Andrzej Wardziak – „Siódma dusza”

a

Duży, stary dom na peryferiach, grupa młodzieży, która urządza sobie w nim imprezę, duchy i tajemniczy pokój a także wkraczające do akcji nieznane, lecz potężne siły. Brzmi znajomo? Myślę, że tak, szczególnie dla fanów kręconych na jedno kopyto amerykańskich horrorów klasy B typu „Krzyk” czy „Koszmar minionego lata”. Dlatego jeśli po książce „Siódma dusza” spodziewacie się czegoś więcej, jakichś wodotrysków intelektualnych czy treści do przemyślenia, to Was rozczaruję, tego tu nie znajdziecie. Ale jeśli macie ochotę na niezobowiązującą rozrywkę, książkę, którą można przeczytać np. w pociągu czy w poczekalni, książkę łatwą w odbiorze, choć do bólu schematyczną czyli ot, taki zapychacz czasu – to już jest  pozycja godna rozważenia.

Jak już wspomniałem – miejscem akcji jest dom na lekkim zadupiu, odziedziczony przez rodzinę Lipińskich po zagadkowym utonięciu Antoniego Mostowskiego – wuja Marcina. Marcina, który pół roku po otwarciu testamentu, korzystając z okazji, jaką jest wyjazd rodziców, organizuje u siebie imprezę. Pojawiają się na niej cztery osoby, będące parami: Adam z Majką oraz Tymek z Nadią. I to właśnie ta druga para jest najbardziej wyrazista z całej powieści. On, lekkoduch, zmieniający dziewczyny jak rękawiczki i  ona – pół Polka, pół Ukrainka, z jednej strony śliczna i od razu wpadająca Marcinowi w oko, z drugiej – zakolczykowana i ubierająca się w stylu zdecydowanie buntowniczym. W dodatku, jak się później okazuje, obdarowana dość niespodziewanymi umiejętnościami.

Jeśli chodzi o schematyzm tejże książki to muszę dodać iż wiadomo z góry, co dziać się będzie dalej. Młodzież znajdzie tajemniczy pokój, w domu zaczną się dziać dziwne rzeczy, tajemnicza mgła (no bo jak, musi być mgła!) uniemożliwi ucieczkę. Wielbiciele gatunku podczas lektury tej książki poczują się jak w (nomen omen) domu. Mamy tu wszystkie elementy tworzące klimat, książka ocieka krwią i tajemniczością, jest mrok, są trupy, jest czad!

Tak jak napisałem, można do „Siódmej duszy” podejść w na dwa sposoby. Gdyby oceniać ją jako książkę, którą niespodziewanie dostajemy i zanurzamy się w lekturę, jej wtórność zapewne by czytelnika rozczarowała.  Jeśli jednak tenże czytelnik wie, czego się spodziewać i mimo to (a właściwie: właśnie dlatego!) tę powieść dostaje, to rozpatrując ją we właściwych kategoriach otrzymujemy produkt dobry, a rzekłbym nawet – bardzo dobry. Bez jakiejś zbędnej pseudofilozofii, bez skomplikowanych postaci, bez drugiego dna – po prostu czysty, klasyczny horror.

Jedyne, do czego mógłbym się leciutko przyczepić, to taka niepewność, jakby literacka trema autora na początku tekstu. Tak jakby nie do końca wiedział, jak swoją powieść zacząć. Nie jest to zjawisko mi obce, bo sam, pisząc jakieś opowiadanie, mam właśnie z tym problem – gdzieś w głowie jest pomysł na dalszą treść, ale początek, zawiązanie akcji jest najgorszy. I taka literacką sztywność można w „Siódmej duszy” zauważyć. Na szczęście im dalej, tym lepiej.

A skoro było lekkie czepialstwo, to będzie i lekkie połechtanie autora. Napisałem, iż książka jest do bólu schematyczna, ale jeden pomysł, jeden zabieg literacki, który zastosował Andrzej Wardziak, wart jest docenienia. I naprawdę mi się spodobał.  Żeby nie spoilerować napiszę, że chodzi o rozdział czwarty (i kilka późniejszych…). Po przeczytaniu całej „Siódmej duszy” myślę, że docenicie autora i spojrzycie na niego łaskawym okiem za próbę wyciśnięcia jakiegoś potencjału z klasycznego schematu.

Reasumując – jeśli od książki oczekujecie tylko czystej rozrywki i lubicie horrory, no i jeśli przymkniecie nieco oko na schematyzm, to dostaniecie całkiem fajny zabijacz czasu. W dodatku całkiem nieźle napisany, dzięki czemu bardziej straszyć będzie zawartość książki, niż literackie babole. Gdyby jeszcze końcówka była bardziej… hmm… mrożąca krew w żyłach, byłoby idealnie. Ale to już niech każdy sam oceni.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a