? Na to wskazuje pewien średniowieczny tekst. Inna rzecz, że swoją rolę w jego powstaniu odegrała mała mysz, nieświadoma historycznego zamieszania jakie wprowadziła. Jak również niezbyt przykładający się do swej pracy watykański kopista. A świadkiem tego był nastolatek Aleks, który waśnie tego dnia miał przyjemność nie trafić w epokę historyczną do której się wybrał, w dodatku znalazł się również w innym miejscu niż planował.

Skomplikowane?

Otóż, moi drodzy czytelnicy, lekcje historii w przyszłości wyglądają nieco inaczej. Dzięki specjalnym ławkom uczniowie przenoszą się w czasie w aktualnie przerabiany okres historyczny, by na własnej skórze przekonać się, jak wyglądało ówczesne życie. Niestety, od czasu znalezienia przez Aleksa dziwnego błyskacza, pamiątki po innej czasowej ekspedycji, uczniowie, a szczególnie Aleks nie do końca trafiają tam, gdzie by chcieli.

I tak nasz główny bohater jest świadkiem, jak dzięki „współpracy” myszy i leniwego kopisty okazuje się, iż być może Mieszko I był… wikingiem. Czy to prawda? Ekipa uczniów wyrusza w podróż w czasie by to sprawdzić.

W założeniu miała to być książka historyczna. I zdecydowanie jest. Ale jak dla mnie, zagorzałego fana fantastyki maści wszelakiej, to przede wszystkim świetne s-f dla młodzieży. Świetne, bo nie jest bezproduktywną opowiastką o podróżach w czasie, ale pełnowartościową, historyczno-geograficzną przygodą, która może (i – w ten sposób przedstawiona – wręcz powinna być!) przyczynkiem do sięgnięcia przez uczniów do podręczników historii i zapoznania się z początkami państwa polskiego.

No i kolejna część książki, jakże ważna – komiks! Z początku z pewną nieśmiałością, jednak w miarę lektury coraz częściej pojawia się coraz całostronicowy komiks, w którym zapoznajemy się (często w dość przewrotny sposób) z przebiegiem wydarzeń (z reguły tych bardzo pobocznych) które aktualnie są treścią książki. Kapitalny pomysł, dzieciaki lubią takie obrazowe przedstawienie obrzędów czy zachowań mieszkańców dawnej epoki i dziwię się, że tak rzadko ta idea jest wykorzystywana. I, skoro jesteśmy przy grafice, to trzeba przyznać, że Artur Nowicki (grafik) wykonał doskonałą robotę. Bo…

Bo książka ta, choć przenosi czytelnika najpierw w przyszłość, w której możliwe są podróże w czasie, to mnie przeniosła w przeszłość. Czuć w tej książce ducha Niziurskiego, Sempe, Goscinnego, te wszystkie klimaty, które nam, dzisiejszym rodzicom, budowały dzieciństwo. I cieszę się, że są tacy autorzy, jak Grażyna Bąkiewicz, tacy ilustratorzy, jak Artur Nowicki, którzy te klimaty pielęgnują i dzielą się z dzisiejszą młodzieżą.

Wystarczy zresztą spojrzeć na skład ekipy, która wyruszyła w przeszłość śladami Mieszka Pierwszego, by poczuć ten klimat choćby Mikołajka. Gruby jest? Jest! Musi być, w każdej ekipie jest jakiś Gruby! Jakaś miłostka głównego bohatera? Oczywiście! Ale sposób, w jaki Grażyna Bąkiewicz to opisuje, jest fenomenalny.

Oczywiście pozostaje jeszcze jedno kluczowe pytanie – czy Mieszko I rzeczywiście był wikingiem? W poszukiwaniu odpowiedzi nasi bohaterowie wpadli w zasadzkę i stali się więźniami handlarzy niewolników. Część z nich posmakowała życia w końcówce pierwszego tysiąclecia, zapoznali się z ówczesnymi zwyczajami a nawet nauczyli strzelać z łuku. Ba! Udało im się nawet spotkać samego księcia Polan, dzięki czemu zagadka pochodzenia Mieszka i jego koligacje rodzinne zostały ostatecznie wyjaśnione.

Czy zatem Mieszko był wikingiem? Dowiecie się, sięgając po tę książkę. A raczej prezentując ją swoim dzieciom, które dokładnie wytłumaczą rodzicom, co, jak i dlaczego właśnie przez myszy.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Bartłomiej Trokowicz – „Pan Misio”

s

Tak jak lew jest ponoć królem dżungli, tak władcą swojskiego, polskiego lasu jest Misio. Pan Misio. Może i nieco gburowaty, ale swym majestatem i (chyba nawet bardziej) faktem, iż jest największym stworzeniem w lesie stał się nieformalnym przywódcą zwierząt. Rozsądza spory autorytarnie, ale sprawiedliwie. Choć czasami ma kosmate myśli. Jednak nawet w tym pozornie topornym umyśle tkwi tęsknota za stabilizacją, zwłaszcza od czasu, jak kumpel Wilk ma coraz mniej czasu na wspólne wyprawy. Bo dzieci płaczą, bo żona krzywo spogląda…

Można powiedzieć – jakże znany to problem. Ano znany, bo zwierzątka, które zamieszkują las, to alter ego ludzkości. Oczywiście są schematyczne do bólu – Wiewiórka to plotkara, Lis chytrus, Szczur spryciarz – ale też z łatwością w mieszkańcach lasu dostrzeżemy nasze pospolite przywary. A jak wczytamy się głębiej to okaże się, iż wbrew pozorom nie jest to książka tylko dla dzieci. Autor przemycił w tekście wiele takich smaczków, dzięki którym nawet dorośli znajdą tu coś dla siebie. Zdecydowanie.

Takie bobry na przykład. Jakże idealistyczne, ładne społeczeństwo, które pamiętamy (no, nieco starsi czytelnicy pamiętają) i którego powrotu byśmy nie do końca chcieli. Albo, tu trochę zdradzę fabułę, Niedźwiedzica. Tak, Pan Misio znajduje swoją sympatię. Dialogi Pani Misiowej wywoływały u mnie nieodmiennie uśmiech na twarzy, zresztą myślę, że jej elokwencja rozbawi zarówno młodego jak i starszego czytelnika. I choć każda z postaci ma coś w tej książce do przekazania i zapada w pamięć, to właśnie Pani Misiowa jest moją ulubioną postacią.

Jak to w większości książek dla dzieci bywa, są one bogato ilustrowane. Także i „Pan Misio” nie odbiega od schematu. A nawet, dzięki ilustracjom Dalii Żmuda -Trzebiatowskiej, wybija się zdecydowanie na plus. Ilustracje stanowią istotną część tej książki i są naprawdę efektowne i dopracowane, potęgując klimat opowieści.

Wiele, wiele treści zawartych w tej książce choć zawartych w żartobliwy sposób przedstawia dzieciom przyszłe (i ówczesne) problemy. Ot, choćby odpowiedzialność rodzicielska czy zagadkowy syndrom sztokholmski, bo tak odbieram „związek” między kurą a lisem. Ale najważniejszym zdecydowanie jest umiejętność współdziałania jakże skrajnych charakterów w obliczu nieznanego dotychczas, olbrzymiego zagrożenia. Splecione w różnorakich koligacjach zwierzęta muszą wspólnie stawić czoło nieznanemu, a także w jakiś sposób rozwiązać niebezpieczną i niespotykaną przez nie dotychczas sytuację, która zaistniała.

Bartłomiej Trokowicz, autor tejże książki, ma naprawdę świetny styl pisania. Trafia on do dziecka, a jednocześnie nie męczy rodzica. Przyznam, że cały tekst przeczytałem z przyjemnością, a niejednokrotnie z uśmiechem na twarzy (Pani Misiowa, jak wspomniałem, ale nie tylko, czytelniku, nie tylko…) Myślę, że już podtytuł książki: „Czy lisy śnią o gadających kurach?” da Wam troszkę do myślenia i skłoni do zapoznania się z przygodami Pana Misia i jego podopiecznymi.

Żeby nie było za słodko, muszę jednak wspomnieć o dość istotnej wadzie tej książki. Jest nią fakt istnienia tylko elektronicznej jej wersji, i o ile jeśli chodzi o dorosłych czytelników nie mam w tym temacie obiekcji (sam sięgam coraz chętniej po e-booki) to jednak męczenie wzroku dziecka książką elektroniczną uważam za niepotrzebne. Nie w tym wieku jeszcze (dziecka, oczywiście). Tym niemniej jeśli pojawi się kiedyś wersja papierowa,  z chęcią zaopatrzę Młodego w egzemplarz, gdyż uważam, że zdecydowanie warto. Nie tylko przeczytać, nie tylko dać do przeczytania, ale później podyskutować.

A będzie o czym, oj, będzie :)

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a