Małgorzata Przybyłowska – „Banalne historie kilku rodzin”

a

„Banalne historie kilku rodzin”, autorstwa Małgorzaty Przybyłowskiej, w założeniu miały być rekonstrukcją losów członków jej rodziny. Inicjatywa chwalebna, wszak o historii zawsze powinniśmy pamiętać, zwłaszcza tej opowiedzianej ustami babci czy dziadka. W powstanie takiej książki trzeba włożyć wiele trudu, bo to przecież nie tylko to, co zasłyszane, ale również (a nawet przede wszystkim) grzebanie w książkach czy archiwach. I choć dziś ten czas w znaczący sposób skrócił Internet, to jednak praca, poświęcona na wykonanie takiego dzieła, wymaga szacunku. Niestety, do kompletu potrzebna jest jeszcze jedna umiejętność. Trzeba umieć pisać…

Niestety… No właśnie niestety, bo książka to jedna wielka literacka katastrofa. Nie wiem, ile autorka ma lat, sądząc po sposobie pisania zapewne wczesne gimnazjum, ale faktem jest, iż nie należy brać się za pisanie do czasu opanowania elementarnych podstaw sztuki składania literek. Książka ta to modelowy egzemplarz, który powinno się pokazywać wszystkim adeptom literackim i na jej podstawie udowadniać, jak nie należy pisać.

Zacznijmy najpierw od treści. Jak wspomniałem, to historia rodziny autorki, począwszy od seniora rodu, Bernarda, którego poznajemy w roku 1918. I już na początku autorka tak sprytnie zaplątała swoją opowieść, że przez kilkanaście stron próbowałem doliczyć się, ile właściwie on ma dzieci? Jakby nie liczyć, co rusz wychodziło mi inaczej, dopiero autorka zlitowała się i naprowadziła mnie na właściwy trop. Ale już za chwilę poczułem się jak ten niemiecki oficer, przesłuchujący Franka Dolasa.

Pamiętacie tę słynną scenę, kiedy w filmie „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” Franek Dolas przedstawia się jako Grzegorz Brzęczyszczykiewicz? Esesman, nie potrafiąc tego wymówić, zleca to swojemu podkomendnemu, a kiedy ten w końcu to napisze, pyta o miejsce pochodzenia, słysząc: „Chrząszczyrzewoszyce, powiat Łękołody”. Pamiętacie przerażoną minę tego oficera?

Miałem taką samą. Kiedy w końcu policzyłem dzieci Bernarda, autorka dowaliła kolejną zagadkę z dziećmi. Ale, żeby nie było, że się czepiam, przedstawiam fragment książki. Dosłowny, bez wycinania. I proszę Cię, drogi czytelniku tego bloga, o odpowiedź na pytanie: Ilu synów miał Wilhelm? Skupcie się, będzie ciężko!!

„Wilhelm wyznaczył na swojego następcę w Gwiździnach najmłodszego i jedynego syna (starszy, Eberhard przebywał w Niemczech). Oprócz Heinricha miał trzy starsze córki (w tym jedną z poprzedniego małżeństwa) i dwóch synów: Eberharda i Heinricha.”

No? I? Jak tam? Jedynego syna? Dwóch? Trzech?

Niestety, to nie jedyny „wypadek”. A właściwie „katastrofa”. Lekko licząc: interpunkcja w dialogach momentami leży i kwiczy, czas teraźniejszy i czas przeszły używane są zamiennie w tym samym akapicie, sporadycznie ginie podmiot, dzięki czemu zdania nabierają karykaturalnego brzmienia, autorka co i rusz wtrąca swoje filozoficzne przemyślenia, które nijak się mają do fabuły i aktualnych zdarzeń, o literówkach, powtórzeniach („– Masz rację – Jan przyznał żonie rację”) i pomylonych odnośnikach z litości już tylko wspomnę.

O bardzo młodym wieku autorki świadczy również fakt, iż używa słów, których znaczenia najwyraźniej nie rozumie. Zespół stresu pourazowego to dla niej „modna obecnie jednostka chorobowa”, ludzie są „mało plastyczni”, a co to jest „spostrzegawcze psychologicznie dziecko” już nawet nie starałem się wnikać, podobnie jak „lekooporność antybiotyków”. Niektóre frazy wyglądają jak dyskusja naburmuszonych uczennic podstawówki, takie psiapsiółkowate ploteczki. Gdzie temu do literatury? Jak ktoś mógł to wydać?

Jest nawet fajny element satyryczny, bo okazało się, iż ta książka ponoć miała redakcję. Tak, na serio, jest nawet pani redaktor wymieniona z imienia i nazwiska! Naprawdę, jest tyle fajnych zawodów – hodowca dżdżownic kalifornijskich, tester karmy dla zwierząt, poszukiwacz piłek golfowych… Może tam ta, pożal się Boże, pani redaktor spełni się lepiej, bo na redakcji nie zna się w ogóle i takim autorom, jak Małgorzata Przybyłowska wyrządza ona swoim nieudacznictwem po prostu krzywdę!

Niestety, pozycja ta zajęła czołowe miejsce, a kto wie, czy nawet nie pierwsze na liście moich prywatnych gniotów literackich.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Joanna Jax – „Długa droga do domu”

s

„Nazywam się Antonina Tańska i mam 11 lat…”

Bywa czasem tak, że dotychczasowe, spokojne życie nagle zamienia się w dramat. Tego doświadczyła Joanna, która po rozwodzie kupuje zaniedbany dom w Teresinie, by w spokoju pozbierać się do kupy i próbować na nowo ułożyć sobie życie po rozwodzie. I choć zdaje sobie sprawę, że doprowadzenie budynku do przyzwoitego stanu oznacza poświęcenie kliku lat i wymaga sporo pracy, decyduje się na zakup. Już wkrótce okazuje się, iż to, co miało być ucieczką Joanny przed światem, jest wstępem do ciekawej przygody.

W szufladzie Joanna znajduje pamiętniki. Ich treść stanowi większość książki, a są to wspomnienia małej Tosi, dawnej mieszkanki tego domu, nazwanego na cześć jej matki Teresinem. Teresa Tańska była uznana sopranistką, z kolei jej mąż malarzem amatorem, marzącym o wielkiej sławie. W roku 1938-ym Hubert, ojciec Tosi decyduje o wyjeździe całej rodziny do Ameryki. Ta bezprecedensowa decyzja będzie miała olbrzymi wpływ na losy całej rodziny.

Tosię poznajemy, gdy ma jedenaście lat. Zacytowane na wstępie słowa to pierwsze zdanie pamiętnika. Pamiętnika, dzięki któremu będziemy obserwować losy młodej, rzuconej na obcą ziemię dziewczynki, a potem dojrzałej kobiety. I choć początkowo będą to tylko refleksje młodziutkiej panienki, już wkrótce Tosia pokaże pazurki.

Warto tu podkreślić jedną z wielu zalet tej książki. Autorka doskonale buduje klimat każdej epoki, w której toczy się akcja. A Tosia znajdzie się i w przedwojennej Ameryce, i na ogarniętej rewolucją Kubie i Boliwii, i w ranionej lewackimi bojówkami oraz zamachami Europie lat siedemdziesiątych. Każdy z tych okresów jest przedstawiony przez autorkę wyjątkowo realistycznie, od historycznych uwarunkowań, poprzez zachowania mieszkańców, aż po naturalne i charakterystyczne dla danej epoki dialogi. Dzięki temu przez cały czas można poczuć klimat tamtejszych miejsc i czasów.

Tosia… Niestety okazuje się być egoistką, która dla własnego szczęścia poświęca nie tylko szczęście swojej siostry, ale również staje się tą drobinką, która przeciąga strunę, doprowadzając do rozpadu rodziny. Nawet, kiedy ginie jej brat, kiedy siostra zmaga się ze swą psychiką, zaślepiona miłością do Emmanuela nie zważa na ostrzeżenia swej przyjaciółki i wplątuje się w toksyczny związek.

Nasza bohaterka przez cały czas podejmuje błędne decyzje. Zraniona przez męża rzuca się w ramiona przystojnego Kubańczyka, a kiedy znikają Emmanuel i ukochany synek, dołącza do rewolucyjnych bandytów, po powrocie do Europy również stając po stronie zbrodniarzy. Wszystko to po to, by odnaleźć syna.

A mimo to mi, jako czytelnikowi, podoba się jej postawa. Walka o to, by znów móc spotkać swe dziecko, desperacja, do jakiej tylko matka jest zdolna, adrenalina, która napędza ją i pozwala przeżyć w okolicznościach, które załamałyby niejedną osobę.

Akcja biegnie szybko, lata, na łamach powieści, śmigają aż miło, przenosząc Tosię z jednego miejsca w drugie. Aż dziw, jak wiele ta kobieta musiała wycierpieć…

Choć w założeniu jest to powieść obyczajowa, Joanna Jax zmiksowała tu wiele gatunków, i to zmiksowała w sposób perfekcyjny. Z jednej strony saga rodzinna, z drugiej bogactwo historyczne, do tego trochę thrillera, dramatu i powieści szpiegowskiej. A wszystko to podlane świetnym warsztatem literackim autorki, dzięki czemu tę książkę śmiało można nazwać pochłaniaczem czasu. Splecione losy Joanny, która znalazła pamiętniki, oraz bohaterki tychże doprowadzają do zaskakującego finału i sprawiają, że po zamknięciu ostatniej strony można poczuć ten dreszczyk, który towarzyszy przeczytaniu naprawdę dobrej książki.

Jest to jedna z tych powieści, której przeczytanie usatysfakcjonuje chyba każdego, niezależnie od tego, jaki jest jego ulubiony gatunek literacki.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Grażyna Bąkiewicz – „Mieszko, ty wikingu!”

s

Czy Mieszko I, książę i władca Polan, mógł być wikingiem? Na to wskazuje pewien średniowieczny tekst. Inna rzecz, że swoją rolę w jego powstaniu odegrała mała mysz, nieświadoma historycznego zamieszania jakie wprowadziła. Jak również niezbyt przykładający się do swej pracy watykański kopista. A świadkiem tego był nastolatek Aleks, który waśnie tego dnia miał przyjemność nie trafić w epokę historyczną do której się wybrał, w dodatku znalazł się również w innym miejscu niż planował.

Skomplikowane?

Otóż, moi drodzy czytelnicy, lekcje historii w przyszłości wyglądają nieco inaczej. Dzięki specjalnym ławkom uczniowie przenoszą się w czasie w aktualnie przerabiany okres historyczny, by na własnej skórze przekonać się, jak wyglądało ówczesne życie. Niestety, od czasu znalezienia przez Aleksa dziwnego błyskacza, pamiątki po innej czasowej ekspedycji, uczniowie, a szczególnie Aleks nie do końca trafiają tam, gdzie by chcieli.

I tak nasz główny bohater jest świadkiem, jak dzięki „współpracy” myszy i leniwego kopisty okazuje się, iż być może Mieszko I był… wikingiem. Czy to prawda? Ekipa uczniów wyrusza w podróż w czasie by to sprawdzić.

W założeniu miała to być książka historyczna. I zdecydowanie jest. Ale jak dla mnie, zagorzałego fana fantastyki maści wszelakiej, to przede wszystkim świetne s-f dla młodzieży. Świetne, bo nie jest bezproduktywną opowiastką o podróżach w czasie, ale pełnowartościową, historyczno-geograficzną przygodą, która może (i – w ten sposób przedstawiona – wręcz powinna być!) przyczynkiem do sięgnięcia przez uczniów do podręczników historii i zapoznania się z początkami państwa polskiego.

No i kolejna część książki, jakże ważna – komiks! Z początku z pewną nieśmiałością, jednak w miarę lektury coraz częściej pojawia się coraz całostronicowy komiks, w którym zapoznajemy się (często w dość przewrotny sposób) z przebiegiem wydarzeń (z reguły tych bardzo pobocznych) które aktualnie są treścią książki. Kapitalny pomysł, dzieciaki lubią takie obrazowe przedstawienie obrzędów czy zachowań mieszkańców dawnej epoki i dziwię się, że tak rzadko ta idea jest wykorzystywana. I, skoro jesteśmy przy grafice, to trzeba przyznać, że Artur Nowicki (grafik) wykonał doskonałą robotę. Bo…

Bo książka ta, choć przenosi czytelnika najpierw w przyszłość, w której możliwe są podróże w czasie, to mnie przeniosła w przeszłość. Czuć w tej książce ducha Niziurskiego, Sempe, Goscinnego, te wszystkie klimaty, które nam, dzisiejszym rodzicom, budowały dzieciństwo. I cieszę się, że są tacy autorzy, jak Grażyna Bąkiewicz, tacy ilustratorzy, jak Artur Nowicki, którzy te klimaty pielęgnują i dzielą się z dzisiejszą młodzieżą.

Wystarczy zresztą spojrzeć na skład ekipy, która wyruszyła w przeszłość śladami Mieszka Pierwszego, by poczuć ten klimat choćby Mikołajka. Gruby jest? Jest! Musi być, w każdej ekipie jest jakiś Gruby! Jakaś miłostka głównego bohatera? Oczywiście! Ale sposób, w jaki Grażyna Bąkiewicz to opisuje, jest fenomenalny.

Oczywiście pozostaje jeszcze jedno kluczowe pytanie – czy Mieszko I rzeczywiście był wikingiem? W poszukiwaniu odpowiedzi nasi bohaterowie wpadli w zasadzkę i stali się więźniami handlarzy niewolników. Część z nich posmakowała życia w końcówce pierwszego tysiąclecia, zapoznali się z ówczesnymi zwyczajami a nawet nauczyli strzelać z łuku. Ba! Udało im się nawet spotkać samego księcia Polan, dzięki czemu zagadka pochodzenia Mieszka i jego koligacje rodzinne zostały ostatecznie wyjaśnione.

Czy zatem Mieszko był wikingiem? Dowiecie się, sięgając po tę książkę. A raczej prezentując ją swoim dzieciom, które dokładnie wytłumaczą rodzicom, co, jak i dlaczego właśnie przez myszy.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Przemysław Piotrowski – „Kod Himmlera”

a

Rzeczywistość czasami w dziwny sposób splata się z fikcją literacką. Autor powieści „Kod Himmlera” chyba nie spodziewał się iż w momencie, gdy publikowana jest jego książka, kompleks „Riese”, czyli „Olbrzym”, w którym rozpoczyna się akcja jego powieści, znajdzie się na ustach wszystkich Polaków. Oczywiście za sprawą tzw. „Złotego pociągu”, o którym od kilku tygodni grzmi ogólnopolska (i światowa również) prasa oraz media.  Powieść Przemysława Piotrowskiego pokazuje nam jednak, że to, co można znaleźć w niezbadanych czeluściach pronazistowskich szybów, czy to na Dolnym Śląsku, czy to na Antarktydzie, niekoniecznie musi być czymś, co przyniesie jakąkolwiek korzyść znalazcom. A wręcz może odwrócić się przeciwko nim.

Głównymi bohaterami powieści są Polacy – Tomasz Turczyński, niedoszły wybitny sportowiec, a  aktualnie dziennikarz redakcji sportowej w lokalnej gazecie oraz bibliotekarka Kasia. Tomasz, dzięki dokumentom, przekazanym mu przez babcię wpada na trop tajemnicy, jaką ukrywają wzgórza Dolnego Śląska. Niestety, dokumenty są nie do końca zrozumiałe, pomocna okazuje się być jednak jego nowa sympatia. Dzięki pomocy niemieckiego profesora sprawa toczy się naprzód, jednak całość komplikują tajemnicze morderstwa osób, z którymi badacze się spotykają.

W międzyczasie na antarktycznej bazie dochodzi do zagadkowego odkrycia. Naukowcy znajdują przypadkiem zamarznięte zwłoki sprzed kilkudziesięciu lat, okaleczone w niewytłumaczalny sposób. Gruntowne badanie okolicy przy pomocy georadarów przynosi jeszcze dziwniejsze rezultaty. Do akcji wkraczają służby specjalne, niekoniecznie zaprzyjaźnionych państw. Obydwie sprawy – tajemnica kompleksu Riese oraz dziwne tunele pod lodami Antarktydy okazują się być głównymi odnogami tej samej sprawy…

Brzmi ciekawie? Tak, bo sam pomysł zacny. Z wykonaniem jednak gorzej. Zacznijmy od głównych bohaterów.

Tomek – superman, przystojniak co to i w kosza, i w piłkę i w ogóle tańczy, śpiewa, recytuje i nic, co ma spódniczkę przed nim nie ucieknie. Samiec alfa, nawet wśród innych sobie podobnych. Kasia – bibliotekarka z ubercycem i w seksi okularkach. Ogólnie seksbomba, w której główna postać tej książki po prostu musi się zakochać. No i profesor, typowy naukowiec szablonowy aż do bólu, plus Iwan, czyli czarny charakter – i myślę, że was nie zaskoczę: typowy aż do bólu.  Ogólnie postacie są jak wycięte z szablonów powieści sensacyjnych – nudne, przewidywalne, i uwaga! Typowe aż do bólu. Wszystkie.

Akcja… No cóż, zaletą thrillerów tego typu jest gnanie akcji do przodu i zaskakiwanie czytelnika raz za razem. Tutaj niestety na jakiekolwiek zaskoczenie nie można liczyć. Akcja jest straszliwie przewidywalna, wszystko toczy się jak po sznureczku od punktu A do punktu B. Nie ma miejsca na niespodziewane zwroty akcji. Zresztą, skoro autor zdradza (pośrednio, ale jednak) zakończenie jeszcze przed początkiem pierwszego rozdziału to już wiadomo czego można się spodziewać.

Błędy. No są. Są, i to wyraźne. Zaczynając od tych drobnych (Polska wygrywa na początku z Brazylią, by już po paru stronach okazało się, iż jednak wygrała z Niemcami), poprzez te irytujące („stróżka”, „stróżka”, „stróżka”! Autorze, stróżka to żona stróża, a krwi to może być strużka!), aż po dość dziwne (tytuł powinien brzmieć „Kod Mengele”, gdyż Himmlera w powieści wyjątkowo mało, a rozwiązanie dają pamiętniki tegoż pierwszego) i wręcz śmieszne (nasz Tomek, superbohater i pogromca dziewic kryguje się jak panienka, podrywając bibliotekarkę – głupiutka ta scena). Dialogi są momentami irytujące, a już maniera zwracania się do głównej pary bohaterów per „dzieci” przez profesora sprawia wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z powieścią młodzieżową, a nie z soczystym thrillerem.

„Kod Himmlera” to powieść dla czytelnika nie wymagającego zbyt wiele – ot, żeby coś się działo i nie trzeba było myśleć. Od mistrzów czy choćby wyróżniających się autorów tego gatunku dzieli autora przepaść, ale też nie można nazwać tej książki złą. Czyta się bez zgrzytu, akcja toczy się w miarę szybko i dynamicznie, dążąc do wyjaśnienia tajemnicy z przeszłości. Jak na debiut to całkiem niezła pozycja, otwierająca przed czytelnikiem tajemnice kompleksu Riese i bazy 211.

 Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a