Maurycy Nowakowski – „Plagiat”

a

Plagiat…

Wydawać by się mogło, iż książka o takim tytule nie będzie niosła ze sobą wielu emocji, zwłaszcza po przeczytaniu wstępu. Ot, ktoś komuś ukradł pomysł, ktoś się o to upomniał. A jednak akcją, jaka dzieje się w tej książce, można by obdzielić kilka innych pozycji na raz. I śmierć w powieści pojawia się bardzo szybko…

Marcin Faron, pismak lokalnej wrocławskiej gazety kulturalnej „Korespondent Wrocławski”, a jednocześnie osoba z ogromnymi ambicjami i zapędami na dziennikarza śledczego wpada na trop kilku afer. Z jednej strony zastanawia go dziwna śmierć dwójki studentów, z których jeden przewidział atak neonazistów na pokojowy marsz, z drugie – równie dziwny zgon Anity Komar, spowodowany wybuchem bomby. Co ciekawe, student, który został zasztyletowany i szefowa firmy, robiącej czarny PR okazują się być ze sobą powiązani.

Równocześnie trwa kampania wyborcza mająca na celu wyłonić kandydata na rektora uczelni, na której studiowali tragicznie zmarli studenci. Jedną z kandydatek jest żona niedawno zmarłego rektora, drugą – profesorka z tej uczelni, Ewa Kruk. Pikanterii dodaje fakt, iż Julia Dorobek, wdowa po rektorze była niegdyś oskarżona o plagiat. A materiały na nią zbierała specjalistka od czarnego PR, Anita Komar…

Faron, zbierając materiały na temat dziwnego zabójstwa studentów, nieoczekiwanie wpada na jeszcze jeden trop. Okazuje się, iż byli oni autorami dość niezwykłej książki na temat legend rocka. Na tyle niezwykłej, iż…

I koniec – spoilerów nie będzie.

Wydaje mi się, iż autor w swej książce wrzucił za dużo grzybów w barszcz. Parę wątków jest dopisanych nieco na siłę i kompletnie nic z nich, w kontekście całości książki, nie wynika. Ot, choćby prywatny detektyw Bogdan Kwiatkowski, który w zasadzie kompletnie nic do fabuły nie wnosi. Owszem, jest fajną postacią, ale nic ponad to. Również sam motyw Piotra Konopki w szerszej perspektywie jest mocno niedopracowany. Brakuje tu jakiejś fabularnej klamry, spinającej główne wątki w jedną, zaskakującą na końcu, całość.

No właśnie, zakończenie… Mnie osobiście mocno rozczarowało. Takie wzięte z niczego i kompletnie psujące zamysł książki. O ile cała powieść, mimo fabularnych niedoróbek, wciąga i pozwala polubić bohaterów (no, niektórych, oczywiście) to sama końcówka to lekkie pójście na łatwiznę. Tak jak wspomniałem wcześniej – spodziewałem się jakiegoś zaskakującego spięcia dwóch głównych wątków, tymczasem autor poszedł po najmniejszej linii oporu. Niestety, końcówka nie pasuje do całości, a szkoda…

Szkoda, bo jest to naprawdę dobra książka, mimo kilku potknięć, o których pisałem. Główne wątki toczą się z jednej strony niezależnie od siebie, z drugiej przeplatają się świetnie w fabule i aż prosi się o jakieś ich połączenie i intrygujące zakończenie. Oczywiście pomysł autora na wyjaśnienie zagadki tajemniczych zabójstw zapewne wielu z czytelników się spodoba, mi jednak nie przypadł do gustu.

I choć postacie, jakie występują w tej książce, są soczyste i z łatwością można je sobie wyobrazić (a sądzę, iż zwłaszcza studenci w paniach Dorobek i Kruk odnajdą alter ego swoich profesorek), choć autor odwalił kawał znakomitej roboty, to jednak czegoś w tej książce zabrakło. Nie jest to zła pozycja, tylko koncepcja autora poszła zupełnie nie w tę stronę, w którą spodziewałem się, że pójdzie. A trochę szkoda, bo dostałem znakomity obiad z odrobinkę zepsutym deserem.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Andrzej Wardziak – „Siódma dusza”

a

Duży, stary dom na peryferiach, grupa młodzieży, która urządza sobie w nim imprezę, duchy i tajemniczy pokój a także wkraczające do akcji nieznane, lecz potężne siły. Brzmi znajomo? Myślę, że tak, szczególnie dla fanów kręconych na jedno kopyto amerykańskich horrorów klasy B typu „Krzyk” czy „Koszmar minionego lata”. Dlatego jeśli po książce „Siódma dusza” spodziewacie się czegoś więcej, jakichś wodotrysków intelektualnych czy treści do przemyślenia, to Was rozczaruję, tego tu nie znajdziecie. Ale jeśli macie ochotę na niezobowiązującą rozrywkę, książkę, którą można przeczytać np. w pociągu czy w poczekalni, książkę łatwą w odbiorze, choć do bólu schematyczną czyli ot, taki zapychacz czasu – to już jest  pozycja godna rozważenia.

Jak już wspomniałem – miejscem akcji jest dom na lekkim zadupiu, odziedziczony przez rodzinę Lipińskich po zagadkowym utonięciu Antoniego Mostowskiego – wuja Marcina. Marcina, który pół roku po otwarciu testamentu, korzystając z okazji, jaką jest wyjazd rodziców, organizuje u siebie imprezę. Pojawiają się na niej cztery osoby, będące parami: Adam z Majką oraz Tymek z Nadią. I to właśnie ta druga para jest najbardziej wyrazista z całej powieści. On, lekkoduch, zmieniający dziewczyny jak rękawiczki i  ona – pół Polka, pół Ukrainka, z jednej strony śliczna i od razu wpadająca Marcinowi w oko, z drugiej – zakolczykowana i ubierająca się w stylu zdecydowanie buntowniczym. W dodatku, jak się później okazuje, obdarowana dość niespodziewanymi umiejętnościami.

Jeśli chodzi o schematyzm tejże książki to muszę dodać iż wiadomo z góry, co dziać się będzie dalej. Młodzież znajdzie tajemniczy pokój, w domu zaczną się dziać dziwne rzeczy, tajemnicza mgła (no bo jak, musi być mgła!) uniemożliwi ucieczkę. Wielbiciele gatunku podczas lektury tej książki poczują się jak w (nomen omen) domu. Mamy tu wszystkie elementy tworzące klimat, książka ocieka krwią i tajemniczością, jest mrok, są trupy, jest czad!

Tak jak napisałem, można do „Siódmej duszy” podejść w na dwa sposoby. Gdyby oceniać ją jako książkę, którą niespodziewanie dostajemy i zanurzamy się w lekturę, jej wtórność zapewne by czytelnika rozczarowała.  Jeśli jednak tenże czytelnik wie, czego się spodziewać i mimo to (a właściwie: właśnie dlatego!) tę powieść dostaje, to rozpatrując ją we właściwych kategoriach otrzymujemy produkt dobry, a rzekłbym nawet – bardzo dobry. Bez jakiejś zbędnej pseudofilozofii, bez skomplikowanych postaci, bez drugiego dna – po prostu czysty, klasyczny horror.

Jedyne, do czego mógłbym się leciutko przyczepić, to taka niepewność, jakby literacka trema autora na początku tekstu. Tak jakby nie do końca wiedział, jak swoją powieść zacząć. Nie jest to zjawisko mi obce, bo sam, pisząc jakieś opowiadanie, mam właśnie z tym problem – gdzieś w głowie jest pomysł na dalszą treść, ale początek, zawiązanie akcji jest najgorszy. I taka literacką sztywność można w „Siódmej duszy” zauważyć. Na szczęście im dalej, tym lepiej.

A skoro było lekkie czepialstwo, to będzie i lekkie połechtanie autora. Napisałem, iż książka jest do bólu schematyczna, ale jeden pomysł, jeden zabieg literacki, który zastosował Andrzej Wardziak, wart jest docenienia. I naprawdę mi się spodobał.  Żeby nie spoilerować napiszę, że chodzi o rozdział czwarty (i kilka późniejszych…). Po przeczytaniu całej „Siódmej duszy” myślę, że docenicie autora i spojrzycie na niego łaskawym okiem za próbę wyciśnięcia jakiegoś potencjału z klasycznego schematu.

Reasumując – jeśli od książki oczekujecie tylko czystej rozrywki i lubicie horrory, no i jeśli przymkniecie nieco oko na schematyzm, to dostaniecie całkiem fajny zabijacz czasu. W dodatku całkiem nieźle napisany, dzięki czemu bardziej straszyć będzie zawartość książki, niż literackie babole. Gdyby jeszcze końcówka była bardziej… hmm… mrożąca krew w żyłach, byłoby idealnie. Ale to już niech każdy sam oceni.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Katarzyna Walentynowicz – „Zbigniew Łapiński – historie również niepoważne, czyli groch z kapustą”

a

Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński…

Zauważyliście, iż to genialne trio wymieniane było właśnie w tej kolejności? No, czasami Gintrowski zamieniał się miejscami z Kaczmarskim, ale właśnie Zbigniew Łapiński nieodmiennie stawiany był na końcu tej trójki. Nie bez przyczyny zresztą – to pierwsza dwójka grała na gitarach i śpiewała, skupiając na sobie uwagę publiczności i kamer, a Zbyszek zawsze był tam gdzieś w tle, uderzając tylko w klawisze. Tyle tylko, że właśnie te klawisze, w połączeniu z geniuszem Łapińskiego, nierzadko były motorem napędowym programów, przedstawianych przez tę trójkę. Bo choć Zbigniew Łapiński jest kompozytorem wszechstronnym i współpracował z wieloma polskimi artystami, w tym także z najwyższej półki, to jednak właśnie z Gintrowskim i Kaczmarskim jest najczęściej kojarzony.

O tym, jak i o wielu innych ciekawostkach dowiemy się z książki Katarzyny Walentynowicz „Zbigniew Łapiński. Historie również niepoważne, czyli groch z kapustą”. Książki – dodam – niezwykłej, raz, że bardzo sentymentalnej, a dwa – że perfekcyjnie wydanej. Wydawnictwo Bellona odwaliło kawał niesamowitej roboty, dzięki czemu otrzymujemy książkę w twardej oprawie, bogato ilustrowaną (nie tylko zdjęcia Zbyszka z rodziną i kolegami, jak można byłoby się spodziewać, ale także świetne rysunki Krzysztofa Trzaski, doskonale obrazujące muzyka) no i przede wszystkim z olbrzymią niespodzianką dla fanów – czyli płyta CD z kompozycjami Łapińskiego. I choćby dla arcygenialnej kompozycji do przepięknego tekstu Marcina Wolskiego „Ptasie powroty” warto tę książkę kupić (a płyty, co oczywiste, wysłuchać).

Książka dzieli się na dwie zasadnicze części – pierwsza z nich to wywiad-rzeka, jaki autorka przeprowadziła z kompozytorem. Podzielony on jest na kilka części – dzieciństwo, lata szkolne, studia, a także muzyka, rodzina, no i – czego nie mogło zabraknąć – rozdział poświęcony działalności we wspomnianym przez mnie na wstępie tercecie. Choć wywiad podzielony jest na powyższe rozdziały, tak naprawdę jest on dość symboliczny. Tu i ówdzie pojawiają się wspomnienia siostry, wspomnienia rodziny, znajomych, dzięki czemu na wszystko co, o czym opowiada Zbigniew Łapiński możemy spojrzeć z alternatywnego punktu widzenia. Cieniem na słowa kompozytora kładzie się udar, jakiego muzyk dostał w 2005 roku – widać, jak bardzo to przeżył. Motyw ten pojawia się dość często w opowieści Zbyszka. I nie chodzi nawet o względy zdrowotne – dla Łapińskiego znacznie gorszy wydaje się być bezruch, brak możliwości komponowania i aktywnego życia muzycznego.

Druga część to wspomnienia osób, których los połączył z genialnym kompozytorem. Poznajemy muzyka niejako z drugiej strony, w opowieściach i anegdotach, zapamiętanych przez rozmówców. Na mnie osobiście największe wrażenie zrobiły wspomnienia Ewy Błaszczyk, która doskonale wychwyciła inżyniersko-kompozytorski dualizm Łapińskiego, czyli z jednej strony perfekcjonizm i dokładność, z drugie nieustanne wędrówki i improwizacje w świecie nut. Zresztą ogrom osób, które zechciały podzielić się z autorką swoimi opiniami wskazuje, jak wszechstronnym, a jednocześnie jak utalentowanym kompozytorem jest Zbigniew Łapiński.

Duże brawa dla autorki, ale też dla wydawnictwa Bellona za tę pozycję. Nie miałbym nic przeciwko, by tak wydawane książki zajmowały jak największą część mojej biblioteczki. Biografia (czy tez biograficzny wywiad) żyjącej osoby to takie trochę podglądanie artysty przez dziurkę od klucza, dlatego trudno go na taki ruch namówić. Zwłaszcza iż Łapiński jest osobą wyjątkowo dbającą o swoją prywatność (wiadomo, Skorpion!). Tym bardziej warto więc docenić autorkę (przede wszystkim) i wydawnictwo – Katarzynę Walentynowicz za ciekawe pytania, a wydawnictwo za świetne wydanie tej książki.

A ja sobie idę posłuchać „Ptasie powroty”.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Mariusz Zielke – „Sędzia”

a

Nie ma chyba w naszym kraju osoby, która bezkrytycznie przyjmowałaby wiadomości serwowane nam przez media, zwłaszcza te, dotyczące zagadkowych zgonów, bankructw czy spraw sądowych. O tym, że gospodarka i polityka to system naczyń połączonych wiadomo doskonale, jednakże reguły, rządzące tymi dwoma światami, zdecydowanie do najczystszych nie należą. Jeśli do tego dodać kontrolowaną i manipulowaną prasę, otrzymujemy w  wyniku dość spore bagno. Jak bardzo prawdziwe?

Adam Bonar, współwłaściciel jednej z firm leasingowych, oskarżony zostaje o defraudację potężnej sumy pieniędzy. Konkretnie trzystu milionów złotych. Przedstawiony w prasie m.in. przez dziennikarza Jakuba Zimnego jako oszust, początkowo załamuje się, zwłaszcza iż nie ma pojęcia, czy jego współpracownik, obecnie przebywający za granicą, czegoś nie wywinął. Pomocną dłoń podaje mu niespodziewanie dziennikarka Kasia Jarosz, również Kuba Zimny powoli dochodzi do wniosku, iż Adam Bonar może być niewinny. I choć do końca nie jest przekonany, czy ze strony biznesmena nie jest to jakaś szalona gra, jakiś gospodarczy gambit, to jednak intryguje go ta sprawa coraz bardziej. Wkrótce jednoczą siły z dziennikarką z konkurencyjnego pisma, a wnioski, które wyciągną na podstawie zgromadzonych dowodów są bardziej niż szokujące.

„Sędzia” to opowieść o polskim systemie sprawiedliwości i jego powiązaniu z polityką. W czasie lektury mimowolnie nasuwają się skojarzenia z najgłośniejszymi sprawami, w których niszczono polskich biznesmenów, będących poza układem lub tych, którzy właśnie mu podpadli. Naturalnym jest skojarzenie ze sprawą Romana Kluski – nieprzypadkowo zresztą, gdyż właśnie właściciel Optimusa pojawia się w tej książce jako ofiara i widać, że postać ta była silną inspiracją dla autora do napisania „Sędziego”. Choć głównym bohaterem jest ktoś inny, mający również własne alter ego istniejące w naszej rzeczywistości.

Z jednej strony – zaszczuty, nie wiedzący co się dzieje biznesmen, który krok po kroku, dzięki oskarżeniom (bezpodstawnym?) traci powoli rodzinę, znajomych i dobrą opinię. Z drugiej – koalicja bankowo-sądownicza, która specjalizuje się w wyłudzaniu za bezcen akcji czy wartościowych terenów. A może na odwrót? Może ów biznesmen to typowy polski nowobogacki, który oszukał partnera i klientów, a teraz próbuje zdobyć zaufanie prasy łzawymi historiami, tymczasem aparat państwowy próbuje go za matactwa finansowe ukarać? A może prawda jest jeszcze inna?

Niezauważalnie pojawia się w tej powieści jeszcze inna strona. Początkowo głęboko ukryta, wręcz niewidoczna, dopiero pod koniec się ujawnia, a i tak tylko na tyle byśmy mieli świadomość, że istnieje. I tak właśnie sobie tłumaczę tytuł tej książki – nie, nie chodzi tu o sędziego Fogla, który wszak w tej powieści jest postacią drugoplanową. Ale raczej o „tego, który pociąga sznurki”. Bo nietrudno przecież zauważyć, że ci, którzy żyją pełnią władzy, żyją tylko iluzją. Choć są sędziami, prezesami, komornikami – nad nimi jest być może ktoś jeszcze. Kat w każdej chwili może stać się ofiarą, co potwierdziłby choćby Robespierre, gdyby żył.

Powieść Mariusza Zielke wciąga czytelnika w typowe, polskie bagienko. Świetnie skonstruowana fabuła i niebanalni bohaterowie sprawiają, iż dość gruba z pozoru książka kończy się zaskakująco szybko. No i co najważniejsze – jeśli jeszcze ktoś żył w świecie idealistycznej  wizji Polski, jako państwa prawa i sprawiedliwości – zostanie po lekturze skutecznie z tejże wizji wyleczony. A i wiadomości na popularnych portalach czy w głównych wiadomościach zabrzmią zapewne zupełnie inaczej.

Co – niestety – nie znaczy, że optymistyczniej.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Remigiusz Mróz – „Zaginięcie”

a

Mówi się iż prawdziwą miarą talentu autora jest druga część cyklu. O ile pierwsza bowiem może być arcydziełem, w drugiej trzeba się znacznie bardziej napracować, by zaskoczyć czymś czytelnika, znającego wszak wady i zalety głównych bohaterów. „Kasacja” Remigiusza Mroza jest książką nadspodziewanie dobrą i spłynęło na nią mnóstwo pochwał, kontynuacja wydawała się być więc nieunikniona. No i jest!

Chyłka i Zordon po raz kolejny biorą sprawę, która wydaje się być z góry przegraną. Trzyletnia Nikola znika z domu rodziców, alarm całą noc jest włączony i nie ma żadnych śladów porwania czy tez zbrodni. Naturalnymi podejrzanymi wydają się być rodzice dziewczynki – on, Awit Szlezyngier,  jeden z najbogatszych biznesmenów oraz ona, piękna i powabna Angelika, znajoma Chyłki z dawnych lat. A jednak, w miarę rozwoju sytuacji, okazuje się, że nie wszystko wygląda tak, jak początkowo się zdawało.

Głównych bohaterów już znamy – Chyłka i Zordon, czyli pani adwokat i początkujący aplikant. Para współpracująca ze sobą na niwie zawodowej, a jednocześnie splątana w intrygującym związku szefowej i podopiecznego. Pojawia się również postać, która mnie wyjątkowo rozśmieszyła, czyli ich kolega z kancelarii Daniel Kosmowski, jak to ślicznie ujęła Chyłka: „Cristiano Ronaldo polskiej palestry”. Postać wyjątkowo irytująca, typowy korposzczur, w dodatku posługujący się typowym dla tego gatunku ludzi korporacyjnym slangiem. No i oczywiście rozgrywającym własną grę. Najważniejszą jednak sprawą jest rozwiązanie tajemnicy zaginięcia dziewczynki.

Przyznam szczerze, że w trakcie lektury robiłem sobie listę pytań i wątpliwości, które miały znaleźć się w tej recenzji pod hasłem: „Co mi się podobało w pierwszej części, a nie podoba w drugiej”. Jednakże autor perfidnie zagrał sobie ze mną, jako z czytelnikiem i wszystkie te wątpliwości nie dość, że przewidział, to jeszcze umiejętnie wyjaśnił. Przyznaję, że w jednym przypadku wyjaśnienie odczułem wręcz jak uderzenie w twarz. Chyba nie muszę dodawać, że na końcu lektury moja lista była pełna wyłącznie wykreślonych pozycji?

Chyłka i Zordon… Kto czytał pierwszą część wie, do czego teraz piję. Ale nic nie napiszę, sami zagłębcie się w tę skomplikowaną relację. To był właśnie mój pierwszy zarzut, wręcz rzucający się w oczy po początkowych rozdziałach – ten intrygujący w pierwszej części wątek wydawał się być mocno zaniedbany. Lecz potem autor poprowadził sprawę wręcz po mistrzowsku, dzięki czemu… [i tu zapadnie cisza, żeby nie spolerować]

Warsztat literacki Remigiusza Mroza mieliśmy okazję poznać już wcześniej, nie jest więc zaskoczeniem wysoki poziom tej książki. Świetnie poprowadzona akcja powoduje, że chce się tę książkę chłonąć tak, jak jej poprzednią część. Należy tylko pamiętać, iż nie jest to rasowy kryminał, ale przede wszystkim thriller prawniczy. Rozwiązanie zagadki zniknięcia córki państwa Szlezyngierów oczywiście poznamy, jednakże, jak to w przypadku thrillerów prawniczych bywa, główny nacisk położony jest na batalię sądową. To właśnie na sali sądowej zapadają najważniejsze decyzje, podobnie jak w części poprzedniej budząc zrozumiałe wątpliwości i zaskakując czytelnika.

Warto zwrócić uwagę na okładkę – jest świetna, ale jej perfekcyjność docenić można dopiero po przeczytaniu książki. Wtedy właśnie, kiedy znamy już całą intrygę, ukazuje swoje cudowne, dwuznaczne oblicze. Mariusz Banachowicz odwalił tu naprawdę kawał solidnej roboty, za którą należą mu się wyrazy uznania.

Cóż można napisać na podsumowanie… Autor udowodnił, że pierwsza część cyklu nie była tylko przypadkiem, kontynuacja jest przynajmniej równie dobra. Nie tylko dzięki głównym bohaterom, ale także poprzez świetną zagadkę kryminalną, jak również wspaniałe boje na sali sądowej, dzięki czemu czytelnik może poznać zawiłości procedur, obowiązujących w sądach. A najlepszą część Remigiusz Mróz zachował na koniec informując czytelnika, że powstanie trzecia część. I tylko zastanawiam się, czy końcówka tomu drugiego to potwierdzenie tego, co nieuchronnie stać się powinno w części trzeciej, czy sprawy skomplikują się ponownie. Ale o tym wie jak na razie tylko autor.

Pozostaje zatem czekać.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Tomasz Duszyński – „Droga do Nawi”

a

Lubię słowiańską fantastykę. Taką klasyczną, kiedy pojawiają się nasze, swojskie obyczaje i stwory z legend. Kiedy człowiek, czytając taką książkę czuje, jak gdyby autor siadł przed nim, wyciągnął butelczynę, słoik ogórków, marynowanych grzybków i zaczął opowiadać swoją historię. A ja, jako czytelnik, imprezuję wraz z nim, zasłuchany w baśnie o Perunie, Welesie, Światowidzie…

Tomasz Duszyński w swej „Drodze do Nawi” zabiera czytelnika w taką właśnie podróż. Na początku poznajemy trojkę głównych bohaterów – Alka Bielskiego, polskiego komandosa, który brał udział w misjach wojskowych za granicą i trafił w ramiona islamskich terrorystów. Milicjanta Miszę Asieniewicza oraz Ksenię Morozową, z pozoru zwykłą, skromną sprzedawczynię. Autor świetnie wykorzystał tu narrację, fragmenty z udziałem każdej z postaci są zupełnie inaczej prowadzone – w przypadku Alka Bielskiego narracja jest pierwszoosobowa, w przypadku pozostałych dwóch osób jest ona tradycyjnie przedstawiana trzecioosobowo. Przy czym o ile w przypadku Miszy mamy nieco akcji, nieco zagubienia, przedstawienie Kseni jest bardziej refleksyjne i doskonale komponuje się z jej charakterem.

Początkowo wątki naszej trójki są niezależne, by stopniowo jednak splatać się ze sobą. Okazuje się, iż każdy z tej trójki ma dość specyficzne, magiczne umiejętności, które już wkrótce zadecydują o ich przyszłości. W tle bowiem pojawiają się bóstwa – Perun, Weles i krwiożercza Nyja. Bóstwa, które z jednej strony posiadają niezwykłe umiejętności, z drugiej jednak toczą ze sobą walkę, a stawka jest wysoka. Nie ma bowiem nic gorszego dla bóstwa, niż zapomnienie…

Co mi się bardzo w tej powieści podobało, to tło i miejsca zdarzeń. Autor postarał się, by Warszawa była Warszawą, a Moskwa Moskwą. No i wspaniała, klimatyczna Nawi. Dzięki temu sceneria jest bardzo plastyczna, doskonale zresztą uzupełnia ją różnorodność bohaterów. Połączenie współczesności ze światem słowiańskich bóstw i magii, skomplikowanych relacji między trójką bohaterów jak również doskonałe postacie drugoplanowe stworzyły mieszankę iście wybuchową.

Splątani zarówno poprzez przeszłość, jak i niezwykle umiejętności bohaterowie tak naprawdę do końca nie wiedzą, w jakiej uczestniczą grze. Nie wie tego również czytelnik, co i rusz odkrywając nowe tropy i doświadczając zaskakujących zmian akcji. A i tak epilog książki zdecydowanie zaskakuje, choć z drugiej strony wydaje się dość oczywistym rozwiązaniem.

Dodać należy, iż magiczny świat książki podkreślają świetne ilustracje autorstwa Mateusza Wilmy. Trochę szkoda, iż jest ich tak niewiele, gdyż są naprawdę klimatyczne i doskonale wpisują się w treść książki. Również okładka, autorstwa Dark Crayona, przyciąga wzrok, tak naprawdę jednym obrazem przedstawiając główny wątek tej książki. Choć z drugiej strony nie jestem pewien, czy akurat to bóstwo powinno na okładce się znaleźć, ale tu już takie moje gdybanie.

Słowiańskie bóstwa, magia i świat współczesny… Tomasz Duszyński w rewelacyjny sposób splótł wiele gatunków, tworząc niepowtarzalny klimat. Odnalazłem tu wiele smaczków z książek, które wydawać by się mogło są odległe gatunkowo od tej powieści. Jeśli dodać do tego solidny warsztat pisarski autora to nikt chyba nie będzie miał wątpliwości, iż jest to jedna z najciekawszych pozycji mijającego roku. I choć moje uwielbienie dla słowiańskiej fantastyki  na pewno ma znaczenie w tej recenzji, to jednak pozytywne oceny, jakie „Droga do Nawi” zbiera wśród recenzenckiej blogosfery oraz na literackich forach świadczy o tym, iż chyba nie mylę się w swym zdaniu na jej temat.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a