„Bardzo rzadkie nieporozumienie oraz inne kompozycje poezją i prozą konstruowane” – Marek Biegalski

a

„Bardzo rzadkie nieporozumienie…” to poetycko-prozaiczny miszmasz, którego autorem jest Marek Biegalski. Drewniane, klimatyczne okno zdobiące okładkę zachęca czytelnika do otwarcia go i wkroczenia w świat przemyśleń, wspomnień i fantasmagorii pisarza. I choć okładka jest zachęcająca, to jednak wnętrze niestety nie prezentuje się najlepiej.

Zaczyna się jednak całkiem przyzwoicie. Tekst „Bardzo rzadkie nieporozumienie”, zdecydowanie najdłuższy w całym zbiorze, to wspomnienia autora z wycieczki poprzez Rumunię do Bułgarii.  Widać tu spory potencjał literacki, Biegalski w ciekawy sposób uderza w sentymentalną nutę, wszak w tamtych latach był to wymarzony cel podróży mieszkańców naszego kraju. I lubię taki styl, skupiający się nie tylko na tym, co się wydarzyło, ale także na opisaniu otaczającej rzeczywistości w sposób niezwykle plastyczny, wręcz przypominający jakiś może i kiczowaty, ale przecież piękny landszafcik.

Tekstów prozaicznych jest tu jeszcze klika, są one jednak znacznie krótsze. Niestety, nie rozumiem, dlaczego autor nie skorzystał z tak ulubionej przeze mnie formy drabble. Przecież wszystkie króciaki, zarówno ten bez nazwy, jak i „Jedno pytanie z konkluzją” oraz „Tuziemcy” aż proszą się o zastosowanie tej klasycznej formy. Nie jest to oczywiście grzech, wszak to wizja i tekst autora, tym niemniej uważam drabble za małą perełkę literacką i szkoda, że Biegalski nie oparł na niej tych kilku krótkich tekstów.

I jeszcze a propos tego „bez nazwy”. Nie wiem dlaczego, ale zdecydowana większość tekstów w tym zbiorze nie ma tytułów. Gwiazdki zamiast tytułów to kolejny pomysł, który mi się nie podoba, sprawia wrażenie, jakby autorowi zabrakło koncepcji na nazwanie jakoś swojego utworu. A przecież tytuł to także nośnik informacji, swoista przyprawa, która umiejętnie zastosowana może wzbogacić smak językowej uczty. Nadmiar gwiazdek w tytułach niestety razi dość mocno, zwłaszcza w połączeniu z kolejną wadą.

Wiersze, które prezentuje autor, są po prostu nijakie. Rzadko zdarza się coś, co przyciąga uwagę (i tu muszę pochwalić „Takie lata” – chyba jedyny wiersz, który naprawdę mi się spodobał). W dodatku dość często jeden króciutki, kilkuwersowy wierszyk znajduje się na jednej stronie, w połączeniu z drugą, podobną dając wrażenie marnotrawstwa przestrzeni. Ja rozumiem, że to jest poezja i obowiązują tutaj inne reguły. Ale cały ten tomik, liczący dziewięćdziesiąt stron, spokojnie mógłby być odchudzony o jakieś trzydzieści procent.

Zaczęło się dobrze, ale dalej było już miałko. No może jeszcze króciak „Mozaika”, o którym nie wspomniałem wcześniej, prezentuje zupełnie przyzwoity poziom. Reszta jednak jest po prostu słaba.  Ktoś kiedyś mądrze powiedział, iż „Sztuka kończy się w miejscu, w którym można powiesić obraz do góry nogami i nikt tego nie zauważy” i patrząc na sporą część  malarskich „arcydzieł”, a w zasadzie bohomazów trudno się z tym nie zgodzić. Ale dotyczy to nie tylko malarstwa – również poezja, choć poeta dysponuje literackim arsenałem nieporównywanie większym, niż prozaik, też powinien wiedzieć, że nie wszystko wierszem, co na wiersz wygląda. Dzieło powinno kierować jakieś emocje do odbiorcy, a tutaj tego zabrakło.

Niestety, to po prostu słaba książka.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a