Thomas Arnold – „Tetragon”

a

Tajne spiski, ukryte organizacje, zagadkowe loże… Chyba każdy z czytelników otarł się przynajmniej raz o jakąś książkę, w której poruszana była ta tematyka. Ale w zdecydowanej większości z nich tajemnicze organizacje są potężne, dążą do przejęcia władzy nad światem lub przeciwnie – do jego zagłady. Są jednak także inne…

„Tetragon”, książka autorstwa Thomasa Arnolda, jest rasowym thrillerem kryminalnym. Na uwagę zasługuje już okładka, która idealnie komponuje się z treścią. Nawet jej kolor jest nieprzypadkowy, co zresztą okaże się pod koniec. Zaczyna się mocno i tajemniczo, samo zawiązanie akcji jest intrygujące, potem jednak fabuła nieco się stabilizuje, by pod koniec znowu wrócić w iście Koontzowskim klimacie i poprowadzić do zaskakującego zakończenia.

Bohaterami tej powieści są policjanci z wydziału zabójstw w Cleveland. Dwójka detektywów, dobranych, jak to zwykle bywa, na zasadzie kontrastu (choć pochwalić należy autora, że w tym przypadku nie poszedł na łatwiznę i zbudował  całkiem niezłe postacie) – David Ross oraz James Adams, szef wydziału zabójstw Arthur Goldwyn oraz wiceszef lokalnej policji – Bernard McAleer.  I to właśnie oni, a właściwie ich problemy rodzinne (Goldwyna i McAleera) początkują łańcuch zdarzeń, którego końca chyba nikt się nie spodziewał.

Pozornie niepowiązane ze sobą sprawy, w których śledztwa prowadzą Ross i Adams, w dość dziwny sposób zaczynają się splatać. Kłopoty córki Goldwyna (który właśnie się rozwodzi) oraz dziwne zaginięcie syna McAleera, wydają się nie mieć związku z dwoma innymi zabójstwami, jednakże już wkrótce jeden z dwójki detektywów wpada na ślad. Ślad, jaki pozostawia zabójca, z początku niepozorny, jednakże po dokładniejszym zbadaniu zastanawiający…

Podoba mi się sposób, w jaki bawi się fabułą autor. Większość treści stanowi śledztwo kryminalne, pełne zresztą zaskakujących zwrotów akcji. Ale tu i ówdzie wtrąca Arnold takie drobne, intrygujące nutki, które wprowadzają nastrój niepewności i tajemnicy, a jednocześnie wskazują czytelnikowi, iż coś tu jest nie tak. Bardzo nie tak. Co?  A to już dowiecie się na końcu. Końcu, który poza tym, iż jest bardzo klimatyczny, niewątpliwie Was mocno zdziwi.

Autor starał się pisać w sposób trochę „amerykański” (w końcu tam dzieje się akcja) i wyszło mu to zupełnie zgrabnie. Czyta się książkę bez bólu, większych potknięć językowych czy literówek nie widać – redaktor przyłożył się do roboty. Bardzo fajna pozycja dla tych, którzy lubią poczuć dreszczyk emocji, dreszczyk tajemnicy i nie skupiać się na jakichś psychologicznych zawiłościach. Czysta akcja, sporo niespodziewanych zwrotów  fabularnych, fajna intryga no i przede wszystkim pomysł – w zalewie podobnych książek wydaje się, że wszystko już było, a tu proszę, da się zaskoczyć czytelnika!

Mówi się, że na rynku czytelniczym panuje kryzys, że Polacy nie czytają. Ale patrząc z drugiej strony można też odnieść wrażenie, że wydawcy idą na ilość, nie na jakość. Słaba promocja (lub jej brak) powoduje, iż tacy pisarze jak Thomas Arnold są mało znani lub wręcz nierozpoznawalni. A to błąd, gdyż w autorze tkwi spory potencjał, a ja ze wstydem przyznaję, iż słyszę o nim po raz pierwszy.

Ale, tak z innego punktu widzenia – mam nadzieję, że nie po raz ostatni,

Przemysław Piotrowski – „Kod Himmlera”

a

Rzeczywistość czasami w dziwny sposób splata się z fikcją literacką. Autor powieści „Kod Himmlera” chyba nie spodziewał się iż w momencie, gdy publikowana jest jego książka, kompleks „Riese”, czyli „Olbrzym”, w którym rozpoczyna się akcja jego powieści, znajdzie się na ustach wszystkich Polaków. Oczywiście za sprawą tzw. „Złotego pociągu”, o którym od kilku tygodni grzmi ogólnopolska (i światowa również) prasa oraz media.  Powieść Przemysława Piotrowskiego pokazuje nam jednak, że to, co można znaleźć w niezbadanych czeluściach pronazistowskich szybów, czy to na Dolnym Śląsku, czy to na Antarktydzie, niekoniecznie musi być czymś, co przyniesie jakąkolwiek korzyść znalazcom. A wręcz może odwrócić się przeciwko nim.

Głównymi bohaterami powieści są Polacy – Tomasz Turczyński, niedoszły wybitny sportowiec, a  aktualnie dziennikarz redakcji sportowej w lokalnej gazecie oraz bibliotekarka Kasia. Tomasz, dzięki dokumentom, przekazanym mu przez babcię wpada na trop tajemnicy, jaką ukrywają wzgórza Dolnego Śląska. Niestety, dokumenty są nie do końca zrozumiałe, pomocna okazuje się być jednak jego nowa sympatia. Dzięki pomocy niemieckiego profesora sprawa toczy się naprzód, jednak całość komplikują tajemnicze morderstwa osób, z którymi badacze się spotykają.

W międzyczasie na antarktycznej bazie dochodzi do zagadkowego odkrycia. Naukowcy znajdują przypadkiem zamarznięte zwłoki sprzed kilkudziesięciu lat, okaleczone w niewytłumaczalny sposób. Gruntowne badanie okolicy przy pomocy georadarów przynosi jeszcze dziwniejsze rezultaty. Do akcji wkraczają służby specjalne, niekoniecznie zaprzyjaźnionych państw. Obydwie sprawy – tajemnica kompleksu Riese oraz dziwne tunele pod lodami Antarktydy okazują się być głównymi odnogami tej samej sprawy…

Brzmi ciekawie? Tak, bo sam pomysł zacny. Z wykonaniem jednak gorzej. Zacznijmy od głównych bohaterów.

Tomek – superman, przystojniak co to i w kosza, i w piłkę i w ogóle tańczy, śpiewa, recytuje i nic, co ma spódniczkę przed nim nie ucieknie. Samiec alfa, nawet wśród innych sobie podobnych. Kasia – bibliotekarka z ubercycem i w seksi okularkach. Ogólnie seksbomba, w której główna postać tej książki po prostu musi się zakochać. No i profesor, typowy naukowiec szablonowy aż do bólu, plus Iwan, czyli czarny charakter – i myślę, że was nie zaskoczę: typowy aż do bólu.  Ogólnie postacie są jak wycięte z szablonów powieści sensacyjnych – nudne, przewidywalne, i uwaga! Typowe aż do bólu. Wszystkie.

Akcja… No cóż, zaletą thrillerów tego typu jest gnanie akcji do przodu i zaskakiwanie czytelnika raz za razem. Tutaj niestety na jakiekolwiek zaskoczenie nie można liczyć. Akcja jest straszliwie przewidywalna, wszystko toczy się jak po sznureczku od punktu A do punktu B. Nie ma miejsca na niespodziewane zwroty akcji. Zresztą, skoro autor zdradza (pośrednio, ale jednak) zakończenie jeszcze przed początkiem pierwszego rozdziału to już wiadomo czego można się spodziewać.

Błędy. No są. Są, i to wyraźne. Zaczynając od tych drobnych (Polska wygrywa na początku z Brazylią, by już po paru stronach okazało się, iż jednak wygrała z Niemcami), poprzez te irytujące („stróżka”, „stróżka”, „stróżka”! Autorze, stróżka to żona stróża, a krwi to może być strużka!), aż po dość dziwne (tytuł powinien brzmieć „Kod Mengele”, gdyż Himmlera w powieści wyjątkowo mało, a rozwiązanie dają pamiętniki tegoż pierwszego) i wręcz śmieszne (nasz Tomek, superbohater i pogromca dziewic kryguje się jak panienka, podrywając bibliotekarkę – głupiutka ta scena). Dialogi są momentami irytujące, a już maniera zwracania się do głównej pary bohaterów per „dzieci” przez profesora sprawia wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z powieścią młodzieżową, a nie z soczystym thrillerem.

„Kod Himmlera” to powieść dla czytelnika nie wymagającego zbyt wiele – ot, żeby coś się działo i nie trzeba było myśleć. Od mistrzów czy choćby wyróżniających się autorów tego gatunku dzieli autora przepaść, ale też nie można nazwać tej książki złą. Czyta się bez zgrzytu, akcja toczy się w miarę szybko i dynamicznie, dążąc do wyjaśnienia tajemnicy z przeszłości. Jak na debiut to całkiem niezła pozycja, otwierająca przed czytelnikiem tajemnice kompleksu Riese i bazy 211.

 Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Victoria Gische – „Tajemnice królów”

a

Starożytny Egipt do dziś zachwyca wielu z nas. Potężna jak na owe czasy cywilizacja stworzyła monumentalne piramidy, zagadkowego sfinksa, pismo hieroglificzne czy prężną kastę kapłanów, którzy wciąż zaskakują swoją olbrzymia, jak na owe czasy wiedzą. Starożytny Egipt to również kraina pełna sekretów – któż nie słyszał choćby o klątwie Tutenchamona?

I właśnie Tutenchamon (choć w bardzo niewielkim, ale istotnym stopniu) jest jedną z postaci występujących w powieści Victorii Gische „Tajemnice królów”. Spotkamy tam również przepiękną Nefretete czy potężnego władcę Echnatona. Wszystkie te postacie są jednak tylko tłem dla właściwej historii.

Już od początku dajemy się wciągnąć w staroegipskie klimaty. Akcja dzieje się w okresie Nowego Państwa, podczas rządów władców XVIII dynastii. Kraj pogrążony jest w chaosie, a do głosu dochodzą zwolennicy boga Amona. Następca Tutenchamona, Aj, umiera, wraz z nim odchodzi w niebyt kult Atona, do czego zresztą tenże władca się przyczynił. Ponieważ Aj, jako kolejny faraon nie pozostawił po sobie dziedzica tronu, jego następcą zostaje generał Horenheb.

Z drugiej strony poznajemy Shardana, byłego żołnierza, oraz jego siostrę Kyrene. O ile mężczyzna jest pierwszoplanową postacią, kobieta występuje w powieści znacznie rzadziej, choć jej rola jest dość kluczowa. Shardan, który dostaje się, dzięki uratowaniu przyszłej żony faraona podczas burzy piaskowej na służbę Horenheba otrzymuje zadanie – wyjaśnić zagadkę śmierci Tutenchamona oraz odnaleźć zaginioną w tajemniczych okolicznościach jego żonę, młodziutką Anchesenamon. I właśnie próby rozwiązania tej zagadki są osią fabuły powieści Victorii Gische.

Na plus tej książki zaliczyć należy niesamowitaą dbałość o szczegóły historyczne, świadczące o wybitnej znajomości staroegipskich realiów przez autorkę. Dzięki temu już od pierwszych stron zanurzamy się w klimatach starożytności, jednocześnie przekonując się, że zdrada, fałsz czy dworskie intrygi towarzyszą ludzkości od samego początku. Na szczęście nie ma tu miejsca na faszerowanie czytelnika suchymi faktami historycznymi, a wszystkie opisy zgrabnie wplecione są w akcję, dzięki czemu poruszamy się po Egipcie jak po dobrze znanym terytorium, które jednak wciąż ma w sobie coś do odkrycia.

Minusy – to przede wszystkim stagnacja. Pierwsze kilka rozdziałów ślimaczy się, a bohaterowie pojawiają się tylko po to, by coś sobie wspomnieć, coś przemyśleć. Akcja prawie stoi w miejscu, bo kiedy ruszy do przodu, pojawia się kolejna postać, która znowu musi jakiś temat przemyśleć, powspominać… Dopiero od rozdziału czwartego coś zaczyna się w końcu dziać, ale wspomniane powyżej przypadłości towarzyszą bohaterom już do końca, na szczęście w znacznie mniejszej ilości.

No i kolejny minus, to korekta. Rozumiem, że literówek nie da się uniknąć, ale jeśli na dwóch sąsiednich stronach pojawiają się takie perełki, jak „moższesz”, „miłościowie”, „siebe” to oznacza, że korektorka miała dość słaby dzień. I niestety nie jest to jedyne miejsce, w którym takie babole można wychwycić. Do redakcji książki też można mieć kilka dość sporych zastrzeżeń.

Ja jednak jestem skłonny wiele wybaczyć autorowi, który potrafi zabrać mnie w podróż w opisany przez siebie świat. Victoria Gische zafundowała mi wycieczkę po egzotycznym, pustynnym kraju, dzięki czemu spędziłem kilka ładnych godzin odkrywając mroczne tajemnice starożytnego Egiptu. I właśnie takie książki, dzięki którym mogę spędzić czas wędrując po miejscach, które dla większości są niedostępne, spotykając osoby, które dla innych są już tylko prochem, uwielbiam. I za to autorce dziękuję.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a