Mariusz Zielke – „Sędzia”

a

Nie ma chyba w naszym kraju osoby, która bezkrytycznie przyjmowałaby wiadomości serwowane nam przez media, zwłaszcza te, dotyczące zagadkowych zgonów, bankructw czy spraw sądowych. O tym, że gospodarka i polityka to system naczyń połączonych wiadomo doskonale, jednakże reguły, rządzące tymi dwoma światami, zdecydowanie do najczystszych nie należą. Jeśli do tego dodać kontrolowaną i manipulowaną prasę, otrzymujemy w  wyniku dość spore bagno. Jak bardzo prawdziwe?

Adam Bonar, współwłaściciel jednej z firm leasingowych, oskarżony zostaje o defraudację potężnej sumy pieniędzy. Konkretnie trzystu milionów złotych. Przedstawiony w prasie m.in. przez dziennikarza Jakuba Zimnego jako oszust, początkowo załamuje się, zwłaszcza iż nie ma pojęcia, czy jego współpracownik, obecnie przebywający za granicą, czegoś nie wywinął. Pomocną dłoń podaje mu niespodziewanie dziennikarka Kasia Jarosz, również Kuba Zimny powoli dochodzi do wniosku, iż Adam Bonar może być niewinny. I choć do końca nie jest przekonany, czy ze strony biznesmena nie jest to jakaś szalona gra, jakiś gospodarczy gambit, to jednak intryguje go ta sprawa coraz bardziej. Wkrótce jednoczą siły z dziennikarką z konkurencyjnego pisma, a wnioski, które wyciągną na podstawie zgromadzonych dowodów są bardziej niż szokujące.

„Sędzia” to opowieść o polskim systemie sprawiedliwości i jego powiązaniu z polityką. W czasie lektury mimowolnie nasuwają się skojarzenia z najgłośniejszymi sprawami, w których niszczono polskich biznesmenów, będących poza układem lub tych, którzy właśnie mu podpadli. Naturalnym jest skojarzenie ze sprawą Romana Kluski – nieprzypadkowo zresztą, gdyż właśnie właściciel Optimusa pojawia się w tej książce jako ofiara i widać, że postać ta była silną inspiracją dla autora do napisania „Sędziego”. Choć głównym bohaterem jest ktoś inny, mający również własne alter ego istniejące w naszej rzeczywistości.

Z jednej strony – zaszczuty, nie wiedzący co się dzieje biznesmen, który krok po kroku, dzięki oskarżeniom (bezpodstawnym?) traci powoli rodzinę, znajomych i dobrą opinię. Z drugiej – koalicja bankowo-sądownicza, która specjalizuje się w wyłudzaniu za bezcen akcji czy wartościowych terenów. A może na odwrót? Może ów biznesmen to typowy polski nowobogacki, który oszukał partnera i klientów, a teraz próbuje zdobyć zaufanie prasy łzawymi historiami, tymczasem aparat państwowy próbuje go za matactwa finansowe ukarać? A może prawda jest jeszcze inna?

Niezauważalnie pojawia się w tej powieści jeszcze inna strona. Początkowo głęboko ukryta, wręcz niewidoczna, dopiero pod koniec się ujawnia, a i tak tylko na tyle byśmy mieli świadomość, że istnieje. I tak właśnie sobie tłumaczę tytuł tej książki – nie, nie chodzi tu o sędziego Fogla, który wszak w tej powieści jest postacią drugoplanową. Ale raczej o „tego, który pociąga sznurki”. Bo nietrudno przecież zauważyć, że ci, którzy żyją pełnią władzy, żyją tylko iluzją. Choć są sędziami, prezesami, komornikami – nad nimi jest być może ktoś jeszcze. Kat w każdej chwili może stać się ofiarą, co potwierdziłby choćby Robespierre, gdyby żył.

Powieść Mariusza Zielke wciąga czytelnika w typowe, polskie bagienko. Świetnie skonstruowana fabuła i niebanalni bohaterowie sprawiają, iż dość gruba z pozoru książka kończy się zaskakująco szybko. No i co najważniejsze – jeśli jeszcze ktoś żył w świecie idealistycznej  wizji Polski, jako państwa prawa i sprawiedliwości – zostanie po lekturze skutecznie z tejże wizji wyleczony. A i wiadomości na popularnych portalach czy w głównych wiadomościach zabrzmią zapewne zupełnie inaczej.

Co – niestety – nie znaczy, że optymistyczniej.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Remigiusz Mróz – „Zaginięcie”

a

Mówi się iż prawdziwą miarą talentu autora jest druga część cyklu. O ile pierwsza bowiem może być arcydziełem, w drugiej trzeba się znacznie bardziej napracować, by zaskoczyć czymś czytelnika, znającego wszak wady i zalety głównych bohaterów. „Kasacja” Remigiusza Mroza jest książką nadspodziewanie dobrą i spłynęło na nią mnóstwo pochwał, kontynuacja wydawała się być więc nieunikniona. No i jest!

Chyłka i Zordon po raz kolejny biorą sprawę, która wydaje się być z góry przegraną. Trzyletnia Nikola znika z domu rodziców, alarm całą noc jest włączony i nie ma żadnych śladów porwania czy tez zbrodni. Naturalnymi podejrzanymi wydają się być rodzice dziewczynki – on, Awit Szlezyngier,  jeden z najbogatszych biznesmenów oraz ona, piękna i powabna Angelika, znajoma Chyłki z dawnych lat. A jednak, w miarę rozwoju sytuacji, okazuje się, że nie wszystko wygląda tak, jak początkowo się zdawało.

Głównych bohaterów już znamy – Chyłka i Zordon, czyli pani adwokat i początkujący aplikant. Para współpracująca ze sobą na niwie zawodowej, a jednocześnie splątana w intrygującym związku szefowej i podopiecznego. Pojawia się również postać, która mnie wyjątkowo rozśmieszyła, czyli ich kolega z kancelarii Daniel Kosmowski, jak to ślicznie ujęła Chyłka: „Cristiano Ronaldo polskiej palestry”. Postać wyjątkowo irytująca, typowy korposzczur, w dodatku posługujący się typowym dla tego gatunku ludzi korporacyjnym slangiem. No i oczywiście rozgrywającym własną grę. Najważniejszą jednak sprawą jest rozwiązanie tajemnicy zaginięcia dziewczynki.

Przyznam szczerze, że w trakcie lektury robiłem sobie listę pytań i wątpliwości, które miały znaleźć się w tej recenzji pod hasłem: „Co mi się podobało w pierwszej części, a nie podoba w drugiej”. Jednakże autor perfidnie zagrał sobie ze mną, jako z czytelnikiem i wszystkie te wątpliwości nie dość, że przewidział, to jeszcze umiejętnie wyjaśnił. Przyznaję, że w jednym przypadku wyjaśnienie odczułem wręcz jak uderzenie w twarz. Chyba nie muszę dodawać, że na końcu lektury moja lista była pełna wyłącznie wykreślonych pozycji?

Chyłka i Zordon… Kto czytał pierwszą część wie, do czego teraz piję. Ale nic nie napiszę, sami zagłębcie się w tę skomplikowaną relację. To był właśnie mój pierwszy zarzut, wręcz rzucający się w oczy po początkowych rozdziałach – ten intrygujący w pierwszej części wątek wydawał się być mocno zaniedbany. Lecz potem autor poprowadził sprawę wręcz po mistrzowsku, dzięki czemu… [i tu zapadnie cisza, żeby nie spolerować]

Warsztat literacki Remigiusza Mroza mieliśmy okazję poznać już wcześniej, nie jest więc zaskoczeniem wysoki poziom tej książki. Świetnie poprowadzona akcja powoduje, że chce się tę książkę chłonąć tak, jak jej poprzednią część. Należy tylko pamiętać, iż nie jest to rasowy kryminał, ale przede wszystkim thriller prawniczy. Rozwiązanie zagadki zniknięcia córki państwa Szlezyngierów oczywiście poznamy, jednakże, jak to w przypadku thrillerów prawniczych bywa, główny nacisk położony jest na batalię sądową. To właśnie na sali sądowej zapadają najważniejsze decyzje, podobnie jak w części poprzedniej budząc zrozumiałe wątpliwości i zaskakując czytelnika.

Warto zwrócić uwagę na okładkę – jest świetna, ale jej perfekcyjność docenić można dopiero po przeczytaniu książki. Wtedy właśnie, kiedy znamy już całą intrygę, ukazuje swoje cudowne, dwuznaczne oblicze. Mariusz Banachowicz odwalił tu naprawdę kawał solidnej roboty, za którą należą mu się wyrazy uznania.

Cóż można napisać na podsumowanie… Autor udowodnił, że pierwsza część cyklu nie była tylko przypadkiem, kontynuacja jest przynajmniej równie dobra. Nie tylko dzięki głównym bohaterom, ale także poprzez świetną zagadkę kryminalną, jak również wspaniałe boje na sali sądowej, dzięki czemu czytelnik może poznać zawiłości procedur, obowiązujących w sądach. A najlepszą część Remigiusz Mróz zachował na koniec informując czytelnika, że powstanie trzecia część. I tylko zastanawiam się, czy końcówka tomu drugiego to potwierdzenie tego, co nieuchronnie stać się powinno w części trzeciej, czy sprawy skomplikują się ponownie. Ale o tym wie jak na razie tylko autor.

Pozostaje zatem czekać.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Tomasz Duszyński – „Droga do Nawi”

a

Lubię słowiańską fantastykę. Taką klasyczną, kiedy pojawiają się nasze, swojskie obyczaje i stwory z legend. Kiedy człowiek, czytając taką książkę czuje, jak gdyby autor siadł przed nim, wyciągnął butelczynę, słoik ogórków, marynowanych grzybków i zaczął opowiadać swoją historię. A ja, jako czytelnik, imprezuję wraz z nim, zasłuchany w baśnie o Perunie, Welesie, Światowidzie…

Tomasz Duszyński w swej „Drodze do Nawi” zabiera czytelnika w taką właśnie podróż. Na początku poznajemy trojkę głównych bohaterów – Alka Bielskiego, polskiego komandosa, który brał udział w misjach wojskowych za granicą i trafił w ramiona islamskich terrorystów. Milicjanta Miszę Asieniewicza oraz Ksenię Morozową, z pozoru zwykłą, skromną sprzedawczynię. Autor świetnie wykorzystał tu narrację, fragmenty z udziałem każdej z postaci są zupełnie inaczej prowadzone – w przypadku Alka Bielskiego narracja jest pierwszoosobowa, w przypadku pozostałych dwóch osób jest ona tradycyjnie przedstawiana trzecioosobowo. Przy czym o ile w przypadku Miszy mamy nieco akcji, nieco zagubienia, przedstawienie Kseni jest bardziej refleksyjne i doskonale komponuje się z jej charakterem.

Początkowo wątki naszej trójki są niezależne, by stopniowo jednak splatać się ze sobą. Okazuje się, iż każdy z tej trójki ma dość specyficzne, magiczne umiejętności, które już wkrótce zadecydują o ich przyszłości. W tle bowiem pojawiają się bóstwa – Perun, Weles i krwiożercza Nyja. Bóstwa, które z jednej strony posiadają niezwykłe umiejętności, z drugiej jednak toczą ze sobą walkę, a stawka jest wysoka. Nie ma bowiem nic gorszego dla bóstwa, niż zapomnienie…

Co mi się bardzo w tej powieści podobało, to tło i miejsca zdarzeń. Autor postarał się, by Warszawa była Warszawą, a Moskwa Moskwą. No i wspaniała, klimatyczna Nawi. Dzięki temu sceneria jest bardzo plastyczna, doskonale zresztą uzupełnia ją różnorodność bohaterów. Połączenie współczesności ze światem słowiańskich bóstw i magii, skomplikowanych relacji między trójką bohaterów jak również doskonałe postacie drugoplanowe stworzyły mieszankę iście wybuchową.

Splątani zarówno poprzez przeszłość, jak i niezwykle umiejętności bohaterowie tak naprawdę do końca nie wiedzą, w jakiej uczestniczą grze. Nie wie tego również czytelnik, co i rusz odkrywając nowe tropy i doświadczając zaskakujących zmian akcji. A i tak epilog książki zdecydowanie zaskakuje, choć z drugiej strony wydaje się dość oczywistym rozwiązaniem.

Dodać należy, iż magiczny świat książki podkreślają świetne ilustracje autorstwa Mateusza Wilmy. Trochę szkoda, iż jest ich tak niewiele, gdyż są naprawdę klimatyczne i doskonale wpisują się w treść książki. Również okładka, autorstwa Dark Crayona, przyciąga wzrok, tak naprawdę jednym obrazem przedstawiając główny wątek tej książki. Choć z drugiej strony nie jestem pewien, czy akurat to bóstwo powinno na okładce się znaleźć, ale tu już takie moje gdybanie.

Słowiańskie bóstwa, magia i świat współczesny… Tomasz Duszyński w rewelacyjny sposób splótł wiele gatunków, tworząc niepowtarzalny klimat. Odnalazłem tu wiele smaczków z książek, które wydawać by się mogło są odległe gatunkowo od tej powieści. Jeśli dodać do tego solidny warsztat pisarski autora to nikt chyba nie będzie miał wątpliwości, iż jest to jedna z najciekawszych pozycji mijającego roku. I choć moje uwielbienie dla słowiańskiej fantastyki  na pewno ma znaczenie w tej recenzji, to jednak pozytywne oceny, jakie „Droga do Nawi” zbiera wśród recenzenckiej blogosfery oraz na literackich forach świadczy o tym, iż chyba nie mylę się w swym zdaniu na jej temat.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Marta Galewska-Kustra – „Zeszytowy trening mowy, czyli ćwiczenia logopedyczne dla dzieci”

q

Kolejna pozycja autorstwa Marty Galewskiej-Kustry trafiła w me ręce. Podobnie jak poprzednia książka, również ta jest przeznaczona dla rodziców, którzy chcą w zaciszu domowym popracować z dziećmi nad prawidłową wymową trudniejszych głosek. I podobnie jak poprzednia książka, również ta jest bardzo ciekawą i wartościową pozycją.

Tym razem osobą, która przeprowadzi nas przez wszystkie ćwiczenia, jest trener Leszek. Nie będzie on jednak narzucał swych przygód, jak niedawno czyniła to muszka Fefe, ale będzie jedynie nadzorował prawidłowość wykonywania poszczególnych ćwiczeń. Jego cenne wskazówki pozwolą rodzicom na wspólną pracę z dzieckiem oraz wstępne zorientowanie się, czy ich pociechy potrafią radzić sobie z co trudniejszymi zgłoskami. Oczywiście zestaw ćwiczeń, jaki dostajemy do dyspozycji nie zastąpi wizyty u logopedy, dzięki niemu jednak można zorientować się, czy taka wizyta jest konieczna.

Ponownie do czynienia mamy z ilustracjami Joanny Kłos, i znów warto zauważyć, iż jest to wyjątkowo trafiona decyzja. Myślę, iż grafiki z jednej strony poruszą pewną sentymentalną nutkę w rodzicach, z drugiej wzbudzą zainteresowanie dzieci. Mają swój klimat i zdecydowanie są olbrzymią zaletą tej książki.

„Zeszytowy trening mowy” przeznaczony jest dla cztero- i pięciolatków, co nie znaczy jednak, iż rodzice dzieci z pobliskich grup wiekowych nie znajdą w niej niczego ciekawego. Wręcz przeciwnie – myślę, iż ćwiczenia te powinny pomóc zarówno rodzicom, jak i dzieciom ze znacznie szerszego przekroju wiekowego.  Zwłaszcza, iż są bardzo zróżnicowane i nastawione nie tylko na badanie poprawności wymowy poszczególnych głosek, ale również na dobrą, wspólną zabawę rodzinną.

Ćwiczenia w książce są pozbawione schematyzmu i nastawione bardziej na samodzielne myślenie i dążenie do rozwiązywania problemów przez dziecko. Nie chodzi tu jedynie o mechaniczne odtwarzanie poszczególnych czynności, ale głównie o wzbudzenie w dziecku zdolności do samodzielnego dążenia do znalezienia właściwego rozwiązania zadania. Oczywiście poprzez zabawę młody czytelnik uczy się prawidłowego   wymawiania poszczególnych głosek, którym poświęcony jest dany rozdział.

Znajdziemy tu zatem i grę planszową, w którą rodzic może zagrać z dzieckiem, i wspólne wycinanki, dzięki którym można uzupełnić właściwe obrazki, jest także miejsce na wspólne rysowanie i odgadywanie zagadek. I niestety tu muszę wskazać mały minusik tejże książki – są nim wspomniane wycinanki. Mimo wszystko uważam, iż znacznie lepiej sprawdziłyby się tutaj naklejki. Wycinanie to jednak niszczenie książki, poza tym cztero- czy pięcioletnie dziecko nie do końca radzi sobie precyzyjnie z nożyczkami i wymagało będzie pomocy rodzica. Trochę szkoda, że nie pomyślano tu o naklejkach, zwłaszcza, iż chodzi raptem o trzy strony.

Za to na sam koniec ćwiczeń na naszych milusińskich czeka nie lada niespodzianka – po dokonaniu podsumowania dziecko otrzymuje dyplom, na którym gratuluje mu rzetelnie wykonanych ćwiczeń sam trener Leszek! I myślę, że zarówno rodzic, jak i (zwłaszcza) dziecko z dumą będą mogli powiesić sobie ów dyplom na ścianie na pamiątkę wyjątkowo owocnych ćwiczeń.

„Zeszytowy trening mowy” to świetna propozycja dla wszystkich rodziców, dzięki której można zorientować się, czy nasi milusińscy nie mają problemów z prawidłową wymową poszczególnych głosek. Oczywiście nic nie zastąpi wizyty u specjalisty, jednakże dzięki właśnie takim pozycjom będziemy mogli sami zauważyć jakieś niepokojące objawy. Książki takie jak te pozwalają z jednej strony na obserwację dziecka i sposób wymowy, z drugiej natomiast na spędzenie wspólnego czasu z dzieckiem na rozwiązywaniu zadań i zagadek. Zdecydowanie to jedna z pozycji, którą warto się zainteresować.

PS. – Dla tych, którzy czytali „Z muchą na luzie…” dobra informacja – Fefe też tu jest!

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Marcin Jamiołkowski – „Okup krwi”

a

Ile może zająć podróż z Podkowy Leśnej do Warszawy? Biorąc pod uwagę fakt, iż jest to jakieś trzydzieści kilometrów, zapewne niedługo. Ale co, jeśli posłaniec nie jest zmotoryzowany i nie posiada telefonu komórkowego, przesyłka, którą ma dostarczyć jest nieco dziwna a w dodatku okazuje się, iż ktoś usilnie próbuje mu w dotarciu na miejsce przeszkodzić? A poza tym w grę wchodzi jeszcze… magia?

„Okup krwi” Marcina Jamiołkowskiego opowiada właśnie tę historię. Choć Herberta, który jest tym posłańcem, poznajemy w jego małym zakładzie krawieckim. Pewnego dnia odwiedza go dziwny klient który przedstawia się jako Gerhard Schrödinger i żąda, by dostarczył on tajemniczą przesyłkę do Warszawy, dokładnie podczas pełni księżyca. Nagrodą za wykonanie zadania ma być odzyskanie przez Herberta swej dziewczyny, Melanii, której odcięte ucho krawiec otrzymuje również od dziwnego klienta, dla uwiarygodnienia jego słów. Ale jest ono zabezpieczone magicznie – istnieje szansa, że po wykonaniu zadania przez krawca jego sympatia odzyska swój dawny wygląd.

Dość szybko dowiadujemy się, iż Herbert jest tak naprawdę magiem. I magia ta wypełnia całą książkę. Nie ma co jednak spodziewać się długich bród, spiczastych kapeluszy, tajemniczych ksiąg i efektownych fireballi. W tej książce – i to jest jej duży plus – magia nie jest efektowna, ale efektywna. No, pomijając jeden czar, ale o tym później. Herbert, wychowywany przez ojca (również maga) nauczył się, jak wykorzystywać magię dla celów praktycznych. Wykorzystuje do swych czarów pospolite przedmioty, które łatwo znaleźć w otoczeniu – papieros, parkometr czy popielniczka. Pozwala mu to wydostać się z tarapatów, a to, że będzie miał problemy, staje się dla niego oczywiste już po dojściu na peron i podczas oczekiwania na pociąg do Warszawy.

W swej podróży do celu Herbert spotyka nieoczekiwanych sojuszników – Wygę, czyli młodzieńca, który uciekł z domu, oraz detektywa Annę, którą ratuje z opresji dzięki nieoczekiwanemu uaktywnieniu się supersilnego czaru znanego jako Szał Krwi. I tu kolejny plus dla autora – czar ten jest niezwykle efektowny i wygląda szczególnie efektownie na tle pozostałych zaklęć. Razem z Wygą i Anną usiłują dotrzeć do celu, jednak na przeszkodzie stoi tajemnicze Bractwo Miast oraz dość specyficzni czciciele Jego Wysokości Bazyliszka Warszawskiego. Biorąc pod uwagę niewielki dystans, jaki ma do pokonania Herbert, oraz dość długi, wydawać by się mogło, czas na wykonanie zadania ilość przygód i kłopotów, w jaki pakuje się nasz główny bohater, jest iście zatrważająca.

I tu przechodzimy od plusów do minusów. No, powiedzmy minusików, a właściwie minusika. Bo właśnie ten czas wydaje się tu być rozciągnięty niczym z gumy, co nawet biorąc pod uwagę fakt, iż Herbert potrafi wykorzystać magię zawartą w starych biletach kolejowych do wydłużenia czasu o parę godzin, wygląda trochę nierealistycznie.

Nie zabrakło w tej powieści humoru, kilkukrotnie nieźle się podczas lektury uśmiałem, i choć niektóre dowcipy były dość leciwe, to jednak fajnie wkomponowane w treść. Trochę rozczarowało mnie natomiast zakończenie, choć głównie dlatego, iż nie spodziewałem się, że jest to pierwszy tom większej całości. No i tak naprawdę nie poznałem osoby, którą poznać się w końcówce spodziewałem. Nie zmienia to jednak faktu, iż jest to całkiem przyzwoita powieść z gatunku urban fantasy i domieszką nieco mroczniejszych klimatów. Jeśli do tego dodać minimalistyczną co prawda, ale zaskakująco dobrą okładkę i ciekawych bohaterów, jak również ich oryginalnych przeciwników otrzymujemy całkiem niezłą powieść. Pozostaje zatem czekać na kontynuację i mieć nadzieję, że nie tylko utrzyma poziom części pierwszej, ale także rozwikła parę fabularnych supłów.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Joanna Jax – „Długa droga do domu”

s

„Nazywam się Antonina Tańska i mam 11 lat…”

Bywa czasem tak, że dotychczasowe, spokojne życie nagle zamienia się w dramat. Tego doświadczyła Joanna, która po rozwodzie kupuje zaniedbany dom w Teresinie, by w spokoju pozbierać się do kupy i próbować na nowo ułożyć sobie życie po rozwodzie. I choć zdaje sobie sprawę, że doprowadzenie budynku do przyzwoitego stanu oznacza poświęcenie kliku lat i wymaga sporo pracy, decyduje się na zakup. Już wkrótce okazuje się, iż to, co miało być ucieczką Joanny przed światem, jest wstępem do ciekawej przygody.

W szufladzie Joanna znajduje pamiętniki. Ich treść stanowi większość książki, a są to wspomnienia małej Tosi, dawnej mieszkanki tego domu, nazwanego na cześć jej matki Teresinem. Teresa Tańska była uznana sopranistką, z kolei jej mąż malarzem amatorem, marzącym o wielkiej sławie. W roku 1938-ym Hubert, ojciec Tosi decyduje o wyjeździe całej rodziny do Ameryki. Ta bezprecedensowa decyzja będzie miała olbrzymi wpływ na losy całej rodziny.

Tosię poznajemy, gdy ma jedenaście lat. Zacytowane na wstępie słowa to pierwsze zdanie pamiętnika. Pamiętnika, dzięki któremu będziemy obserwować losy młodej, rzuconej na obcą ziemię dziewczynki, a potem dojrzałej kobiety. I choć początkowo będą to tylko refleksje młodziutkiej panienki, już wkrótce Tosia pokaże pazurki.

Warto tu podkreślić jedną z wielu zalet tej książki. Autorka doskonale buduje klimat każdej epoki, w której toczy się akcja. A Tosia znajdzie się i w przedwojennej Ameryce, i na ogarniętej rewolucją Kubie i Boliwii, i w ranionej lewackimi bojówkami oraz zamachami Europie lat siedemdziesiątych. Każdy z tych okresów jest przedstawiony przez autorkę wyjątkowo realistycznie, od historycznych uwarunkowań, poprzez zachowania mieszkańców, aż po naturalne i charakterystyczne dla danej epoki dialogi. Dzięki temu przez cały czas można poczuć klimat tamtejszych miejsc i czasów.

Tosia… Niestety okazuje się być egoistką, która dla własnego szczęścia poświęca nie tylko szczęście swojej siostry, ale również staje się tą drobinką, która przeciąga strunę, doprowadzając do rozpadu rodziny. Nawet, kiedy ginie jej brat, kiedy siostra zmaga się ze swą psychiką, zaślepiona miłością do Emmanuela nie zważa na ostrzeżenia swej przyjaciółki i wplątuje się w toksyczny związek.

Nasza bohaterka przez cały czas podejmuje błędne decyzje. Zraniona przez męża rzuca się w ramiona przystojnego Kubańczyka, a kiedy znikają Emmanuel i ukochany synek, dołącza do rewolucyjnych bandytów, po powrocie do Europy również stając po stronie zbrodniarzy. Wszystko to po to, by odnaleźć syna.

A mimo to mi, jako czytelnikowi, podoba się jej postawa. Walka o to, by znów móc spotkać swe dziecko, desperacja, do jakiej tylko matka jest zdolna, adrenalina, która napędza ją i pozwala przeżyć w okolicznościach, które załamałyby niejedną osobę.

Akcja biegnie szybko, lata, na łamach powieści, śmigają aż miło, przenosząc Tosię z jednego miejsca w drugie. Aż dziw, jak wiele ta kobieta musiała wycierpieć…

Choć w założeniu jest to powieść obyczajowa, Joanna Jax zmiksowała tu wiele gatunków, i to zmiksowała w sposób perfekcyjny. Z jednej strony saga rodzinna, z drugiej bogactwo historyczne, do tego trochę thrillera, dramatu i powieści szpiegowskiej. A wszystko to podlane świetnym warsztatem literackim autorki, dzięki czemu tę książkę śmiało można nazwać pochłaniaczem czasu. Splecione losy Joanny, która znalazła pamiętniki, oraz bohaterki tychże doprowadzają do zaskakującego finału i sprawiają, że po zamknięciu ostatniej strony można poczuć ten dreszczyk, który towarzyszy przeczytaniu naprawdę dobrej książki.

Jest to jedna z tych powieści, której przeczytanie usatysfakcjonuje chyba każdego, niezależnie od tego, jaki jest jego ulubiony gatunek literacki.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Grażyna Bąkiewicz – „Mieszko, ty wikingu!”

s

Czy Mieszko I, książę i władca Polan, mógł być wikingiem? Na to wskazuje pewien średniowieczny tekst. Inna rzecz, że swoją rolę w jego powstaniu odegrała mała mysz, nieświadoma historycznego zamieszania jakie wprowadziła. Jak również niezbyt przykładający się do swej pracy watykański kopista. A świadkiem tego był nastolatek Aleks, który waśnie tego dnia miał przyjemność nie trafić w epokę historyczną do której się wybrał, w dodatku znalazł się również w innym miejscu niż planował.

Skomplikowane?

Otóż, moi drodzy czytelnicy, lekcje historii w przyszłości wyglądają nieco inaczej. Dzięki specjalnym ławkom uczniowie przenoszą się w czasie w aktualnie przerabiany okres historyczny, by na własnej skórze przekonać się, jak wyglądało ówczesne życie. Niestety, od czasu znalezienia przez Aleksa dziwnego błyskacza, pamiątki po innej czasowej ekspedycji, uczniowie, a szczególnie Aleks nie do końca trafiają tam, gdzie by chcieli.

I tak nasz główny bohater jest świadkiem, jak dzięki „współpracy” myszy i leniwego kopisty okazuje się, iż być może Mieszko I był… wikingiem. Czy to prawda? Ekipa uczniów wyrusza w podróż w czasie by to sprawdzić.

W założeniu miała to być książka historyczna. I zdecydowanie jest. Ale jak dla mnie, zagorzałego fana fantastyki maści wszelakiej, to przede wszystkim świetne s-f dla młodzieży. Świetne, bo nie jest bezproduktywną opowiastką o podróżach w czasie, ale pełnowartościową, historyczno-geograficzną przygodą, która może (i – w ten sposób przedstawiona – wręcz powinna być!) przyczynkiem do sięgnięcia przez uczniów do podręczników historii i zapoznania się z początkami państwa polskiego.

No i kolejna część książki, jakże ważna – komiks! Z początku z pewną nieśmiałością, jednak w miarę lektury coraz częściej pojawia się coraz całostronicowy komiks, w którym zapoznajemy się (często w dość przewrotny sposób) z przebiegiem wydarzeń (z reguły tych bardzo pobocznych) które aktualnie są treścią książki. Kapitalny pomysł, dzieciaki lubią takie obrazowe przedstawienie obrzędów czy zachowań mieszkańców dawnej epoki i dziwię się, że tak rzadko ta idea jest wykorzystywana. I, skoro jesteśmy przy grafice, to trzeba przyznać, że Artur Nowicki (grafik) wykonał doskonałą robotę. Bo…

Bo książka ta, choć przenosi czytelnika najpierw w przyszłość, w której możliwe są podróże w czasie, to mnie przeniosła w przeszłość. Czuć w tej książce ducha Niziurskiego, Sempe, Goscinnego, te wszystkie klimaty, które nam, dzisiejszym rodzicom, budowały dzieciństwo. I cieszę się, że są tacy autorzy, jak Grażyna Bąkiewicz, tacy ilustratorzy, jak Artur Nowicki, którzy te klimaty pielęgnują i dzielą się z dzisiejszą młodzieżą.

Wystarczy zresztą spojrzeć na skład ekipy, która wyruszyła w przeszłość śladami Mieszka Pierwszego, by poczuć ten klimat choćby Mikołajka. Gruby jest? Jest! Musi być, w każdej ekipie jest jakiś Gruby! Jakaś miłostka głównego bohatera? Oczywiście! Ale sposób, w jaki Grażyna Bąkiewicz to opisuje, jest fenomenalny.

Oczywiście pozostaje jeszcze jedno kluczowe pytanie – czy Mieszko I rzeczywiście był wikingiem? W poszukiwaniu odpowiedzi nasi bohaterowie wpadli w zasadzkę i stali się więźniami handlarzy niewolników. Część z nich posmakowała życia w końcówce pierwszego tysiąclecia, zapoznali się z ówczesnymi zwyczajami a nawet nauczyli strzelać z łuku. Ba! Udało im się nawet spotkać samego księcia Polan, dzięki czemu zagadka pochodzenia Mieszka i jego koligacje rodzinne zostały ostatecznie wyjaśnione.

Czy zatem Mieszko był wikingiem? Dowiecie się, sięgając po tę książkę. A raczej prezentując ją swoim dzieciom, które dokładnie wytłumaczą rodzicom, co, jak i dlaczego właśnie przez myszy.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Bartłomiej Trokowicz – „Pan Misio”

s

Tak jak lew jest ponoć królem dżungli, tak władcą swojskiego, polskiego lasu jest Misio. Pan Misio. Może i nieco gburowaty, ale swym majestatem i (chyba nawet bardziej) faktem, iż jest największym stworzeniem w lesie stał się nieformalnym przywódcą zwierząt. Rozsądza spory autorytarnie, ale sprawiedliwie. Choć czasami ma kosmate myśli. Jednak nawet w tym pozornie topornym umyśle tkwi tęsknota za stabilizacją, zwłaszcza od czasu, jak kumpel Wilk ma coraz mniej czasu na wspólne wyprawy. Bo dzieci płaczą, bo żona krzywo spogląda…

Można powiedzieć – jakże znany to problem. Ano znany, bo zwierzątka, które zamieszkują las, to alter ego ludzkości. Oczywiście są schematyczne do bólu – Wiewiórka to plotkara, Lis chytrus, Szczur spryciarz – ale też z łatwością w mieszkańcach lasu dostrzeżemy nasze pospolite przywary. A jak wczytamy się głębiej to okaże się, iż wbrew pozorom nie jest to książka tylko dla dzieci. Autor przemycił w tekście wiele takich smaczków, dzięki którym nawet dorośli znajdą tu coś dla siebie. Zdecydowanie.

Takie bobry na przykład. Jakże idealistyczne, ładne społeczeństwo, które pamiętamy (no, nieco starsi czytelnicy pamiętają) i którego powrotu byśmy nie do końca chcieli. Albo, tu trochę zdradzę fabułę, Niedźwiedzica. Tak, Pan Misio znajduje swoją sympatię. Dialogi Pani Misiowej wywoływały u mnie nieodmiennie uśmiech na twarzy, zresztą myślę, że jej elokwencja rozbawi zarówno młodego jak i starszego czytelnika. I choć każda z postaci ma coś w tej książce do przekazania i zapada w pamięć, to właśnie Pani Misiowa jest moją ulubioną postacią.

Jak to w większości książek dla dzieci bywa, są one bogato ilustrowane. Także i „Pan Misio” nie odbiega od schematu. A nawet, dzięki ilustracjom Dalii Żmuda -Trzebiatowskiej, wybija się zdecydowanie na plus. Ilustracje stanowią istotną część tej książki i są naprawdę efektowne i dopracowane, potęgując klimat opowieści.

Wiele, wiele treści zawartych w tej książce choć zawartych w żartobliwy sposób przedstawia dzieciom przyszłe (i ówczesne) problemy. Ot, choćby odpowiedzialność rodzicielska czy zagadkowy syndrom sztokholmski, bo tak odbieram „związek” między kurą a lisem. Ale najważniejszym zdecydowanie jest umiejętność współdziałania jakże skrajnych charakterów w obliczu nieznanego dotychczas, olbrzymiego zagrożenia. Splecione w różnorakich koligacjach zwierzęta muszą wspólnie stawić czoło nieznanemu, a także w jakiś sposób rozwiązać niebezpieczną i niespotykaną przez nie dotychczas sytuację, która zaistniała.

Bartłomiej Trokowicz, autor tejże książki, ma naprawdę świetny styl pisania. Trafia on do dziecka, a jednocześnie nie męczy rodzica. Przyznam, że cały tekst przeczytałem z przyjemnością, a niejednokrotnie z uśmiechem na twarzy (Pani Misiowa, jak wspomniałem, ale nie tylko, czytelniku, nie tylko…) Myślę, że już podtytuł książki: „Czy lisy śnią o gadających kurach?” da Wam troszkę do myślenia i skłoni do zapoznania się z przygodami Pana Misia i jego podopiecznymi.

Żeby nie było za słodko, muszę jednak wspomnieć o dość istotnej wadzie tej książki. Jest nią fakt istnienia tylko elektronicznej jej wersji, i o ile jeśli chodzi o dorosłych czytelników nie mam w tym temacie obiekcji (sam sięgam coraz chętniej po e-booki) to jednak męczenie wzroku dziecka książką elektroniczną uważam za niepotrzebne. Nie w tym wieku jeszcze (dziecka, oczywiście). Tym niemniej jeśli pojawi się kiedyś wersja papierowa,  z chęcią zaopatrzę Młodego w egzemplarz, gdyż uważam, że zdecydowanie warto. Nie tylko przeczytać, nie tylko dać do przeczytania, ale później podyskutować.

A będzie o czym, oj, będzie :)

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Paweł Majka – „Niebiańskie pastwiska”

a

Kolejna książka autorstwa Pawła Majki znalazła się moich rękach. „Pokój światów’ , który niedawno miałem przyjemność recenzować, sprawił na mnie jak najlepsze wrażenie. Odpowiedź na to, czy „Niebiańskie pastwiska” potwierdzą opinie o szczególnym talencie autora padła już po kilkunastu stronach, które błyskawicznie pochłonąłem. A po przeczytaniu całości mogę powiedzieć: „O tak, to była fantastyczna przygoda!”

A całość prezentuje się iście imponująco – 730 stron czystej fantastyki. Tak, słownie siedemset trzydzieści! Ale przyczyna, dla której czytałem tę książkę nieco dłużej, niż zwykle była inna. Kiedy spotykam się z realistycznie powiązanym światem, intrygującymi bohaterami i piekielnie, choć w tym przypadku powinienem napisać bosko skomplikowaną i intrygującą fabułą, to ja mam zawsze opory przed szybkim skończeniem takiego dzieła. Bo chce jak najdłużej w tym świecie przebywać, odwlekać wyjście z niego jak tylko mogę, ponieważ choć wiem, że musi się skończyć , to jednak powrót do rzeczywistości wcale mnie nie cieszy.

Ale zacznijmy od początku. Rebelia we Wspólnych Przestrzeniach wygasa. Pozostał jeszcze ostatni punkt oporu, jednakże jego szanse na przetrwanie są nikłe. Wydawać by się mogło, iż wszystko dąży do końca, jakim jest opanowanie rebelii, ale… I tu zaczyna się cała intryga. Bo nagle okazuje się, iż wojska koalicji są wysoce skonfliktowane, a poszczególne obozy koalicyjne wysoce skłócone. I ktoś tę niechęć podsyca, bo bez trudu daje się zauważyć działania konspiracyjne. W pozornie zjednoczonych armiach narasta konflikt, a w dodatku okazuje się, iż nikt nie ma pełnej wiedzy nad tym, co tak naprawdę się dzieje.

Ludzkość poddana jest bogom, wierząc, iż to oni właśnie zapewnią im godne życie pozagrobowe. Ale kim są bogowie? Nie brak tych, którzy uważają, iż bogowie to pasożyty, co gorsza uważają, iż potrafią to udowodnić. Kim są kapłani i magowie? Obdarzonymi ponadnormalnymi zdolnościami ludźmi czy po prostu inżynierami, którzy odnaleźli naukę tam, gdzie inni szukali wiary?

Akcja toczy się na wielu płaszczyznach, ogniskując się jednak na jednej postaci. Pozornie nieistotnej, jednym z trybików tej rządzącej światem maszyny, a jednak nosicielem największej tajemnicy. Jak klasyczna space opera, powieść tryska wręcz gejzerami pomysłów, które nie pozwalają się nudzić czytelnikowi. Barwne postacie, połączenie techniki i inżynierii z bogami i rytuałami oraz idealne wręcz połaczenie religii z techniką, a także wspaniała, monumentalna bitwa w przestrzeni kosmicznej oraz dość hipnotyczne przeżycia księcia Oruzon w zaświatach czynią tę powieść naprawdę wyjątkową.

Kto tak naprawdę rozdaje karty w tej rozgrywce? Zdrada czai się na każdym kroku a to, co wydaje się oczywiste już kilka stron dalej okazuje się wyglądać nieco inaczej. I w zasadzie jednego, czego mi zabrakło, to klasycznego kopnięcia w tyłek pod koniec lektury.

Powiedzieć o prologu, że był wciągający, to powiedzieć mało. Ale też czytelnik oczekuje pod koniec powieści odpowiedzi na pytania, dlaczego wszystko potoczyło się, jak potoczyło i dlaczego podjęto wówczas takie, a nie inne decyzje. I niestety, całkowitej odpowiedzi się nie doczekałem, choć klamra spinająca początek i koniec była naprawdę wysokich lotów.

Cóż napisać więcej? Majka przyzwyczaił czytelnika do wysokiej formy swoich tekstów, a tutaj wzniósł się momentami na wyżyny swoich umiejętności. Piekielnie (bosko?) rozbudowaną intrygę, zawiłą fabułę i zagadki, które każdy czytający zadaje sobie już od pierwszych stron. No i niebanalne podejście do religii i rozwoju cywilizacji. Czy tak będzie wyglądał świat za klika tysięcy lat? Niewykluczone, choć część fabuły wydaje się być inspirowana pewnym literackim klasykiem. Tym niemniej jest książka, którą z czystym sumieniem można polecić każdemu fanowi s-f  i w ogóle dobrej fantastyki.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Przemysław Piotrowski – „Kod Himmlera”

a

Rzeczywistość czasami w dziwny sposób splata się z fikcją literacką. Autor powieści „Kod Himmlera” chyba nie spodziewał się iż w momencie, gdy publikowana jest jego książka, kompleks „Riese”, czyli „Olbrzym”, w którym rozpoczyna się akcja jego powieści, znajdzie się na ustach wszystkich Polaków. Oczywiście za sprawą tzw. „Złotego pociągu”, o którym od kilku tygodni grzmi ogólnopolska (i światowa również) prasa oraz media.  Powieść Przemysława Piotrowskiego pokazuje nam jednak, że to, co można znaleźć w niezbadanych czeluściach pronazistowskich szybów, czy to na Dolnym Śląsku, czy to na Antarktydzie, niekoniecznie musi być czymś, co przyniesie jakąkolwiek korzyść znalazcom. A wręcz może odwrócić się przeciwko nim.

Głównymi bohaterami powieści są Polacy – Tomasz Turczyński, niedoszły wybitny sportowiec, a  aktualnie dziennikarz redakcji sportowej w lokalnej gazecie oraz bibliotekarka Kasia. Tomasz, dzięki dokumentom, przekazanym mu przez babcię wpada na trop tajemnicy, jaką ukrywają wzgórza Dolnego Śląska. Niestety, dokumenty są nie do końca zrozumiałe, pomocna okazuje się być jednak jego nowa sympatia. Dzięki pomocy niemieckiego profesora sprawa toczy się naprzód, jednak całość komplikują tajemnicze morderstwa osób, z którymi badacze się spotykają.

W międzyczasie na antarktycznej bazie dochodzi do zagadkowego odkrycia. Naukowcy znajdują przypadkiem zamarznięte zwłoki sprzed kilkudziesięciu lat, okaleczone w niewytłumaczalny sposób. Gruntowne badanie okolicy przy pomocy georadarów przynosi jeszcze dziwniejsze rezultaty. Do akcji wkraczają służby specjalne, niekoniecznie zaprzyjaźnionych państw. Obydwie sprawy – tajemnica kompleksu Riese oraz dziwne tunele pod lodami Antarktydy okazują się być głównymi odnogami tej samej sprawy…

Brzmi ciekawie? Tak, bo sam pomysł zacny. Z wykonaniem jednak gorzej. Zacznijmy od głównych bohaterów.

Tomek – superman, przystojniak co to i w kosza, i w piłkę i w ogóle tańczy, śpiewa, recytuje i nic, co ma spódniczkę przed nim nie ucieknie. Samiec alfa, nawet wśród innych sobie podobnych. Kasia – bibliotekarka z ubercycem i w seksi okularkach. Ogólnie seksbomba, w której główna postać tej książki po prostu musi się zakochać. No i profesor, typowy naukowiec szablonowy aż do bólu, plus Iwan, czyli czarny charakter – i myślę, że was nie zaskoczę: typowy aż do bólu.  Ogólnie postacie są jak wycięte z szablonów powieści sensacyjnych – nudne, przewidywalne, i uwaga! Typowe aż do bólu. Wszystkie.

Akcja… No cóż, zaletą thrillerów tego typu jest gnanie akcji do przodu i zaskakiwanie czytelnika raz za razem. Tutaj niestety na jakiekolwiek zaskoczenie nie można liczyć. Akcja jest straszliwie przewidywalna, wszystko toczy się jak po sznureczku od punktu A do punktu B. Nie ma miejsca na niespodziewane zwroty akcji. Zresztą, skoro autor zdradza (pośrednio, ale jednak) zakończenie jeszcze przed początkiem pierwszego rozdziału to już wiadomo czego można się spodziewać.

Błędy. No są. Są, i to wyraźne. Zaczynając od tych drobnych (Polska wygrywa na początku z Brazylią, by już po paru stronach okazało się, iż jednak wygrała z Niemcami), poprzez te irytujące („stróżka”, „stróżka”, „stróżka”! Autorze, stróżka to żona stróża, a krwi to może być strużka!), aż po dość dziwne (tytuł powinien brzmieć „Kod Mengele”, gdyż Himmlera w powieści wyjątkowo mało, a rozwiązanie dają pamiętniki tegoż pierwszego) i wręcz śmieszne (nasz Tomek, superbohater i pogromca dziewic kryguje się jak panienka, podrywając bibliotekarkę – głupiutka ta scena). Dialogi są momentami irytujące, a już maniera zwracania się do głównej pary bohaterów per „dzieci” przez profesora sprawia wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z powieścią młodzieżową, a nie z soczystym thrillerem.

„Kod Himmlera” to powieść dla czytelnika nie wymagającego zbyt wiele – ot, żeby coś się działo i nie trzeba było myśleć. Od mistrzów czy choćby wyróżniających się autorów tego gatunku dzieli autora przepaść, ale też nie można nazwać tej książki złą. Czyta się bez zgrzytu, akcja toczy się w miarę szybko i dynamicznie, dążąc do wyjaśnienia tajemnicy z przeszłości. Jak na debiut to całkiem niezła pozycja, otwierająca przed czytelnikiem tajemnice kompleksu Riese i bazy 211.

 Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a