Thomas Arnold – „Tetragon”

a

Tajne spiski, ukryte organizacje, zagadkowe loże… Chyba każdy z czytelników otarł się przynajmniej raz o jakąś książkę, w której poruszana była ta tematyka. Ale w zdecydowanej większości z nich tajemnicze organizacje są potężne, dążą do przejęcia władzy nad światem lub przeciwnie – do jego zagłady. Są jednak także inne…

„Tetragon”, książka autorstwa Thomasa Arnolda, jest rasowym thrillerem kryminalnym. Na uwagę zasługuje już okładka, która idealnie komponuje się z treścią. Nawet jej kolor jest nieprzypadkowy, co zresztą okaże się pod koniec. Zaczyna się mocno i tajemniczo, samo zawiązanie akcji jest intrygujące, potem jednak fabuła nieco się stabilizuje, by pod koniec znowu wrócić w iście Koontzowskim klimacie i poprowadzić do zaskakującego zakończenia.

Bohaterami tej powieści są policjanci z wydziału zabójstw w Cleveland. Dwójka detektywów, dobranych, jak to zwykle bywa, na zasadzie kontrastu (choć pochwalić należy autora, że w tym przypadku nie poszedł na łatwiznę i zbudował  całkiem niezłe postacie) – David Ross oraz James Adams, szef wydziału zabójstw Arthur Goldwyn oraz wiceszef lokalnej policji – Bernard McAleer.  I to właśnie oni, a właściwie ich problemy rodzinne (Goldwyna i McAleera) początkują łańcuch zdarzeń, którego końca chyba nikt się nie spodziewał.

Pozornie niepowiązane ze sobą sprawy, w których śledztwa prowadzą Ross i Adams, w dość dziwny sposób zaczynają się splatać. Kłopoty córki Goldwyna (który właśnie się rozwodzi) oraz dziwne zaginięcie syna McAleera, wydają się nie mieć związku z dwoma innymi zabójstwami, jednakże już wkrótce jeden z dwójki detektywów wpada na ślad. Ślad, jaki pozostawia zabójca, z początku niepozorny, jednakże po dokładniejszym zbadaniu zastanawiający…

Podoba mi się sposób, w jaki bawi się fabułą autor. Większość treści stanowi śledztwo kryminalne, pełne zresztą zaskakujących zwrotów akcji. Ale tu i ówdzie wtrąca Arnold takie drobne, intrygujące nutki, które wprowadzają nastrój niepewności i tajemnicy, a jednocześnie wskazują czytelnikowi, iż coś tu jest nie tak. Bardzo nie tak. Co?  A to już dowiecie się na końcu. Końcu, który poza tym, iż jest bardzo klimatyczny, niewątpliwie Was mocno zdziwi.

Autor starał się pisać w sposób trochę „amerykański” (w końcu tam dzieje się akcja) i wyszło mu to zupełnie zgrabnie. Czyta się książkę bez bólu, większych potknięć językowych czy literówek nie widać – redaktor przyłożył się do roboty. Bardzo fajna pozycja dla tych, którzy lubią poczuć dreszczyk emocji, dreszczyk tajemnicy i nie skupiać się na jakichś psychologicznych zawiłościach. Czysta akcja, sporo niespodziewanych zwrotów  fabularnych, fajna intryga no i przede wszystkim pomysł – w zalewie podobnych książek wydaje się, że wszystko już było, a tu proszę, da się zaskoczyć czytelnika!

Mówi się, że na rynku czytelniczym panuje kryzys, że Polacy nie czytają. Ale patrząc z drugiej strony można też odnieść wrażenie, że wydawcy idą na ilość, nie na jakość. Słaba promocja (lub jej brak) powoduje, iż tacy pisarze jak Thomas Arnold są mało znani lub wręcz nierozpoznawalni. A to błąd, gdyż w autorze tkwi spory potencjał, a ja ze wstydem przyznaję, iż słyszę o nim po raz pierwszy.

Ale, tak z innego punktu widzenia – mam nadzieję, że nie po raz ostatni,

Tomasz Lipko – „Notebook”

aa

Powieść Tomasza Lipko „Notebook” jest reklamowana na okładce jako thriller 2.0. I nie bez przyczyny – w fabułę wpleciono nie tylko linki do stron czy filmów związanych z fabułą, ale także zdjęcia, które, dzięki specjalnej aplikacji na smartfony, zamieniają się w filmy, wzbogacając w ten sposób fabułę. Jak sprawdził się ten dość ciekawy pomysł? O tym później.

Prokurator Radosław Bolesta wezwany jest do śmiertelnego wypadku drogowego. Ofiarą jest młoda kobieta oraz jej kierowca. Standardowa z pozoru sprawa zaczyna się wikłać, gdy prokurator zaczyna poszukiwanie rodziny i znajomych denatki. Okazuje się, iż nie jest to takie proste, w dodatku tajemnicza nieznajoma wydaje się być całkowicie anonimowa, choć współpracuje z wieloma agencjami medialnymi. Jedynym śladem jest jej notebook, z którego prokurator Bolesta kopiuje wszystkie dane. Wkrótce okazuje się, że danych tych poszukuje również ABW, a główny bohater wpada w sam środek gigantycznej afery.

Informatyka pełni w tym thrillerze pierwszoplanową rolę. Dane, jakie zdążył przejrzeć Bolesta, przyprawiają o ból głowy. Nielegalny handel narządami ludzkimi, przemoc w domu dziecka, mniejsze i większe tajemnice, skrywane przez czołowych polityków… A to wszystko to tylko wierzchołek góry lodowej. Dane zawarte na notebooku (a później na dysku) mogłyby wstrząsnąć całą polską (i nie tylko) sceną polityczną.

W rozwiązaniu zagadki pomagają prokuratorowi dwaj przyjaciele – policjant Igor oraz ksiądz Bartek. I donoszę wrażenie, że tak naprawdę to oni stanowią o jakości tej książki. To już nie nastoletni idealiści, z których jeden wierzy w niezawisłość sądów, drugi chce być idealnym, praworządnym policjantem a trzeci idzie drogą wiary. Teraz to panowie w średnim wieku, którzy wiedzą, że idealizm nie istnieje, tak jak nie istnieje tylko biel i czerń. Każdy z nich przechodzi pewien kryzys, związany z tym, iż ich ścieżki życiowe przebiegały niezupełnie zgodnie z oczekiwaniami. I jak dla mnie to właśnie to zderzenie rzeczywistości czterdziestolatków z młodzieńczymi marzeniami stanowi najciekawszy wątek fabularny w tej książce.

Powieść skrzy się wręcz od nowinek technicznych, w których gubi się nawet nasz główny bohater. Mamy tu i okulary z kamerą, i wirtualną walutę, i mnóstwo innych rzeczy, dzięki którym „Notebook” pretenduje do miana technothrillera. Ale, jak wspomniałem na wstępie, ciekawym pomysłem było wzbogacenie książki o efekty multimedialne. Tyle, że tu pojawiają się problemy.

W przypadku książki drukowanej obejrzenie filmików za pomocą smartfona nie sprawia trudności, jednakże nie wierzę, że komuś chciałoby się przeklikiwać mozolnie link do filmu w Youtube. Czytając z kolei e-bookową wersję na czytniku, również nie będziemy mogli obejrzeć rzeczonego filmiku, natomiast czytając na smartfonie (jak ja to uczyniłem) linki co prawda przeniosą nas w podlinkowane miejsca, jednak obejrzenie filmów w aplikacji wymagać będzie drugiego smartfona. Być może korzystniej by to wypadło, gdyby autor zdecydował się tylko na jedną z form prezentacji. Samo rozwiązanie jest ciekawe, mi podobał się zwłaszcza ostatni filmik, który świetnie podkreślił całą książkę i jej zakończenie.

Książkę oceniam bardzo pozytywnie, choć jej przesłanie jest nieco przerażające. Jednakże warto pamiętać, iż Tomasz Lipko bazował swoją powieść na już istniejących wynalazkach i niewątpliwie nie przesadził, choć co niektórzy z tym się nie zgodzą. Totalna inwigilacja obywateli jest niestety już faktem, a nowe oprogramowanie (jak choćby najnowsze okienka) czy nowe urządzenia mają coraz więcej funkcji, śledzących obywateli. Takich, które znamy i takich, których istnienia tylko się domyślamy.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Maurycy Nowakowski – „Plagiat”

a

Plagiat…

Wydawać by się mogło, iż książka o takim tytule nie będzie niosła ze sobą wielu emocji, zwłaszcza po przeczytaniu wstępu. Ot, ktoś komuś ukradł pomysł, ktoś się o to upomniał. A jednak akcją, jaka dzieje się w tej książce, można by obdzielić kilka innych pozycji na raz. I śmierć w powieści pojawia się bardzo szybko…

Marcin Faron, pismak lokalnej wrocławskiej gazety kulturalnej „Korespondent Wrocławski”, a jednocześnie osoba z ogromnymi ambicjami i zapędami na dziennikarza śledczego wpada na trop kilku afer. Z jednej strony zastanawia go dziwna śmierć dwójki studentów, z których jeden przewidział atak neonazistów na pokojowy marsz, z drugie – równie dziwny zgon Anity Komar, spowodowany wybuchem bomby. Co ciekawe, student, który został zasztyletowany i szefowa firmy, robiącej czarny PR okazują się być ze sobą powiązani.

Równocześnie trwa kampania wyborcza mająca na celu wyłonić kandydata na rektora uczelni, na której studiowali tragicznie zmarli studenci. Jedną z kandydatek jest żona niedawno zmarłego rektora, drugą – profesorka z tej uczelni, Ewa Kruk. Pikanterii dodaje fakt, iż Julia Dorobek, wdowa po rektorze była niegdyś oskarżona o plagiat. A materiały na nią zbierała specjalistka od czarnego PR, Anita Komar…

Faron, zbierając materiały na temat dziwnego zabójstwa studentów, nieoczekiwanie wpada na jeszcze jeden trop. Okazuje się, iż byli oni autorami dość niezwykłej książki na temat legend rocka. Na tyle niezwykłej, iż…

I koniec – spoilerów nie będzie.

Wydaje mi się, iż autor w swej książce wrzucił za dużo grzybów w barszcz. Parę wątków jest dopisanych nieco na siłę i kompletnie nic z nich, w kontekście całości książki, nie wynika. Ot, choćby prywatny detektyw Bogdan Kwiatkowski, który w zasadzie kompletnie nic do fabuły nie wnosi. Owszem, jest fajną postacią, ale nic ponad to. Również sam motyw Piotra Konopki w szerszej perspektywie jest mocno niedopracowany. Brakuje tu jakiejś fabularnej klamry, spinającej główne wątki w jedną, zaskakującą na końcu, całość.

No właśnie, zakończenie… Mnie osobiście mocno rozczarowało. Takie wzięte z niczego i kompletnie psujące zamysł książki. O ile cała powieść, mimo fabularnych niedoróbek, wciąga i pozwala polubić bohaterów (no, niektórych, oczywiście) to sama końcówka to lekkie pójście na łatwiznę. Tak jak wspomniałem wcześniej – spodziewałem się jakiegoś zaskakującego spięcia dwóch głównych wątków, tymczasem autor poszedł po najmniejszej linii oporu. Niestety, końcówka nie pasuje do całości, a szkoda…

Szkoda, bo jest to naprawdę dobra książka, mimo kilku potknięć, o których pisałem. Główne wątki toczą się z jednej strony niezależnie od siebie, z drugiej przeplatają się świetnie w fabule i aż prosi się o jakieś ich połączenie i intrygujące zakończenie. Oczywiście pomysł autora na wyjaśnienie zagadki tajemniczych zabójstw zapewne wielu z czytelników się spodoba, mi jednak nie przypadł do gustu.

I choć postacie, jakie występują w tej książce, są soczyste i z łatwością można je sobie wyobrazić (a sądzę, iż zwłaszcza studenci w paniach Dorobek i Kruk odnajdą alter ego swoich profesorek), choć autor odwalił kawał znakomitej roboty, to jednak czegoś w tej książce zabrakło. Nie jest to zła pozycja, tylko koncepcja autora poszła zupełnie nie w tę stronę, w którą spodziewałem się, że pójdzie. A trochę szkoda, bo dostałem znakomity obiad z odrobinkę zepsutym deserem.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Mariusz Zielke – „Sędzia”

a

Nie ma chyba w naszym kraju osoby, która bezkrytycznie przyjmowałaby wiadomości serwowane nam przez media, zwłaszcza te, dotyczące zagadkowych zgonów, bankructw czy spraw sądowych. O tym, że gospodarka i polityka to system naczyń połączonych wiadomo doskonale, jednakże reguły, rządzące tymi dwoma światami, zdecydowanie do najczystszych nie należą. Jeśli do tego dodać kontrolowaną i manipulowaną prasę, otrzymujemy w  wyniku dość spore bagno. Jak bardzo prawdziwe?

Adam Bonar, współwłaściciel jednej z firm leasingowych, oskarżony zostaje o defraudację potężnej sumy pieniędzy. Konkretnie trzystu milionów złotych. Przedstawiony w prasie m.in. przez dziennikarza Jakuba Zimnego jako oszust, początkowo załamuje się, zwłaszcza iż nie ma pojęcia, czy jego współpracownik, obecnie przebywający za granicą, czegoś nie wywinął. Pomocną dłoń podaje mu niespodziewanie dziennikarka Kasia Jarosz, również Kuba Zimny powoli dochodzi do wniosku, iż Adam Bonar może być niewinny. I choć do końca nie jest przekonany, czy ze strony biznesmena nie jest to jakaś szalona gra, jakiś gospodarczy gambit, to jednak intryguje go ta sprawa coraz bardziej. Wkrótce jednoczą siły z dziennikarką z konkurencyjnego pisma, a wnioski, które wyciągną na podstawie zgromadzonych dowodów są bardziej niż szokujące.

„Sędzia” to opowieść o polskim systemie sprawiedliwości i jego powiązaniu z polityką. W czasie lektury mimowolnie nasuwają się skojarzenia z najgłośniejszymi sprawami, w których niszczono polskich biznesmenów, będących poza układem lub tych, którzy właśnie mu podpadli. Naturalnym jest skojarzenie ze sprawą Romana Kluski – nieprzypadkowo zresztą, gdyż właśnie właściciel Optimusa pojawia się w tej książce jako ofiara i widać, że postać ta była silną inspiracją dla autora do napisania „Sędziego”. Choć głównym bohaterem jest ktoś inny, mający również własne alter ego istniejące w naszej rzeczywistości.

Z jednej strony – zaszczuty, nie wiedzący co się dzieje biznesmen, który krok po kroku, dzięki oskarżeniom (bezpodstawnym?) traci powoli rodzinę, znajomych i dobrą opinię. Z drugiej – koalicja bankowo-sądownicza, która specjalizuje się w wyłudzaniu za bezcen akcji czy wartościowych terenów. A może na odwrót? Może ów biznesmen to typowy polski nowobogacki, który oszukał partnera i klientów, a teraz próbuje zdobyć zaufanie prasy łzawymi historiami, tymczasem aparat państwowy próbuje go za matactwa finansowe ukarać? A może prawda jest jeszcze inna?

Niezauważalnie pojawia się w tej powieści jeszcze inna strona. Początkowo głęboko ukryta, wręcz niewidoczna, dopiero pod koniec się ujawnia, a i tak tylko na tyle byśmy mieli świadomość, że istnieje. I tak właśnie sobie tłumaczę tytuł tej książki – nie, nie chodzi tu o sędziego Fogla, który wszak w tej powieści jest postacią drugoplanową. Ale raczej o „tego, który pociąga sznurki”. Bo nietrudno przecież zauważyć, że ci, którzy żyją pełnią władzy, żyją tylko iluzją. Choć są sędziami, prezesami, komornikami – nad nimi jest być może ktoś jeszcze. Kat w każdej chwili może stać się ofiarą, co potwierdziłby choćby Robespierre, gdyby żył.

Powieść Mariusza Zielke wciąga czytelnika w typowe, polskie bagienko. Świetnie skonstruowana fabuła i niebanalni bohaterowie sprawiają, iż dość gruba z pozoru książka kończy się zaskakująco szybko. No i co najważniejsze – jeśli jeszcze ktoś żył w świecie idealistycznej  wizji Polski, jako państwa prawa i sprawiedliwości – zostanie po lekturze skutecznie z tejże wizji wyleczony. A i wiadomości na popularnych portalach czy w głównych wiadomościach zabrzmią zapewne zupełnie inaczej.

Co – niestety – nie znaczy, że optymistyczniej.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Remigiusz Mróz – „Zaginięcie”

a

Mówi się iż prawdziwą miarą talentu autora jest druga część cyklu. O ile pierwsza bowiem może być arcydziełem, w drugiej trzeba się znacznie bardziej napracować, by zaskoczyć czymś czytelnika, znającego wszak wady i zalety głównych bohaterów. „Kasacja” Remigiusza Mroza jest książką nadspodziewanie dobrą i spłynęło na nią mnóstwo pochwał, kontynuacja wydawała się być więc nieunikniona. No i jest!

Chyłka i Zordon po raz kolejny biorą sprawę, która wydaje się być z góry przegraną. Trzyletnia Nikola znika z domu rodziców, alarm całą noc jest włączony i nie ma żadnych śladów porwania czy tez zbrodni. Naturalnymi podejrzanymi wydają się być rodzice dziewczynki – on, Awit Szlezyngier,  jeden z najbogatszych biznesmenów oraz ona, piękna i powabna Angelika, znajoma Chyłki z dawnych lat. A jednak, w miarę rozwoju sytuacji, okazuje się, że nie wszystko wygląda tak, jak początkowo się zdawało.

Głównych bohaterów już znamy – Chyłka i Zordon, czyli pani adwokat i początkujący aplikant. Para współpracująca ze sobą na niwie zawodowej, a jednocześnie splątana w intrygującym związku szefowej i podopiecznego. Pojawia się również postać, która mnie wyjątkowo rozśmieszyła, czyli ich kolega z kancelarii Daniel Kosmowski, jak to ślicznie ujęła Chyłka: „Cristiano Ronaldo polskiej palestry”. Postać wyjątkowo irytująca, typowy korposzczur, w dodatku posługujący się typowym dla tego gatunku ludzi korporacyjnym slangiem. No i oczywiście rozgrywającym własną grę. Najważniejszą jednak sprawą jest rozwiązanie tajemnicy zaginięcia dziewczynki.

Przyznam szczerze, że w trakcie lektury robiłem sobie listę pytań i wątpliwości, które miały znaleźć się w tej recenzji pod hasłem: „Co mi się podobało w pierwszej części, a nie podoba w drugiej”. Jednakże autor perfidnie zagrał sobie ze mną, jako z czytelnikiem i wszystkie te wątpliwości nie dość, że przewidział, to jeszcze umiejętnie wyjaśnił. Przyznaję, że w jednym przypadku wyjaśnienie odczułem wręcz jak uderzenie w twarz. Chyba nie muszę dodawać, że na końcu lektury moja lista była pełna wyłącznie wykreślonych pozycji?

Chyłka i Zordon… Kto czytał pierwszą część wie, do czego teraz piję. Ale nic nie napiszę, sami zagłębcie się w tę skomplikowaną relację. To był właśnie mój pierwszy zarzut, wręcz rzucający się w oczy po początkowych rozdziałach – ten intrygujący w pierwszej części wątek wydawał się być mocno zaniedbany. Lecz potem autor poprowadził sprawę wręcz po mistrzowsku, dzięki czemu… [i tu zapadnie cisza, żeby nie spolerować]

Warsztat literacki Remigiusza Mroza mieliśmy okazję poznać już wcześniej, nie jest więc zaskoczeniem wysoki poziom tej książki. Świetnie poprowadzona akcja powoduje, że chce się tę książkę chłonąć tak, jak jej poprzednią część. Należy tylko pamiętać, iż nie jest to rasowy kryminał, ale przede wszystkim thriller prawniczy. Rozwiązanie zagadki zniknięcia córki państwa Szlezyngierów oczywiście poznamy, jednakże, jak to w przypadku thrillerów prawniczych bywa, główny nacisk położony jest na batalię sądową. To właśnie na sali sądowej zapadają najważniejsze decyzje, podobnie jak w części poprzedniej budząc zrozumiałe wątpliwości i zaskakując czytelnika.

Warto zwrócić uwagę na okładkę – jest świetna, ale jej perfekcyjność docenić można dopiero po przeczytaniu książki. Wtedy właśnie, kiedy znamy już całą intrygę, ukazuje swoje cudowne, dwuznaczne oblicze. Mariusz Banachowicz odwalił tu naprawdę kawał solidnej roboty, za którą należą mu się wyrazy uznania.

Cóż można napisać na podsumowanie… Autor udowodnił, że pierwsza część cyklu nie była tylko przypadkiem, kontynuacja jest przynajmniej równie dobra. Nie tylko dzięki głównym bohaterom, ale także poprzez świetną zagadkę kryminalną, jak również wspaniałe boje na sali sądowej, dzięki czemu czytelnik może poznać zawiłości procedur, obowiązujących w sądach. A najlepszą część Remigiusz Mróz zachował na koniec informując czytelnika, że powstanie trzecia część. I tylko zastanawiam się, czy końcówka tomu drugiego to potwierdzenie tego, co nieuchronnie stać się powinno w części trzeciej, czy sprawy skomplikują się ponownie. Ale o tym wie jak na razie tylko autor.

Pozostaje zatem czekać.

Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a

Przemysław Piotrowski – „Kod Himmlera”

a

Rzeczywistość czasami w dziwny sposób splata się z fikcją literacką. Autor powieści „Kod Himmlera” chyba nie spodziewał się iż w momencie, gdy publikowana jest jego książka, kompleks „Riese”, czyli „Olbrzym”, w którym rozpoczyna się akcja jego powieści, znajdzie się na ustach wszystkich Polaków. Oczywiście za sprawą tzw. „Złotego pociągu”, o którym od kilku tygodni grzmi ogólnopolska (i światowa również) prasa oraz media.  Powieść Przemysława Piotrowskiego pokazuje nam jednak, że to, co można znaleźć w niezbadanych czeluściach pronazistowskich szybów, czy to na Dolnym Śląsku, czy to na Antarktydzie, niekoniecznie musi być czymś, co przyniesie jakąkolwiek korzyść znalazcom. A wręcz może odwrócić się przeciwko nim.

Głównymi bohaterami powieści są Polacy – Tomasz Turczyński, niedoszły wybitny sportowiec, a  aktualnie dziennikarz redakcji sportowej w lokalnej gazecie oraz bibliotekarka Kasia. Tomasz, dzięki dokumentom, przekazanym mu przez babcię wpada na trop tajemnicy, jaką ukrywają wzgórza Dolnego Śląska. Niestety, dokumenty są nie do końca zrozumiałe, pomocna okazuje się być jednak jego nowa sympatia. Dzięki pomocy niemieckiego profesora sprawa toczy się naprzód, jednak całość komplikują tajemnicze morderstwa osób, z którymi badacze się spotykają.

W międzyczasie na antarktycznej bazie dochodzi do zagadkowego odkrycia. Naukowcy znajdują przypadkiem zamarznięte zwłoki sprzed kilkudziesięciu lat, okaleczone w niewytłumaczalny sposób. Gruntowne badanie okolicy przy pomocy georadarów przynosi jeszcze dziwniejsze rezultaty. Do akcji wkraczają służby specjalne, niekoniecznie zaprzyjaźnionych państw. Obydwie sprawy – tajemnica kompleksu Riese oraz dziwne tunele pod lodami Antarktydy okazują się być głównymi odnogami tej samej sprawy…

Brzmi ciekawie? Tak, bo sam pomysł zacny. Z wykonaniem jednak gorzej. Zacznijmy od głównych bohaterów.

Tomek – superman, przystojniak co to i w kosza, i w piłkę i w ogóle tańczy, śpiewa, recytuje i nic, co ma spódniczkę przed nim nie ucieknie. Samiec alfa, nawet wśród innych sobie podobnych. Kasia – bibliotekarka z ubercycem i w seksi okularkach. Ogólnie seksbomba, w której główna postać tej książki po prostu musi się zakochać. No i profesor, typowy naukowiec szablonowy aż do bólu, plus Iwan, czyli czarny charakter – i myślę, że was nie zaskoczę: typowy aż do bólu.  Ogólnie postacie są jak wycięte z szablonów powieści sensacyjnych – nudne, przewidywalne, i uwaga! Typowe aż do bólu. Wszystkie.

Akcja… No cóż, zaletą thrillerów tego typu jest gnanie akcji do przodu i zaskakiwanie czytelnika raz za razem. Tutaj niestety na jakiekolwiek zaskoczenie nie można liczyć. Akcja jest straszliwie przewidywalna, wszystko toczy się jak po sznureczku od punktu A do punktu B. Nie ma miejsca na niespodziewane zwroty akcji. Zresztą, skoro autor zdradza (pośrednio, ale jednak) zakończenie jeszcze przed początkiem pierwszego rozdziału to już wiadomo czego można się spodziewać.

Błędy. No są. Są, i to wyraźne. Zaczynając od tych drobnych (Polska wygrywa na początku z Brazylią, by już po paru stronach okazało się, iż jednak wygrała z Niemcami), poprzez te irytujące („stróżka”, „stróżka”, „stróżka”! Autorze, stróżka to żona stróża, a krwi to może być strużka!), aż po dość dziwne (tytuł powinien brzmieć „Kod Mengele”, gdyż Himmlera w powieści wyjątkowo mało, a rozwiązanie dają pamiętniki tegoż pierwszego) i wręcz śmieszne (nasz Tomek, superbohater i pogromca dziewic kryguje się jak panienka, podrywając bibliotekarkę – głupiutka ta scena). Dialogi są momentami irytujące, a już maniera zwracania się do głównej pary bohaterów per „dzieci” przez profesora sprawia wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z powieścią młodzieżową, a nie z soczystym thrillerem.

„Kod Himmlera” to powieść dla czytelnika nie wymagającego zbyt wiele – ot, żeby coś się działo i nie trzeba było myśleć. Od mistrzów czy choćby wyróżniających się autorów tego gatunku dzieli autora przepaść, ale też nie można nazwać tej książki złą. Czyta się bez zgrzytu, akcja toczy się w miarę szybko i dynamicznie, dążąc do wyjaśnienia tajemnicy z przeszłości. Jak na debiut to całkiem niezła pozycja, otwierająca przed czytelnikiem tajemnice kompleksu Riese i bazy 211.

 Książka zrecenzowana w ramach akcji:

a