Remigiusz Mróz – „Parabellum. Głębia osobliwości”

a

Jeśli, podobnie jak ja, z zapartym tchem śledziliście przygody braci Zaniewskich, Marii a także Christiana Leitnera oraz sadystycznego Blankenburga, zapewne ucieszyliście się z ukazania się trzeciej i niestety ostatniej części cyklu „Parabellum” – tym razem z podtytułem „Głębia osobliwości”. Choć książka wydana została przez inne wydawnictwo niż swa poprzednie tomy, zachowano podobny układ graficzny okładki, dzięki czemu na półce wszystkie części prezentują się równie efektownie. No ale przecież nie okładka jest tu najważniejsza, ale treść. Jak zatem wypada tom ostatni na tle poprzedniczek?

Kto zna twórczość Remigiusza Mroza wie, że może spodziewać się szybkiej akcji, ciekawej fabuły i mocnego zakończenia. I właśnie to dostaje, w dodatku śmiało można powiedzieć, iż jest to najlepsza część cyklu. Dzięki zastosowaniu znanego z poprzednich części podziału akcji na trzy równolegle toczące się przygody głównych bohaterów, powieść czyta się wyjątkowo szybko, pragnąc dowiedzieć się, co będzie dalej. A dzieje się w tej książce wyjątkowo dużo.

Ponownie zwiedzimy z braćmi Zaniewskimi kawał Europy, a nawet i Azji. Ponownie dojdzie też do niespodziewanych spotkań, mocnych scen (wszak toczy się wojna) i trafi się nawet mała zagadka detektywistyczna, co w całej trylogii stanowi swoiste novum. Akurat ten motyw mi osobiście bardzo się spodobał, zwłaszcza iż rozwiązanie zagadki tajemniczych morderstw jest zaskakujące (co zważywszy na fakt, kto jest autorem książki, jakoś mnie nie dziwi).

Tym razem los znacznie gorzej potraktuje Staszka Zaniewskiego, który trafi do jednego z najgorszych obozów pracy. Drugi z braci wyruszy do Rumunii w poszukiwaniu formującego się polskiego wojska, jednakże nie do końca wszystko potoczy się tak, jakby chciał. Z drugiej strony spokojny, wyrachowany dotychczas Leitner tym razem pokaże swe nieco inne oblicze, realizując pewien plan. Wpływ na jego zachowanie ma niewątpliwie zaginięcie żony i dziecka, ale czy tylko? Jeśli chodzi o Leitnera, niczego nie można być pewnym…

I teraz chciałbym jeszcze napisać coś o braciach Blankenburg, ale… Holzera w tej książce nie ma! I to mnie mocno zaskoczyło, gdyż dość ważna przecież dla fabuły postać rozpłynęła się w powietrzu. Podobnie zresztą jak jeszcze kilka innych, które miały spory potencjał by w powieści namieszać, a tymczasem również zniknęły. I to chyba jedyna wada tej znakomitej książki – kilka wątków nie zostało należycie zakończonych. Na przykład Adam Kiendry, który aż prosi się o pojawienie się w dalszej części, zwłaszcza iż możliwość taka jest. Oczywiście to autor pisze książkę i realizuje swe pomysły, mi jednak tej postaci nieco zabrakło. Odniosłem wrażenie, iż Mróz skupił się za bardzo na poprowadzeniu wątków głównych, zapominając o dokończeniu lub wyjaśnieniu kilku pobocznych.

Jeśli jeszcze miałbym się do czegoś doczepić, to jest to „nieśmiertelność” bohaterów. Rozumiem, że wojna, że ciężko, ale niektórzy są zdecydowanie za bardzo odporni na śmierć i zadziwiająco szybko się regenerują jak na warunki, w których przychodzi im żyć. Nie twierdzę, że to niemożliwe, jednakże trochę tutaj autor chyba przesadził nawet biorąc pod uwagę fakt, iż jest to tylko fikcja literacka.

Chcę jednak podkreślić, że te niedogodności to tylko malutkie minusiki. Książka wciąga i naprawdę łatwo ją pochłonąć w kilka dni mimo iż jest najdłuższa z całej trylogii. Mnóstwo akcji, mnóstwo zaskakujących rozwiązań fabularnych sprawiających, iż niemal automatycznie przerzuca się kartki by dowiedzieć się, co dalej, nietuzinkowi bohaterowie drugo- i trzecioplanowi, czasem przerażający, czasem tajemniczy, czasem, jak choćby Farouk, wzbudzający od razu sympatię. Zdecydowanie jedna z najlepszych książek, które czytałem w ciągu ostatnich miesięcy.

No i – znając tendencję Remigiusza Mroza do zaskoczeń czytelnika – może doczekamy się tomu czwartego, a te małe minusiki okażą się celową zagrywką autora? Byłaby to fantastyczna wiadomość!

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Katarzyna Walentynowicz – „Zbigniew Łapiński – historie również niepoważne, czyli groch z kapustą”

a

Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński…

Zauważyliście, iż to genialne trio wymieniane było właśnie w tej kolejności? No, czasami Gintrowski zamieniał się miejscami z Kaczmarskim, ale właśnie Zbigniew Łapiński nieodmiennie stawiany był na końcu tej trójki. Nie bez przyczyny zresztą – to pierwsza dwójka grała na gitarach i śpiewała, skupiając na sobie uwagę publiczności i kamer, a Zbyszek zawsze był tam gdzieś w tle, uderzając tylko w klawisze. Tyle tylko, że właśnie te klawisze, w połączeniu z geniuszem Łapińskiego, nierzadko były motorem napędowym programów, przedstawianych przez tę trójkę. Bo choć Zbigniew Łapiński jest kompozytorem wszechstronnym i współpracował z wieloma polskimi artystami, w tym także z najwyższej półki, to jednak właśnie z Gintrowskim i Kaczmarskim jest najczęściej kojarzony.

O tym, jak i o wielu innych ciekawostkach dowiemy się z książki Katarzyny Walentynowicz „Zbigniew Łapiński. Historie również niepoważne, czyli groch z kapustą”. Książki – dodam – niezwykłej, raz, że bardzo sentymentalnej, a dwa – że perfekcyjnie wydanej. Wydawnictwo Bellona odwaliło kawał niesamowitej roboty, dzięki czemu otrzymujemy książkę w twardej oprawie, bogato ilustrowaną (nie tylko zdjęcia Zbyszka z rodziną i kolegami, jak można byłoby się spodziewać, ale także świetne rysunki Krzysztofa Trzaski, doskonale obrazujące muzyka) no i przede wszystkim z olbrzymią niespodzianką dla fanów – czyli płyta CD z kompozycjami Łapińskiego. I choćby dla arcygenialnej kompozycji do przepięknego tekstu Marcina Wolskiego „Ptasie powroty” warto tę książkę kupić (a płyty, co oczywiste, wysłuchać).

Książka dzieli się na dwie zasadnicze części – pierwsza z nich to wywiad-rzeka, jaki autorka przeprowadziła z kompozytorem. Podzielony on jest na kilka części – dzieciństwo, lata szkolne, studia, a także muzyka, rodzina, no i – czego nie mogło zabraknąć – rozdział poświęcony działalności we wspomnianym przez mnie na wstępie tercecie. Choć wywiad podzielony jest na powyższe rozdziały, tak naprawdę jest on dość symboliczny. Tu i ówdzie pojawiają się wspomnienia siostry, wspomnienia rodziny, znajomych, dzięki czemu na wszystko co, o czym opowiada Zbigniew Łapiński możemy spojrzeć z alternatywnego punktu widzenia. Cieniem na słowa kompozytora kładzie się udar, jakiego muzyk dostał w 2005 roku – widać, jak bardzo to przeżył. Motyw ten pojawia się dość często w opowieści Zbyszka. I nie chodzi nawet o względy zdrowotne – dla Łapińskiego znacznie gorszy wydaje się być bezruch, brak możliwości komponowania i aktywnego życia muzycznego.

Druga część to wspomnienia osób, których los połączył z genialnym kompozytorem. Poznajemy muzyka niejako z drugiej strony, w opowieściach i anegdotach, zapamiętanych przez rozmówców. Na mnie osobiście największe wrażenie zrobiły wspomnienia Ewy Błaszczyk, która doskonale wychwyciła inżyniersko-kompozytorski dualizm Łapińskiego, czyli z jednej strony perfekcjonizm i dokładność, z drugie nieustanne wędrówki i improwizacje w świecie nut. Zresztą ogrom osób, które zechciały podzielić się z autorką swoimi opiniami wskazuje, jak wszechstronnym, a jednocześnie jak utalentowanym kompozytorem jest Zbigniew Łapiński.

Duże brawa dla autorki, ale też dla wydawnictwa Bellona za tę pozycję. Nie miałbym nic przeciwko, by tak wydawane książki zajmowały jak największą część mojej biblioteczki. Biografia (czy tez biograficzny wywiad) żyjącej osoby to takie trochę podglądanie artysty przez dziurkę od klucza, dlatego trudno go na taki ruch namówić. Zwłaszcza iż Łapiński jest osobą wyjątkowo dbającą o swoją prywatność (wiadomo, Skorpion!). Tym bardziej warto więc docenić autorkę (przede wszystkim) i wydawnictwo – Katarzynę Walentynowicz za ciekawe pytania, a wydawnictwo za świetne wydanie tej książki.

A ja sobie idę posłuchać „Ptasie powroty”.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Remigiusz Mróz – „Zaginięcie”

a

Mówi się iż prawdziwą miarą talentu autora jest druga część cyklu. O ile pierwsza bowiem może być arcydziełem, w drugiej trzeba się znacznie bardziej napracować, by zaskoczyć czymś czytelnika, znającego wszak wady i zalety głównych bohaterów. „Kasacja” Remigiusza Mroza jest książką nadspodziewanie dobrą i spłynęło na nią mnóstwo pochwał, kontynuacja wydawała się być więc nieunikniona. No i jest!

Chyłka i Zordon po raz kolejny biorą sprawę, która wydaje się być z góry przegraną. Trzyletnia Nikola znika z domu rodziców, alarm całą noc jest włączony i nie ma żadnych śladów porwania czy tez zbrodni. Naturalnymi podejrzanymi wydają się być rodzice dziewczynki – on, Awit Szlezyngier,  jeden z najbogatszych biznesmenów oraz ona, piękna i powabna Angelika, znajoma Chyłki z dawnych lat. A jednak, w miarę rozwoju sytuacji, okazuje się, że nie wszystko wygląda tak, jak początkowo się zdawało.

Głównych bohaterów już znamy – Chyłka i Zordon, czyli pani adwokat i początkujący aplikant. Para współpracująca ze sobą na niwie zawodowej, a jednocześnie splątana w intrygującym związku szefowej i podopiecznego. Pojawia się również postać, która mnie wyjątkowo rozśmieszyła, czyli ich kolega z kancelarii Daniel Kosmowski, jak to ślicznie ujęła Chyłka: „Cristiano Ronaldo polskiej palestry”. Postać wyjątkowo irytująca, typowy korposzczur, w dodatku posługujący się typowym dla tego gatunku ludzi korporacyjnym slangiem. No i oczywiście rozgrywającym własną grę. Najważniejszą jednak sprawą jest rozwiązanie tajemnicy zaginięcia dziewczynki.

Przyznam szczerze, że w trakcie lektury robiłem sobie listę pytań i wątpliwości, które miały znaleźć się w tej recenzji pod hasłem: „Co mi się podobało w pierwszej części, a nie podoba w drugiej”. Jednakże autor perfidnie zagrał sobie ze mną, jako z czytelnikiem i wszystkie te wątpliwości nie dość, że przewidział, to jeszcze umiejętnie wyjaśnił. Przyznaję, że w jednym przypadku wyjaśnienie odczułem wręcz jak uderzenie w twarz. Chyba nie muszę dodawać, że na końcu lektury moja lista była pełna wyłącznie wykreślonych pozycji?

Chyłka i Zordon… Kto czytał pierwszą część wie, do czego teraz piję. Ale nic nie napiszę, sami zagłębcie się w tę skomplikowaną relację. To był właśnie mój pierwszy zarzut, wręcz rzucający się w oczy po początkowych rozdziałach – ten intrygujący w pierwszej części wątek wydawał się być mocno zaniedbany. Lecz potem autor poprowadził sprawę wręcz po mistrzowsku, dzięki czemu… [i tu zapadnie cisza, żeby nie spolerować]

Warsztat literacki Remigiusza Mroza mieliśmy okazję poznać już wcześniej, nie jest więc zaskoczeniem wysoki poziom tej książki. Świetnie poprowadzona akcja powoduje, że chce się tę książkę chłonąć tak, jak jej poprzednią część. Należy tylko pamiętać, iż nie jest to rasowy kryminał, ale przede wszystkim thriller prawniczy. Rozwiązanie zagadki zniknięcia córki państwa Szlezyngierów oczywiście poznamy, jednakże, jak to w przypadku thrillerów prawniczych bywa, główny nacisk położony jest na batalię sądową. To właśnie na sali sądowej zapadają najważniejsze decyzje, podobnie jak w części poprzedniej budząc zrozumiałe wątpliwości i zaskakując czytelnika.

Warto zwrócić uwagę na okładkę – jest świetna, ale jej perfekcyjność docenić można dopiero po przeczytaniu książki. Wtedy właśnie, kiedy znamy już całą intrygę, ukazuje swoje cudowne, dwuznaczne oblicze. Mariusz Banachowicz odwalił tu naprawdę kawał solidnej roboty, za którą należą mu się wyrazy uznania.

Cóż można napisać na podsumowanie… Autor udowodnił, że pierwsza część cyklu nie była tylko przypadkiem, kontynuacja jest przynajmniej równie dobra. Nie tylko dzięki głównym bohaterom, ale także poprzez świetną zagadkę kryminalną, jak również wspaniałe boje na sali sądowej, dzięki czemu czytelnik może poznać zawiłości procedur, obowiązujących w sądach. A najlepszą część Remigiusz Mróz zachował na koniec informując czytelnika, że powstanie trzecia część. I tylko zastanawiam się, czy końcówka tomu drugiego to potwierdzenie tego, co nieuchronnie stać się powinno w części trzeciej, czy sprawy skomplikują się ponownie. Ale o tym wie jak na razie tylko autor.

Pozostaje zatem czekać.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Joanna Jax – „Długa droga do domu”

s

„Nazywam się Antonina Tańska i mam 11 lat…”

Bywa czasem tak, że dotychczasowe, spokojne życie nagle zamienia się w dramat. Tego doświadczyła Joanna, która po rozwodzie kupuje zaniedbany dom w Teresinie, by w spokoju pozbierać się do kupy i próbować na nowo ułożyć sobie życie po rozwodzie. I choć zdaje sobie sprawę, że doprowadzenie budynku do przyzwoitego stanu oznacza poświęcenie kliku lat i wymaga sporo pracy, decyduje się na zakup. Już wkrótce okazuje się, iż to, co miało być ucieczką Joanny przed światem, jest wstępem do ciekawej przygody.

W szufladzie Joanna znajduje pamiętniki. Ich treść stanowi większość książki, a są to wspomnienia małej Tosi, dawnej mieszkanki tego domu, nazwanego na cześć jej matki Teresinem. Teresa Tańska była uznana sopranistką, z kolei jej mąż malarzem amatorem, marzącym o wielkiej sławie. W roku 1938-ym Hubert, ojciec Tosi decyduje o wyjeździe całej rodziny do Ameryki. Ta bezprecedensowa decyzja będzie miała olbrzymi wpływ na losy całej rodziny.

Tosię poznajemy, gdy ma jedenaście lat. Zacytowane na wstępie słowa to pierwsze zdanie pamiętnika. Pamiętnika, dzięki któremu będziemy obserwować losy młodej, rzuconej na obcą ziemię dziewczynki, a potem dojrzałej kobiety. I choć początkowo będą to tylko refleksje młodziutkiej panienki, już wkrótce Tosia pokaże pazurki.

Warto tu podkreślić jedną z wielu zalet tej książki. Autorka doskonale buduje klimat każdej epoki, w której toczy się akcja. A Tosia znajdzie się i w przedwojennej Ameryce, i na ogarniętej rewolucją Kubie i Boliwii, i w ranionej lewackimi bojówkami oraz zamachami Europie lat siedemdziesiątych. Każdy z tych okresów jest przedstawiony przez autorkę wyjątkowo realistycznie, od historycznych uwarunkowań, poprzez zachowania mieszkańców, aż po naturalne i charakterystyczne dla danej epoki dialogi. Dzięki temu przez cały czas można poczuć klimat tamtejszych miejsc i czasów.

Tosia… Niestety okazuje się być egoistką, która dla własnego szczęścia poświęca nie tylko szczęście swojej siostry, ale również staje się tą drobinką, która przeciąga strunę, doprowadzając do rozpadu rodziny. Nawet, kiedy ginie jej brat, kiedy siostra zmaga się ze swą psychiką, zaślepiona miłością do Emmanuela nie zważa na ostrzeżenia swej przyjaciółki i wplątuje się w toksyczny związek.

Nasza bohaterka przez cały czas podejmuje błędne decyzje. Zraniona przez męża rzuca się w ramiona przystojnego Kubańczyka, a kiedy znikają Emmanuel i ukochany synek, dołącza do rewolucyjnych bandytów, po powrocie do Europy również stając po stronie zbrodniarzy. Wszystko to po to, by odnaleźć syna.

A mimo to mi, jako czytelnikowi, podoba się jej postawa. Walka o to, by znów móc spotkać swe dziecko, desperacja, do jakiej tylko matka jest zdolna, adrenalina, która napędza ją i pozwala przeżyć w okolicznościach, które załamałyby niejedną osobę.

Akcja biegnie szybko, lata, na łamach powieści, śmigają aż miło, przenosząc Tosię z jednego miejsca w drugie. Aż dziw, jak wiele ta kobieta musiała wycierpieć…

Choć w założeniu jest to powieść obyczajowa, Joanna Jax zmiksowała tu wiele gatunków, i to zmiksowała w sposób perfekcyjny. Z jednej strony saga rodzinna, z drugiej bogactwo historyczne, do tego trochę thrillera, dramatu i powieści szpiegowskiej. A wszystko to podlane świetnym warsztatem literackim autorki, dzięki czemu tę książkę śmiało można nazwać pochłaniaczem czasu. Splecione losy Joanny, która znalazła pamiętniki, oraz bohaterki tychże doprowadzają do zaskakującego finału i sprawiają, że po zamknięciu ostatniej strony można poczuć ten dreszczyk, który towarzyszy przeczytaniu naprawdę dobrej książki.

Jest to jedna z tych powieści, której przeczytanie usatysfakcjonuje chyba każdego, niezależnie od tego, jaki jest jego ulubiony gatunek literacki.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Marta Galewska-Kustra – „Z muchą na luzie ćwiczymy buzie, czyli zabawy logopedyczne dla dzieci”

a

O muszce Fefe dowiedziałem się przypadkiem. Syn, lat dziewięć, który zazwyczaj latał z łapką na muchy i oczyszczał mieszkanie, tym razem kategorycznie odmówił współpracy. Co więcej, zabronił mi działania w zastępstwie krzycząc, iż nie mogę zabić natrętnego bzykacza, gdyż to może być Fefe! A na pytanie, kto to jest Fefe spojrzał na mnie ze zdumieniem i powiedział dobitnie: „No jak to, tata, no przecież…”

No przecież. No tak, dostaliśmy do recenzji książkę „Z muchą na luzie ćwiczymy buzie”, której autorką jest Marta Galewska-Kustra. Ale tata nie miał okazji się z nią zapoznać, gdyż zaraz po otrzymaniu przesyłki zrobił to syn. I już sama ta reakcja, samo ocalenie dzielnej Fefe, która bzyczała wraz z siostrami, braćmi i kuzynami, ośmielona odroczeniem wyroku świadczy o tym, iż książka wyjątkowo młodemu recenzentowi przypadła do gustu. A tak! Recenzentowi, gdyż syn mój podjął się obowiązku zrecenzowania tejże pozycji.

Ale zanim poznacie zdanie młodszego, wypowie się ten starszy.

Od razu rzuca się w oczy nietypowy format, książka jest bowiem kwadratowa. I – po przeczytaniu – stwierdzam, że jest to plus. Duży plus. Pasuje zarówno do układu tekstu, jak i do koncepcji książki. Twarda oprawa to gwarancja dużej trwałości, a można spodziewać się, iż rodzice będą chcieli wykorzystywać ją dość często. Okładka przyciąga wzrok, bardzo fajna grafika autorstwa Joanny Kłos zwraca uwagę, a wystarczy przejrzeć kilka następnych stron by zauważyć, że świetnie wpisuje się w koncepcję książki. Nie ma tu miejsca na przerost grafiki nad treścią, przeciwnie, obrazki są gdzieś w tle, ale cały czas przyciągają uwagę i wywołują uśmiech na twarzy dzieci (do których ta książka tak naprawdę jest skierowana).

Koncepcja jest prosta – jeśli otworzymy książkę na dowolnej stronie, po lewej mamy opisane przygody muszki Fefe, po prawej – ćwiczenie do aktualnej sytuacji. W białym dymku – porada dla rodziców, jak pomóc dziecku w danym ćwiczeniu, w czarnym dymku zadanie do wykonania dla  młodego czytelnika. Zasada ta sprawdza się w stu procentach. Jest to jednak książka przeznaczona dla czytelników młodszych, niż mój dziewięciolatek, gdyż tego typu ćwiczenia powinny być rozpoczęte znacznie wcześniej. Podobne ćwiczenia syn mój przechodził kilka lat temu, warto jednak zauważyć, iż część z nich, zawarta w tej książce, jest na tyle ogólna (i co najważniejsze wspomagająca) iż warto je wypróbować w każdym wieku, nawet tych dziewięciu lat. Niestety, wady wymowy łatwo nabyć, a znacznie trudniej skorygować.

Podsumowując – pozycja zdecydowanie warta polecenia wszystkim rodzicom, nawet tym, którym wydaje się, iż ich dzieci problemów z wymową nie mają. Zwłaszcza iż z doświadczenia wiem, że często to dopiero obiektywne spojrzenie osoby z zewnątrz stymuluje rodziców do wizyty w poradni logopedycznej (i nie tylko). Sposób wykonania, świetne obrazki, atrakcyjna dla dziecka treść no i spore wyzwanie dla rodzica, by ćwiczyć wraz z dzieckiem (co akurat jest dzięki tej książce proste) i nie latać z łapką na muchy po całym domu za Fefe (co już jest trudniejsze) to zachęta do skorzystania z tej pozycji. Naprawdę polecam.

I na koniec – rodzic rodzicem, ale warto poznać zdanie głównego odbiorcy tej książki, czyli dziecka. Dlatego poprosiłem o recenzję mojego syna. A oto ona – nie zmieniłem w niej nawet literki.

„Bardzo mi się podobały przygody muszki Fefe, a szczególnie kiedy jeździła na nerwusie i udawała dżokeja. Ćwiczenia bardzo super, a nie mówiąc jak się przy nich bawiłem. Ilość tekstu jest dobrze dopasowana, tak samo  dobra jest wielość czcionki. Rysunki  też są fajne. Ale muszę powiedzieć muszka Fefe była troszkę wredna ponieważ gdy chcieli wiedzieć czy muszka Fefe zmyślała czy nie zmyśla to udawała że śpi. To było trochę nie fair. Tak mi się podobała ta książka że przed pisaniem tego rysowałem  muszkę Fefe.  Nawet mi się udała.”

a

 Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Alice Hill – „Skazani”

a

Kiedy ujrzałem książkę, którą przyniósł listonosz, zamarłem – ależ cegła! Po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów zamarłem ponownie – nie dość, że zapowiadał się kolejny klon „Zmierzchu” (choć z demonami zamiast wampirów) to jeszcze pseudoreligijne baśnie ewidentnie mi nie podeszły. Pomyślałem, że nie dam rady tego przeczytać. Ale – z recenzenckiego obowiązku – postanowiłem dotrzeć do końca tej powieści. I z ulgą muszę przyznać, że nie żałuję.

Główną bohaterką powieści jest Thilli Carroll. Poznajemy ją podczas zajęć w szkole katolickiej, gdzie, ze względu na swoją zbuntowaną  osobowość oraz styl ubierania się ewidentnie nie pasuje. Po kłótni z jedną z koleżanek zostaje usunięta ze szkoły, ale nie to jest najgorsze. Choć przez cały dzień ma przeczucia, iż stanie się coś wyjątkowego nie spodziewa się, że będzie to śmierć matki. Listy od niej, które wpadają w ręce Thilli, znacznie gmatwają pozornie jasny obraz sytuacji. Bo jak można zareagować gdy człowiek się dowiaduje, iż jego rodzicielka podpisała pakt z demonem?

Pojawia się w życiu Thilli nowa szkoła, nowi przyjaciele, nowe znajomości, ale także lekarze. I choć nasza bohaterka nie jest do końca przekonana o tym, iż jej matka podpisała jakiś pakt, wkrótce dziwne zdarzenia w jej życiu powodują, że zaczyna się coraz głębiej nad tym zastanawiać.

Trudno mi oceniać tę książkę, dlatego myślę, iż najkorzystniej będzie przedstawić jej plusy i minusy. Zacznijmy zatem od tych pozytywnych cech.

Jedną z nich jest to, iż udało mi się ją przeczytać do końca. To absolutnie nie moje klimaty, natomiast fani i fanki wspomnianego wcześniej „Zmierzchu” pewnie będą zachwyceni. A mimo to autorka zbudowała tak fajny nastrój, iż da się to przeczytać bez bólu i po zakończeniu lektury powiedzieć sobie – tak, to była fajna książka.

Kolejna to cichy bohater tejże powieści, najfajniejsza jak dla mnie postać z całej książki – czyli tata Thilli. Choć jest postacią drugoplanową, to chyba najbarwniejsza i najzabawniejsza osoba w „Skazanych”. Perypetie, jakie musi przechodzić z dorastającąa córką po śmierci żony (i matki Thilli), typowa dla niektórych wdowców nieporadność, widoczna choćby w doborze samochodów, kompletny brak zrozumienia córki – to tylko niektóre z jego cech. Kibicowałem mu mocno, podśmiechując się pod nosem. Zdecydowanie duży plus tej książki.

Dobrym pomysłem jest też zastosowanie narracji wieloosobowej. Narratorem jest każda z postaci, które poznamy w tej książce, nawet ta trzecioosobowa. Dzięki temu poznajemy przebieg niektórych zdarzeń z kilku punktów widzenia, a rzeczy pozornie oczywiste  widziane z innej strony nabierają nowych cech i niejednokrotnie zaskakują czytelnika.

A teraz czas na minusy, choć chciałbym od razu napisać, że nie są one aż tak duże, jakby to wyglądało po tym, co przeczytacie poniżej.

Minus pierwszy – umiejscowienie akcji gdzieś w Ameryce. Nie! W jednej z pierwszych scen Thilli ma scysję ze szkolną gwiazdą futbolu. Mało kto w Polsce nadal wie, iż po pierwsze – futboliści maja olbrzymi szacunek w tamtejszych szkołach (bo to potężne chłopy, choć często nie idzie to w parze z inteligencją)  a po drugie, ichniejszy futbol to połączenie piłki ręcznej z zapasami, z naszą popularną „kopaną” nie mający nic wspólnego.

No i imiona. Ja rozumiem, że wszystkie męskie imiona zaczynają się na A, bo tak wynika z fabuły. Ale już nazwanie dwóch (z trzech) głównych bohaterów Adan i Alan to jednak lekka przesada. Bywało, że ci panowie mi się po prostu mylili.

No i najważniejszy zarzut – zbyt małe wymieszanie wątku fantastycznego z obyczajowym. Za mało tej fantastyki, za dużo szkolnych miłostek. W dodatku strasznie schematycznych – dwóch różnych przystojniaków, trzeci cichy facet stojący z boku, ale zakochany w głównej bohaterce no i ona sama, nie wiedząca, kogo wybrać. Straszna sztampa!

Jak już wspomniałem, to książka, którą da się przeczytać. Niestety, ze względu na tematykę na drugi tom raczej czekał nie będę, po prostu nie moje klimaty. Ale wiem, że jest spore grono czytelników i czytelniczek, którym ta pozycja z pewnością przypadnie do gustu. Bo jest po prostu całkiem niezła. Poza tym warto też wspomnieć o kilku dodatkach, które uprzyjemniły lekturę.

Niecodziennym pomysłem jest zamieszczenie listy piosenek, które towarzyszyły autorce podczas pisania. Dzięki temu poznałem parę fajnych kawałków. Również ilustracje świetnie dopełniają tekst, duże brawa dla osoby, która ozdobiła swoimi rysunkami tę książkę. No i – do recenzji dostałem egzemplarz z autografem autorki. Niby nic, ale fajny, rzadko spotykany gest.

Staram się raczej nie oceniać książek punktowo, ale sądzę, że powieść ta zasłużyła na solidne 7/10, co jak na czytelnika, który za tym gatunkiem fantastyki niezbyt przepada jest wysoką oceną. Myślę, że Ci, którzy podobne klimaty lubią, ocenią tę powieść znacznie wyżej.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Jacek Wróbel – „Cuda i dziwy mistrza Haxerlina”

a

Z nazwiskiem autora oraz z bohaterem recenzowanej książki nie miałem dotychczas okazji się spotkać, mimo, iż zagościli obaj (Jacek Wróbel jako autor i sam mistrz Haxerlin jako główna postać opowiadania) na łamach choćby „Fantastyki”  Kiedy jednak przeczytałem fragment jednego z tekstów pisarza, zamieszczonych w Internecie, już wiedziałem, że tę, właśnie tę książkę chcę przeczytać. A kiedy wpadła w moje szpony, już nie wypuściłem, aż do samego końca.

A warto przeczytać, oj, warto. Zwłaszcza, jeżeli jest się fanem fantastyki pisanej z dużym (ale naprawdę dużym) poczuciem humoru. I jeżeli uwielbia się książki w stylu mistrza Pratchetta. Nawet główna postać w tekście Jacka Wróbla, czyli mag, a raczej podający się za maga mistrz Haxerlin, jakoś tak od początku kojarzył mi się z jednym z bohaterów Świata Dysku, niejakim Rincewindem.

 „Cuda i dziwy mistrza Haxerlina” to zbiór opowiadań, które łączy motyw tegoż właśnie maga-niemaga. Haxerlin jest przedsiębiorcą, posiadającym własny obwoźny biznes – sprzedaje magiczne artefakty i eliksiry. No, powiedzmy, że magiczne. A w zasadzie tak nie do końca magiczne, ale za to o szumnie brzmiących nazwach. Dlatego też nasz sprzedawca stara się omijać z daleka miejscowości, w których można spotkać prawdziwych magów i bynajmniej nie chodzi tutaj o konflikt interesów. Omija również Haxerlin miejsca, w których można spotkać byłych klientów. To jednak jest już znacznie trudniejsze i nie zawsze się udaje, o czym przekonujemy się dość szybko.

 Już pierwsze opowiadanie czytałem z szerokim bananem na ustach, a pewien fragment (którego nie przytoczę, ale chyba z łatwością zrozumiecie, o który mi chodzi – takie jedno pytanie pseudoKordaka) przeczytany rano spowodował, że przez cały boży dzionek śmiałem się sam do siebie. Niestety, drugie opowiadanie pozostawiło lekki niedosyt i pomyślałem, iż autor „wystrzelał” się z pomysłów na początku, a teraz będzie już tylko odwalał pańszczyznę. Na szczęście pomyliłem się straszliwie – w kolejnym opowiadaniu znowu poziom zarówno tekstu, jak i humoru wzrasta i znowu jest świetnie. Gwoli wyjaśnienia – drugie opowiadanie też nie jest złe czy choćby przeciętne. Na tle całej reszty prezentuje się po prostu nieco słabiej (moim subiektywnym zdaniem).

O ile pierwsze trzy opowiadania były zbiorem luźnych, nie powiązanych ze sobą tekstów, dalsza część książki, czyli jakieś dwie trzecie całości stanowi fabularną całość. A ogniwem spajającym poszczególne teksty jest Thuz – absolutnie najlepsza postać w „Cudach i dziwach..”. Straszny demon, Krwiopij, którego pokręcony los wplątał w nieprawdopodobną sytuację i związał z mistrzem Haxerlinem. Thuza polubią z pewnością wszyscy czytelnicy, bo jest to iście wybuchowe połączenie… No, żeby nie robić spoilerów napiszę – po prostu połączenie X-a z Y-grekiem i Z-etem. Zaskakujące połączenie i bardzo dobrze wykorzystane przez autora.

Co do postaci – tak barwnego i charakterystycznego zestawu dawno w żadnej książce nie widziałem. Praktycznie każda z drugoplanowych postaci na długo pozostaje w pamięci po przeczytaniu kolejnego opowiadania. Już w pierwszym opowiadaniu śmieszy do łez Jona Piętka, równie barwny jest choćby Foxi, Moshito czy kolega Haxerlina ze studiów, Evanejko. Rzuca się niestety w oczy brak postaci kobiecych – jedna Rozgwiazdka to zdecydowanie za mało. Bardzo dużą frajdę sprawiało mi również odnajdywanie mnóstwa (naprawdę mnóstwa) odnośników i aluzji, które autor sprytnie porozmieszczał w całym tekście. Od tych najprostszych, jak choćby „Narconomicon” autorstwa Hatecrafta, aż po te, których odnalezienie sprawi satysfakcję prawdziwym fanom fantastyki (i nie tylko).

Nie zawiodłem się na tej książce. Powiem więcej – ja już niecierpliwie czekam na kontynuację (a Wydawnictwo Genius Creations właśnie ją zapowiedziało). To jedna z najlepszych pozycji, jaka wpadła mi w ręce w tym roku. Bo przecież rozbawić czytelnika i sprawić, by nie mógł oderwać się od lektury to trudna sztuka. A Jackowi Wróblowi wyszło to we wspaniały sposób.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Dawid Kain – „Kotku, jestem w ogniu”

a

Muszę przyznać, że albo mam szczęście, albo też niedawno powstałe wydawnictwo Genius Creations ma wyjątkowego nosa do swoich autorów. Jestem po lekturze trzeciej książki, wydanej przez nich i po raz trzeci muszę powtórzyć – przeczytałem naprawdę świetny, oryginalny tekst. Tym razem padło na prozę Dawida Kaina. Kto zna wcześniejsze opowiadania autora ten doskonale wie, że spodziewać się w powieści można było… w zasadzie wszystkiego. Kain nie boi się eksperymentów, a wszelakie granice literackie dla niego nie istnieją. I taka też jest książka, zatytułowana „Kotku, jestem w ogniu”.

Jest to powieść, który zapewne zachwyci miłośników literatury. To właśnie różnorakie teksty, którymi narkotyzują, szprycują i delektują się mieszkańcy wykreowanego przez autora świata, są esencją tej powieści. Książki są wręcz niezbędne do życia, a brak dostępu do słowa pisanego powoduje pogłębiający się głód literacki. Istnieje również podziemie literackie, w którym dilerzy rozprowadzają nielegalne teksty, wywołujące skrajne uczucia u czytelników.

Jednym z takich dilerów jest Edward Egan, którego poznajemy w momencie przebudzenia się na podłodze kościoła Becketta. To właśnie tam, gdy jego umysł budzi się do życia po solidnej imprezie, dowiaduje się o mitycznym Raporcie. Jakby tego było mało,  po powrocie do domu znajduje napis na suficie, nakazujący mu poszukiwanie tajemniczego Raportu. Księgi, która zawiera ponoć wyjaśnienie sensu egzystencji, sensu istnienia literatury i świata. Dla bezpieczeństwa, aby nie wpaść w ręce niepowołanych, Raport rozproszony jest po różnych księgach.

Poszukiwanie Raportu to dobry pretekst, by przedstawić niesamowity świat, w którym na drogach straszą nie zbójcy, a grafomani wciskający swe dzieła przerażonym podróżnikom. Świat, w którym książki piszą nawet osobnicy pogrążeni w głębokiej śpiączce, choć ich wizje są tak nieprawdopodobne iż niektórzy autochtoni są przekonani, że dusze śpiących rzeczywiście przebywają w tamtych światach. Dziwnych dla mieszkańców, ale już niekoniecznie dla czytelników powieści Kaina.

Bardzo podobała mi się spójność wykreowanego świata, zwłaszcza literackie neologizmy i porównania, które raz po raz pojawiają się na kartach powieści oraz w wypowiedziach bohaterów. Tworzy to niepowtarzalny klimat miejsca zdominowanego przez literaturę, która to literatura jest jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem tamtego świata. Potrafi dostarczać radości, ale również cierpienia, może być bronią, można ja przedawkować a nawet dzięki niej zginąć. Czasem nawet w niezwykle efektowny sposób, patrząc choćby na samobójstwo poprzednika Zampano.

Książka nie jest może najłatwiejszą lekturą, ale zdecydowanie do przeczytania dla każdego. Sądzę, iż każdy czytelnik odnajdzie tam sporo odniesień do dzieł, które zna, a zapewne i nieraz się uśmiechnie. No bo jak tu przejść poważnie na przykład obok tomiku poezji o nazwie „Wyznania dziewczyny nie tyleż prostej, co krzywej?”.  Zresztą cała scena, podczas której pada ten tytuł, czyli atak grafomanów jest jak dla mnie absolutną perełką w tej bardzo dobrej powieści. Klimat, jaki wytworzył autor pozwala na zupełnie inne spojrzenie na literaturę – może nieco w krzywym zwierciadle, może przesadnie i karykaturalnie ale na pewno interesująco.

A czy Edward odnajdzie Raport, idąc po podsuniętym mu tropie? O tym najlepiej przekonać się samemu i gwarantuję, że kiedy skończycie lekturę, będziecie usatysfakcjonowani.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Aneta Rzepka – „Kieszenie przeszłości”

s

Dwie przyjaciółki, które różni prawie wszystko, ale łączy przeszłość. Obie pochodzą z rozbitych rodzin, obu dzieciństwo kojarzy się bardziej z cierpieniem niż miłością. I taka sytuacja trwa do teraz, a ich przyjaźń jest dla dziewczyn odskocznią od problemów codzienności.

Ola, w dzień prezes szanowanej firmy, po pracy szukająca wrażeń w ramionach anonimowych mężczyzn. I Kornelia, uzdolniona plastycznie uczennica liceum, bardzo zakompleksiona i tkwiąca w toksycznym związku. Dzień, w którym je poznajemy, jest dla nich wyjątkowo pechowy. Ola próbuje „dla sportu” poderwać starszego mężczyznę w sklepie odzieżowym, ten jednak nie tylko nie daje się zbałamucić, ale wszczyna awanturę. Podczas ucieczki Kornelia gubi torebkę, na domiar złego już wkrótce okazuje się, iż ów starszy jegomość jest ważnym klientem biznesowym firmy, w której Ola jest prezesem. Ale, jak się wkrótce okaże, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zdarzenia tego dnia rozpoczęły historię, która jest kanwą tej powieści.

Bohaterki, dobrane na zasadzie kontrastu (energiczna, żywiołowa Ola i zahukana Kornelia) niestety nie pozwoliły mi się polubić. Ola – z wiadomych powodów, nocnych zainteresowań i ciągotek do używek. Kornelia z kolei jest, jeśli to możliwe, jeszcze nudniejsza niż filmowa Krzysia Drohojowska. Melancholijna, zagubiona, miotająca się w życiu. Trochę lepiej wypadają postacie męskie, choć Błażej wali iście królewskie fochy. Marcin jest konkretniejszą, rzetelnie wykreowaną postacią. Najciekawszą fabularnie postacią mógłby być Oskar, ale autorka trochę za bardzo pominęła jego postać, wypychając go gdzieś na drugi plan. A niepotrzebnie, bo w pewnym momencie to on zaskoczył mnie najbardziej.

Niestety, to było jedyne zaskoczenie w tej książce. Tu wszystko toczy się jak po sznureczku, aż do przewidywalnego zakończenia. Próżno szukać jakichś niespodziewanych zwrotów akcji, nawet zachowanie byłego chłopaka Kornelii pod koniec powieści jest jakieś takie średnio emocjonalne, napisane podobnym tempem, co reszta tekstu. Biorąc pod uwagę fakt, iż autorka styl pisania ma całkiem niezły, jest to w pewnym sensie zaletą – akcja nie plącze się fabularnie, ale z drugiej strony nie zmusza odbiorcy do jakichś poszukiwań drugiego dna czy zastanawiania się, co autor ma na myśli. Wszystkie pytania, które powstają w czasie lektury znajdują odpowiedź, i to zazwyczaj dość szybko. No, może poza tajemniczymi listami, wplecionymi w akcję powieści, których sekret wyjaśnia się dopiero pod koniec powieści (choć generalnie można się domyślić, o co w nich chodzi).

Bardzo nie podobała mi się „polsatyzacja” powieści. Narracja toczy się w trzeciej osobie i nagle „łup”: zmiana na osobę pierwszą i Kornelia, Ola albo Marcin tłumaczą, co chcieli osiągnąć zachowując się tak czy inaczej. Od razu przychodzi na myśl skojarzenie z głupiutkimi, paradokumentalnymi serialikami typu „Ukryta prawda” czy podobnymi. Jestem w stanie zrozumieć to w popołudniowej telewizji (bo zawsze mogę zmienić kanał, to raz, a dzisiejsze społeczeństwo potrzebuje coraz uboższych i banalniejszych programów, to dwa) ale nie cierpię tego w literaturze, która z założenia powinna być ambitniejsza. No i nie mam zielonego pojęcia, dlaczego „zaszczytu” wystąpienia w formie pierwszoosobowej dostąpiła tylko trójka z czworga głównych bohaterów, myślę, że Błażej też powinien dostać szanse wyrażenia się i wytłumaczenia swojej wybuchowej natury.

„Kieszenie przeszłości” to jedna z tych książek, która można przeczytać i szybko zapomnieć. To idealna lektura do podróży, czy na czas dłuższego oczekiwania, nie drażni topornością, bo warsztat autorka ma zupełnie przyzwoity, a jednocześnie nie każe zagłębiać się w zawiłościach fabularnych. Na pewno, dzięki jej lekkości, czas minie szybciej, a być może wielu czytelników odnajdzie w niej coś, co pozwoli zatrzymać się przy lekturze na dłużej. Ja akurat tego nie znalazłem ale wiem, że takie osoby się znajdą.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a